(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Kaukaz, czyli, Ostatnie dni Szamyla: powiesc historyczna"

Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http: //books. google .com/l 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



f 



THE SLAYIC COLLECTION 



Sarbatli eollegc liłratp 

GIFT OF 

Archibald Cary Coolidge. Ph.D. 

{Clau ot 1M7.) 



Received 2 Ociober, 1895. 






ff 



) 



\ 

i 

\ 



\ 



] 



; 






BIBLIOTEKA PISABZY POLSKICH. 



TOM TRZYDZIESTY CZWARTY. 



KAUKAZ 



»«« '■V*' »4 



CZYLI 



OSTATNIE DNI SZAMYLA. 



POWIEŚĆ HISTORYCZNA 



PUZKZ 



J. GOBDONA. 



, LIPSK: 

F. A. B B O C K H A U S 

1865. 



BIBLIOTEKA PISARZY POLSKICH. 



TOK xzxrv. 



o 



KAUKAZ 



CZYLI 



OSTATNIE DNI SZaIiYLA. 



POWIEŚĆ HISTORYCZNA 



TRZEZ 



J. GORDONA. 




LIPSK: 

F. A. BROCKHAUS. 

1865. 



Sv^7l|(.7.'/ 



^ > 



JUN30l91t 



■^•v 



-u D, 



Prawo przedruku i tłumaczenia na obce jeżyki należy wyłącznie do autora. 



BRACIOM 



PO ZA 



WOŁGĄ I URALEM 



PRZYPISUJE 



AUTOR 



SPIS ROZDZIAŁÓW. 



Stron. 

I. Młodość Ostoi. Porwanie go przez Czerkiesa i 

uwięzienie na Kaukaz 13 

II. Rodzina Abbasa 21 

III. Rys Kaukazu. Król wężów (legenda) 31 

IV. Postacie Libii i Fatymy 43 

V. Podróż do Meszedalów. Polowanie na lamparta . 57 

YI. W pożegnaniu Abbasa historya Kaukazu .... 69 

VII. Posłuchanie u Szamyla 77 

VIII. Daniel -Basza. Opaczyński. Sotnia polska . ... 89 

IX. Parlamentarz moskiewski i jego śmierć. Wojna . 99 

X. Czaty o głodzie. Pasterz astrolog 111 

XI. Sen magnetyczny. Na raz dwie kochanki. Walka 

siłaczy 121 

XII. Derwisze. Moje odznaczenie się 131 

XIII. Pochwycenie księżniczek Orbeliani i Gzawczawadze 143 

XIV. Upadek Szamyla. Uduszenie jego syna 155 

XV. Na tułactwie. Czciciele ognia 163 

XVL Powieść o Sunguli - hanie. Uwagi nad poezyą 

wschodnią 175 



VIII 



Stroi 

XVII. Wiadomość o losie Libii. Handel niewolnikami. 

Bazar w Bace 18 

XVIII. Polacy w wąwozach kredowych. Góra Ararat . . 19 

XIX. Sekta Skopców. Podróż do morza Czarnego ... 20 

XX. Burza morska. Przybycie do Odessy 21 

XXI. Fatyma. Więzienie 22 

XXII. Kilka słów o Jusufie 23 



'I 
i 



i 

10 

n 
ii 

Di 

:5ii 



Ml 



Sil 



o KSIĄŻKACH I LUDZIACH.^ 



O konwersacji — Gdzie się chroniła? — Literatura pamiętnikowa — Ciekawość 

tegoczesna — Woń skandalu — Zbiór Pamiętników ' do 18go wieku — 

Dąbrowski o legionach — 8t. Albin o Józefie Sułkowskim. 



Jvtóż nie zna wybornych Causeries du lundi akademika 
p.Sainte-Beuve? Pod skromnym tytułem występuje w nich wy- 
tworny krytyk, który przenosi czytelnika we wszystkie wieki 
literatury i historyi ; rusza Greków i Rzymian, Wschód i Zachód, 
wieki średnie, odrodzenie i obecne zdarzenia, akrom tego potrąca 
kwesty 6 polityki, ekonomii, sztuk pięknych, cywilizacyi, religii. 
Piękna to rola przemawiać do całego świata i umieć go zainte- 
resować z tak rozmaitej strony. Nigdzie indziej podobna, im- 
prowizowana katedra nie mogłaby się udać tylko we Francyi, 
tej uniwersalnej ojczyźnie światła, przemawiającej językiem, do 
;którego wszystko się garnie, co chce wziąsć udział w wielkiej 
rodzinie cywilizacyi. Gdzie indziej nie próbowano nawet tego 
sposobu odzywania się, wiedząc z góry, żeby tonu zabrakło, a 
najświetniejsze przemówienie ograniczyłoby się do szczupłej 
areny jednego kraju, lub jednej mowy; co nie przeszkadza, iż ta 
sama rzecz, oddana po francuzku, nabrałaby rozleglejszego roz- 

^ w tomie YI Biblioteki pis. polsk. pod tyt: Obrazki Caryzmu 
uniescilismy krytykę nowoczesnych pamiętników polskich. — Powyższy arty- 
kuł (wyjątek z aCzasu^) podajemy Jako pogląd na literaturę pamiętnikową ze- 
szłego wieku. 

60RDOM, Kaukaz, 1 



głosu. Jest to przywilej, którego trudno odebrać, jeźli go 
wprzód sam pochód dziejów nie odbierze i nie przerzuci śród 
ciężkości gdzieindziej. 

Tymczasem pogadanka o wszystkich rzeczach i niektó- 
rych innych, jak mawiał Pik z Mirandolli, może wszędzie się 
przyjąć , jak zwyczajna rozmowa. Tern bardziej w naszych cza- 
sach, gdzie nie ma prawie konwersacyi. Jak to ? więc ludzie nie 
rozmawiają? I owszem; mówią bardzo wiele, nawet więcej, niż 
^potrzeba — lecz mimo tego nie ma konwersacyi. Pierwszym do 
niej warunkiem jest umieć słuchać; a właśnie sekret tej sztuki 
stracony, jak tyle innych sekretów. Gdzie każdy chciałby wy- 
stąpić w roh mówcy, a nie słuchacza — czy podobna myśleć o 
jakiejś konwersacyi?! Dla tego, kiedy zbierze się grono fran- 
cuskie, prawie zawsze ten mówi z tym lub z tą, a par te, po 
cichu ; tworzą się osobne grupy — i jest szmer szeptania, prze- 
rywany niekiedy szuceniem jakiej nowinki politycznej lub bru- 
kowej — ale właściwej konwersacyi nie ma. Gdzież się schro- 
niła ta czarodziejka wieczornych towarzystw ? Poszła : 

oti va tonte chose, 
Oli va la feuille de rosę, 
Et la feuille de laarier. ' 

Poszła razem z wdziękiem, powagą i sławą, wyrugowana 
przez swobodę, nielubiącą ciasnych form, a przeto najczęściej 
pozbawioną formy — przyzwoitości. 

Z dawnej konwersacyi cień został — i ten błąka się po 
dziennikach. Wyższość żywego słowa zeszła na słowo pisane, 
ogołocone z mimiki, modulacyi głosu , natychmiastowych wra- 
żeń , odpowiedzi , przery wań ... 

Kiedy więc to zostało, używajmyż przywileju rozmawiania 
myślami. Czemże innem czytanie, jeźli nie rozmową myśli ? A 
ta forma pogadanki ma to do siebie, że pozwala, trącać o różne 
przedmioty, jakie bieżąca chwila przynosi. Stąd też interes 
przerzuca się z jednego końca świata na drugi. Dziś się zwra- 
cają oczy na Meksyk, Kaukaz, jutro na Algier, po jutrze na jaki 

* Gdsie idsie świat wssystek 

I gdzie idsie listek róay, 
I Bielony lauru listek. 



zjazd monarchów, a najbliższe domowe sprawy, zawsze stojące 
namyśli, pobudzają do domysłów, porównań i rozpami§tywań 
w miarę, jak się odezwie jaki głos z przeszłości, w miarę, jak 
teraźniejszość wzruszy, przyszłość zamarzy. 

Literatura, historya domowa — przedmioty obchodzące naj- 
bliżej zawsze dostarczą watka. — A chociaż dzisiaj w sferze tej pa- 
nuje pewna cisza, wypoczynek zoryentowaniasię, od czasu do czasu 
zjawi się coś pobudzającego uwagę. Nie od dziś przecie postrze- 
gamy fenomen żywotności ducha. *0d lat kilkudziesięciu za- 
biera głos, jak na wielkim sejmie, coraz inny ziemi naszej zaką- 
tek. W czasach największego oniemienia Warszawskie Towa- 
rzystwo Przyjaciół nauk staje się ogniskiem myśli; od niego za- 
pala się Wilno, Krzemieniec — współubiegają się ze sobą na 
korzyść światła, przez lat blisko trzydzieści. Zduszone, gasną — 
a natomiast ożywia się Kraków i Poznań, aby znowu zapalić 
światło w ciemnościach. Nie akademie, nie towarzystwa uczone 
ale drukarnie i wydawcy utrzymują życie piśmiennictwa, które, 
doszedłszy do nieznanych dotąd rozmiarów, milknie naraz, mil- 
czeniem grobu... I znowu zdławione słowo szuka dla siebie 
przytułku . . . 

Literatura daje żywotności świadectwo ; jak z drugiej strony 
ona ją utrzymuje ... Gdyby nic po nas nie zostało : Skarga, Kra- 
sicki, Mickiewicz, uie przestaliby protestować do skończenia 
świata... l^onmiki myśli trwalsze od spiżu. 

Właściwa literatura, owoc wyobraźni i uczucia, przeszła nie- 
tylko u nas, lecz i wszędzie, w studium ciekawości. Historya, 
pamiętniki, biografia i romans biograficzny, trzymają berło 
rodzaju. Archiwa, listy, domowe zapiski, dokumenta trybunalskie, 
gabinetowe tajemnice, wszystko dziś służy za materyał w docie- 
kaniu zdarzeń i zapuszczaniu się w tajniki człowieka. Poja- 
wia się ten lub ów fakt dziejowy i człowiek znakomity z prze- 
szłości — staramy się ukazać go, jak to mówią, we właściwem 
świetle. 

Gzy rzeczywiście osięgamy ten cel, czy też nagromadzamy 
więcej niepewności i widoków, dając nieraz małym przyczynom 
wielkie znaczenie, a wielkie doprowadzając do drobnych roz- 
miarów — osądzi o tem przyszłość dręczona mniejszą cieka- 
wością drobnostek i szczegółów, niż czas obecny. Zawsze, za- 

1* 



stanowiwszy się nad tym sympto matem , możnaby zapytać: 
zkądże ta nagła ciekawość? — Ktoś zagadnięty o to, tak tłu- 
maczył: Źródło tej ciekowości leży w dzisiejszych pojęciach o 
równości. Lubo z tego nikt sobie nie chce zdać sprawy, mimo- 
wolnie jednak niepokoje te wyższości! Żeby je więc zrównać i 
na swój wzrost przykroić, nuż szperać, zaglądać za kulisy, uchy- 
lać tajemnice domowe, z lada poszlaki odgadywać niesłychane 
rzeczy — iw końcu po zestawieniu wszystkich j?ro i contra, 
wyprowadzić jakąś bardzo pospolitą istotę ; albo też przeciwnie, 
jeżeli naszym dążnościom odpowiada, przemilczawszy jedno, 
przenicowawszy drugie, wystrychnąć wielkiego człowieka na 
wzór dla żyjących. W tłumaczeniu tem dosyć jest trafności; 
lecz zarazem utwierdza ono nas w przekonaniu, że w sprawach 
ludzkich niema prawdy bezwzględnej. Zawsze to tylko okruchy 
— całkowitej prawdy siedlisko gdzieindziej. 

Mówiąc tedy o panującej chorobie ciekawości i o rodzaju 
literatury, który jej dogadza, przejdziemy do pamiętników, 
strawy tak dalece łakomej, że fałszowany towar bywa rów^nie 
poszukiwany jak prawdziwy wyrób. Francuzi w tym względzie 
okazali się mistrzami; ale można im przebaczyć, kiedy mają ta- 
kiego St. gimona! U nas więcej mają wziętości pamiętniki hi- 
storyczne ; ale gdyby chciał kto ogłosić jaką gorszącą kronikę 
towarzyską — nie wiem czyby się bardzo gniew^ano, przynaj- 
mniej po stronie publiki niemającej powodu do urazy; a co naj- 
pewniejsza, że rodzaj ten z pewną wonią skandaliku, zapę- 
dziłby w kąt pamiętnik historyczny. . . na pastwę uczonych — i 
molów . , . 

Dotychczas przynajmniej z zajęciem są u nas czytywane pa- 
miętniki mające z historyą ojczystą związek. Nic też więcej nie 
upowszechnia nauki dziejów, jak te opowiadania naocznych 
świadków, lub spółdziałaczów. Wydawca w Poznaniu rozpoczął 
przed kilką laty publikacye memoarów odnoszących się do 
końca 18 wieku. Jest to zbiór mniej więcej spółczesnych pnbli- 
kacyi pisanych po francuzku lub niemiecku, teraz przetłóma- 
czonych z dodatkami i objaśnieniami. W zbiorze tym, rok 1794, 
pamiętny powstaniem Kościuszki szczególniej co do działań 
wojennych, znajdujemy wielostronnie uzupełnionym; niebrak 
też i rysów z potocznego życia, i objawu różnych opinii^ mogą- 



cych dać pojęcie o usposobieniu społeczeństwa. Rękopis Dą- 
browskiego o legionach, niiany już za przepadły z biblioteką 
tow. przyjaciół nauk, zabraną jak wiadomo, do Petersburga, 
odnalazł się i ujrzał światło w polskinr przekładzie. 

Na nieszczęście nie dotrzymał tego, czego się po nim spo- 
dziewano, i nie. jedno westchnienie za straconym rękopisem na- 
darmo zrobiło drogę przed tron Sprawiedliwości przedwiecznej 
— bo rzeczywiście nie jest to pamiętnik w tem znaczeniu, jakie 
zwykle do pism tego rodzaju przywiązujemy; nieopowiada też, 
że tak się wyrażę, o domowem życiu, a raczej obozowem, nie 
maluje charakterów, ani mu się marzy o poetycznej stronie tego 
zbiorowiska ludzi zlatujących się nad brzegi Padu i Dunaju, 
żeby tam reprezentować ojczyznę... Są to zimne, acz dokładnie 
z raportów, rozkazów dziennych, zebrane zapiski; surowy matę- 
ryał, przydatny bardzo dla piszącego historyę legionów, szkie- 
let; ducha w nim nie ma ani ciała na nim, ani tych szczegółów 
na pozór drobnych, z których się więcej poznaje, niż z urzędo- 
wych doniesień. Rzeczywiście okres ten, jeżeli żyje w pamięci, 
to jedynie znaną piosenką legionów, tą naszą rzewną Marseliezą, 
i wierszem Cypryana Godebskiego żołnierza — poety — a i 
temi anegdotycznemi opowiadaniami, jakie jeszcze można było 
usłyszeć z ust ostatnich legionistów... z których podobno ża- 
dnego już nie ma przy życiu ! . . . 

Najświeżej wydany tom Pamiętników z ośmnastego 
wieku zawiera jenerała Józefa Sułkowskiego życie i jego wła- 
snoręczne pisma historyczne, polityczne i wojskowe. Jest to 
tłómaczenie książki wyszłej przed wielą laty, a napisanej przez 
p. Saint Albin który, jak widać z wszystkiego, miał pod ręką 
własnoręczne pisma Sułkowskiego, a nawet nazbierane szcze- 
góły odnoszące się do jego osoby. 

Tłómacz zrobił przysługę, spolszczając dziś rzadką książkę ; 
wypadało mu jednak postarać się o sprostowanie pomyłek szcze- 
gólniej w nazwach miejscowości i ludzi, a niepominąć objaśnień 
historycznych, uzupełniających lub wyświecających niektóre 
fakta niedość trafnie przez cudzoziemca pojęte i ocenione. Sam 
przekład nie zawsze bywa wystarczającym. 

W prawdzie na wstępie spotykamy się z przedmową tióma- 
cza, która podnosząc historyczne znaczenie Józefa Sułków- 



skiego, uważa za obywatelską powinność imię jego upowsze- 
chnić u ziomków. Nic słuszniej szego; sława rodaka nabyta 
choćby za granicą , spada najprostszem dziedzictwem na ojczy- 
znę. Wszakże w przedmbwie tej trudno się zgodzić na wszy- 
stko co utrzymuje, lub czego chce tlómacz. Mówi on, że w ży- 
ciu Sułkowskiego ((spotkał dwie próżnie, które zapełnić jest 
powinnością rodaków» (?) Pierwszą jednak próżnię sam już za- 
pełnił, bo ma przekonanie, że poraieniony Jósef Sułkowski był 
rzeczywiście synem naturalnym Franciszka Sułkowskiego- 
szczęśliwszy w tem od Telemaka synaUlisesowego,który w znanym 
wierszu rzuca względem ojcostwa wieczną wątpliwość ; drugiej 
jednak próżni — jak mówi — trudno mu zapełnić; cóż więc 
robi? Oto odwołuje się do « literatury naszej » a mianowicie «do 
Towarzystw Nauko wy eh », aby koniecznie starali się wywiedzieć 
o imieniu i nazwisku matki Sułkowskiego. 

Biedna literaturo! biedne Towarzystwo Naukowe! Każą 
wam dochodzić macierzyństwa i z grobu wywłóczyó imię ko- 
biety, aby rozedrzeć tajemnicę szanowaną przez współczesnych! 
Na nieżyjącą nie wystąpi rumieniec wstydu — to prawda — ale 
czyż imię tak samo nie może się zarumienić ? Otóż i dotykalny 
przykład owej gorączki ciekawości panującej w rzeczach litera- 
tury. Choć odrobina zgorszenia przymięszana do najpoważniej- 
szej rzeczy zaraz trafia w smak zajmujący się tylko tem, co 
ma tę przymieszkę. 

Szczególniejszy smak , czy niesmak przesytu ! — 

Jeszcze jedno, na co także mimo najlepszej chęci trudno 
przystać. Tłómacz, idąc za p. St. Albin, podnosi talenta i zdol- 
ności wojskowe Sułkowskiego do niesłychanej potęgi: Na do- 
wód przytacza słowa Carnota, który na posiedzeniu dyrekto- 
ryatu miał raz powiedzieć : «Jeżeli stracimy Bonapartego, mamy 
gotowego wodza w Sułkowskim.w Rzeczywiście chlubne te słowa 
wyszłe z ust człowieka o którym powiedziano qu'ilavaitor- 
ganise lavictoire, dawałyby wysokie świadectwo o naszym 
rodaku, gdyby zdanie to wolne było od stronniczej przesady. 

Carnot, jak wiadomo, twardy republikanin, obawiając się je- 
niuszu Bonapartego, a bardziej ambicyi, rosnącej w miarę mno- 
żących się jego zwycięztw, pokładał nadzieje w młodym Polaku, 
wyznającym aż do przesady wszystkie doktryny ówczesnego re- 



publikaDizmu. Jest to własnością stronnictw, źe lubi% tworzyć 
wielkich ludzi dla swego użytku — ale prawdziwa wielkość — 
dla potomności pozostanie tylko przy tym, co umiał wznieść się 
nad wszelkie stronnictwa. Niepodobna także przypuścić, 
żeby Bonaparte zazdrościć miał talentów Sułkowskiemu z obawy, 
by tenże nie przyćmił jego gwiazdy, lub żeby umyślnie posłał go 
przeciw zbuntowanym Arabom w Kairze , aby go się pozbyć — 
na zawsze. P. St. Albin trzymający się zasad repubłikanckich, 
surowo sądzi Bonapartego i nawet zaprzecza, aby płakał śmierci 
swego adjutanta Sułkowskiego, kiedy mu o niej doniesiono i 
kiedy on sam mówił, że za nim płakał. Mógł Bonaparte nie lu- 
bić w nim republikanina — socyalnego ideologa, ale strata 
dzielnego ramienia i talentów musiała go boleć. Nie trzeba 
być wielkim psychologiem, dość rozumieć naturę wodza, żeby 
przypuszczać obojętność, a co gorsza radość, z utraty człowieka 
na którego odwagę , charakter i zdanie można było się spuścić, 
jeszcze w takiem położeniu, w jakiem się wódz francuzki znajdo- 
wał w Egipcie. 

Na te szczegóły należało polskiemu tłómaczowi zwrócić 
uwagę, a byłby postawił piękną postać Sułkowskiego w właści- 
wem świetle i nie uchybił człowiekowi, który przed takimi sę- 
dziami stawał jak pan St. Albin, i nie takie wytrzymał krytyki! 

Nie ujmuje to jednak pamiętnikom tym, mającym dla nas 
wartość głównie co do prac Sułkowskiego, jak: Szczegóły 
historyczne kampanii 1792 r. odbytej w bitwie Pola- 
ków z Moskalami. Jest to z wyborną krytyką skreślony rys 
tej nieszczęśliwej wojny na Litwie. Nie godziło się jednak zo- 
stawiać tyle błędów co do nazw miejscowości i osób, jakich 
Francuz dopuścił się. Wytkniemy kilka, i tak: zamiast Sto- 
torzyc powinno być Stołowicze, miejsce pamiętne rozbi- 
ciem hetmana Ogińskiego przez Suworowa; nie Eajdanów, 
lecz Kiejdany; na trakcie ze Smoleńska do Mińska nie ma ża- 
dnego Tulczyna; nie Wołkowysk, lecz Wołkowyszki; 
nie Krzemień lecz Kamień (nad Bugiem). W innem miejscu 
(w liście do ciotki) pozostawiono dziwnie poprzekręcane na- 
zwiska, o jakich niesłyszano ani w Koronie, ani na Litwie. Pan 
Mizergurski, ma to być Miączyński, znakomity jenerał 
z armii Dumouriez , giliotynowany za należenie do partyi prze- 



8 



ciwnej terrorystom; Tuski, to Albert Turski, ów niepro- 
szony poseł, co w imienia narodu stawał przed konwencyą; co 
zaś do Tegczajmorowskiego, tego już trudno na polskie 
wytłomaczyć; to jednak pewna, że Polak z tern nazwiskiem do 
tej chwili jeszcze się nie narodził. 

Historya nie romans, ani komedya, żeby miała nieuważać na 
daty i nazwiska. Jeżeli podobne pamiętniki i listy mają służyć 
za materyał, potrzeba przestrzegać w nich dokładnej ścisło- 
ści; dążności, piękne frazesa, są tylko względnej wartości; je- 
dnemu mogą się podobać, drugiemu nie; gdy tymczasem rze- 
telny historyczny materyał przyda się każdemu, co pragnie 
z gruntu poznać dzieje krajowe. 

W każdym razie biografia ma niebezpiecznego przeciwnika 
w panegiryku. Autor rozmiłowany w człowieku, którego żywot 
kreśh, łatwo może, zajęty jednym przedmiotem, stracić miarę 
porównania i rozdąć go w kształy olbrzymie. Wprawdzie Plutarch 
posągom swoim umiał nadawać wyraz wielkości ; była to cecha 
jego klasycznego stylu, odpowiadająca wysławianiu wielkich 
epok Grecyi — tak samo jak w Apolinie Belwederskim widzisz 
idealnie zharmonizowanego człowieka, a nie wizerunek modelu 
używanego przez rzeźbiarza. — Co innego znowu stroić swój 
posąg w purpury i klejnoty cnót i doskonałości wszelakich, 
żeby świecił jak obraz cudowny ; to już jest cechą osobliwszego 
nabożeństwa, a nie tych spokojnie przedsiębranych studiów, co 
usiłują związać całość, zharmonizować części, we wszystko wlać 
życie, aby wystąpił charakter i postać miała swój wyraz. 

W Biografii, jak na portrecie, idzie o podobieństwo, nie 
tylko o to pospolite podobieństwo fotograficzne, ale o podo- 
bieństwo duszy. 

Z materyalów, jakie są o Sułkowskim, i jakie zapewne da- 
łyby się odszukać, możnaby niezaprzeczenie ułożyć bardzo zaj- 
mującą charakterystykę republikanina owych czasów. Syn nie- 
szczęśliwego narodu, talent górujący, serce gorące, wciąga 
w siebie wszystkiemi porami te wyobrażenia, jakie wówczesnej 
Francy i tryumfowały na tylu polach bitew, i wstrząsały tronami. 
Ból krzywdy zadanej swemu narodowi przenosi on na całe spo- 
łeczeństwo, na całą ludzkość, i pragnie ją urządzić podług ma- 
rzeń genewskiego filozofa, który jest u niego ewanielią nowego 



9 

Świata. Te przekonania mniej lub dalej posunięte, dzielone 
przez wielu ówczesnych znamienitych patryotów naszych, zmie- 
niały się później, w miarę jak przybywały lata doświadczenia, a 
praktyka Napoleońska inną wskazywała drogę — cóż dopiero, 
gdy ten i ów postawił tułacza stopę na rodzinnej ziemi, i, obej- 
rzawszy się, poznał rzeczywisty stan rzeczy wymagający zacho- 
wawczości raczej , potrzebnej do wyrobienia sił wewnętrznych, 
niż gwałtownego przewrotu, któryby je do reszty stargał. 

Sułkowski nie doczekał chwili powrotu — gdyby był żył, 
ulubieniec Napoleona, świetniałby niezawodnie w Księstwie 
Warszawskim obok Poniatowskiego, Dąbrowskiego, Zajączka — 
lecz czyliżby, jak ten ostatni, przyjął urząd Namiestnika nie 
bardzo godzący się z dawniejszym republikanizmem , tego nie 
można zgadnąć. 

Nie śmiałbym podać domysłu za pewnik, lecz to wnoszę z po- 
dobieństwa wyobraźni i sposobu przedstawienia rzeczy, że znane 
dzieło: «0 Rewolucyi polskiej (par un temoin oculaire))> 
przypisywane Zajączkowi, prawdopodobnie mogłoby być prze- 
robieniem, albo dopełnieniem napisanej przez Sułkowskiego hi- 
storyi Rewolucyi Polskiej 1794 r. 

Co w tem domyśle jeszcze utwierdza: że takiej książki jak 
historya Rewolucyi par un temoin oculaire niepotrafiłby 
"liapisać człowiek dorywczo i nie z powołania biorący się do 
pióra. O Zajączku nie słychać było, żeby kiedy trudnił się pisa- 
niem książek — przeciwnie w pozostałych po Sułkowskim pró- 
bach znać wielką wprawę i pewną sztukę. 

Rzecz ta zasługuje na zbadanie. Wartoby dojść, czy owa, 
przez p. St. Albin wzmiankowana historya Rewolucyi Polskiej 
we dwóch częściach, zginęła, czy też istnieje, a tylko z niewia- 
domych przyczyn nie została pomieszczoną w zbiorze pism i 
listów Sułkowskiego. Sądziłbym, że zadanie to daleko godniej - 
sze wyjaśnienia, niż dochodzenie nazwiska matki bohatyra z 
pod Piramid. 



KAUKAZ. 



Niech Araby skwarem spiekłe 
Miotują blttŻDierstwa wściekłe 
Przeciw słońcu, co ich pali; 
Próine wycia, marne wrzaski! 
Wrą pod ich nogami piaski 
Słońce posuwa się dalej I . . . 



\ 



I. 



MŁODOŚĆ OSTOI. PORWANIE GO PRZEZ CZERKIESA 

I UWIĘZIENIE NA KAUKAZ. 



• CsyA kaidy w swojem kółku, co kaie duch boły, 
A całość sama się słoiy. » 

£yło to W r. 1851.^ Z małem zawiniątkiem na plecach, po- 
fainiałych od cybucha ojcowskiego, z kilku złotówkami w kie- 
szeni i z boleścią w sercu porzuciłem dom rodzinny. Chciałem 
się udać do Warszawy, gdyż ojciec wysłał tam najukochańszą 
mą matkę, której miejsce zastąpiła w domu niejaka panna Alef- 
tyna Kociołek, prima-donna teatru prowincyonalnego. 

Panna Aleftyna grywała na gitarze, śpiewała czułym głosem ; 
a kiedy tatko z polowania wracs^ w orszaku przyjaciół myśli- 
wych, urządzała nocne biesiady, nieszczędząc wina, kart i słod- 
kich uśmiechów. 

Byłem pod tę porę studencikiem drugiej klasy, najstarszym 
z rodzeństwa. Kochałem dwie małe siostrzyczki i biegałem 
koić żal mój obok naszej staruszki, poczciwej sługi, ilekroć 
razy, po rannych pacierzach, nie mogliśmy doczekać się śnia- 
dania. 

' Cserpaae z opowiadania siomka naaaego, cnanego pny Ssamyln pod 
nazwiskiem: Jusofa Ostoi, który w ostatnicli czasach, będ%c powstańcem 
w Polsce, popadł w ręce rosyjskie; Jako też z wielu innych podań i wiaro- 
godnych źródeł. (Przyp. autora.) 



14 

Staruszka potrząsała smutnie głow%, szepcąc cos do siebie; 
siostrzyczki głodne i stęsknione kwiliły żałośnie; — ja tylko 
sam milczący, wpatrywałem si§ dumnie w święte oblicze matkif 
poglądającej poważnie ze złoconej ramy. 

Ale portret milczał i smutno patrzał na nas wszystkich... 

Służąca powiedziała mi raz w tajemnicy, że Aleftyna jest 
przyczyną naszego nieszczęścia. Od dawna to przeczuwałem. 
Otóż, gdy się sposobność nadarzyła, zwymyślałem przybraną 
macochę. 

Czegóż nie dokaże zalotnica, używająca tkliwych słówek 
pieszczot, umiejąca nawet płakać, kiedy zechce?... Aktorka ce- 
lowała w tych Bztuk£U!h, rozciągnęła nad mym ojcem panowa- 
nie, zmuszony byłem uciekać z pod rodzinnej strzechy — aby 
do niej więcej nie powrócić ! . . . 

Czyż mogłem przewidzieć wówczas, że z kolebki wstępuję na 
tułactwo? że przyjdzie się błąkać po szerokim świecie, spędzić 
najpiękniejszą młodość w pośród nieznanych ludów, pod nie- 
znanem niebem? ... 

A jednakże tak się stało. Skryte są wyroki Opatrzności! ... 

Obejrzawszy się po raz ostatni na domową zagrodę, zalaty- 
wał mię jeszcze brzęk strun, poruszanych ręką Aleftyny, i do- 
nośny acz chrapowaty głos ojca mojego, nucącego ulubioną 
zwrotkę ; 

((Każ przynieść wina, mój Eurdeszu miły!» ... 

To było wszystko , co uniosłem na pożegnanie. Wierny Fi- 
del, piesek pokojowy, on tylko wyprowadził mię poza wrota 
dziedzińca; lecz widząc, że za daleko idę, zawrócił się z po- 
wrotem. 

Pozostałem sam na bożym świecie. / 

Skarby moje składały: srebrny krzyżyk i medalik poświę- 
cony z Częstochowy ; troszkę drobnej monety, w którą mię dzia- 
dzio pułkownik zaopatrzył na ¥rydatki szkolne ; tudzież ze zło- 
conemi brzegami Pielgrzym z Dobromila. 

Ujrzałem się na drodze publicznej wiodącej do Sochaczewa. 
Wieczór się zbliżał, nastała też nie zadługo szara pomroka, zni- 
kły powoli wieże kościołów Łowicza, i nic oprócz drzew nie wi- 
działem. Drzewa te przybierały coraz inne, fantastyczne, lecz 
straszliwe formy, które mię przerażały. Zbierałem jednak całą 



15 

odwagę, aby wędrować dalej; na widok zaś jadących lub idą* 
cych podróżnych , schodziłem z drogi. 

Utrudzony, zasnąłem wreszcie pod krzakiem, lubo nie bez 
trwogi ; gdyż każdy silniejszy powiew wiatru, szum liści, budził 
mię z uśpienia, i zdało mi się słyszeć złowróżbne szepty koło 
siebie. 

Ranek zapowiadała różana jutrzenka. 

Wkrótce gorejące promienie słońca ozłociły Bzurę, tę żywą 
wstęgę, przepasującą zielone łąki i pola. Ruiny zamku Socha- 
czewskiego, na którym Plichtowie kasztelani zasiadali, zajęły 
moją uwagę; most na rzece zdawał mi się być arcydziełem, a 
szosa, ze swojemi malowanemi baryerami szczytem doskona- 
łości ! 

Gdy tak wielbiłem w duszy tę czarowną dekoracyę natury i 
sztuki, zbliża się do mnie muzułmanin przy kindżale, źle po 
polsku mówiący, który wypytawszy mnie z kąd jestem, do- 
kąd dążę i o inne okoliczności, zaprowadził na drugi koniec 
miasta. 

Alabenda — było to imię jego — zatrzymawszy się przed 
miejscową oberżą, ukazał schludny domek stojący naprzeciwko, 
gdzie kwaterował jego pan, rotmistrz, a zarazem mułła (ksiądz) 
Czerkiesów, nazwiskiem Abduła-Beg. 

W czasie naszej rozmowy sam rotmistrz ukazał się w oknie, 
dając jakieś rozkazy niezrozumiałym językiem swojemu słudze. 
W tejże samej niemal chwili zbliżyła się do rotmistrza piękna, 
jasna główka młodej kobiety, która, postrzegłszy mnie studen- 
cika stojącego na ulicy obok Alabendy, odezwała się wdzięcznie 
po polsku; usłyszawszy zaś kilka uprzejmych słów w odpowie- 
dzi, zaprosiła mnie do siebie. 

Wszedłem więc do domu Czerkiesa. 

Abduła-Beg był to mężczyzna w sile wieku, mógł mieć naj- 
więcej około lat trzydziestu kilku. Wzrostu średniego , z długą 
czarną brodą, w bogatym stroju wschodnim, z wzrokiem by- 
strym a przenikliwym; zresztą dosyć przyjemnej powierzcho- 
wności. 

Młoda Polka, jak się później dowiedziałem, Warszawianka, 
Andzia Szym . . . uderzającą stanowiła z nim sprzeczność. Była 



16 

to piękność lotna, nikła, eteryczna, blondynka z szafirowem 
okiem i tkliwem wejrzeniem. 

Abdula-Beg przyjął mię łagodnie i gościnnie, poczęstował 
kaw% i wybornem śniadaniem; poczem oświadczył, że jeżeli 
chcę się udać sam do Warszawy, to mogę mieć łatwo wypadek; 
że do Warszawy jest bardzo daleko, lecz że on mnie z sobą. za- 
bierze i że tym sposobem dostanę się do matki. 

Uszczęśliwiony obietnicą, dzień cały przyjemnie mi zeszedł. 
Dziecko, jakiem byłem, łatwo pocieszyć. Przebrano mnie po 
czerkiesku, co mnie bawiło; owe galonki tak mi się podobały! 
wreszcie sama Andzia mówiła, że mi były do twarzy. 

Nazajutrz pojechaliśmy konno do hrabiny wResz... gdzie 
nas bardzo dobrze przyjęto. Innego dnia ruszyliśmy z wizytą 
do Gawłowa, do młodego obywatela i dosyć przystojnego, co 
miał żonę z teatru warszawskiego. Słowem, czas nam dość we- 
soło upływał na zabawach, polowaniach, i t. d. 

Opiekun mój przygotowywał się tymczasem do wyjazdu. 
Sprowadził nowy powóz, rozmaite sprawunki podróżne, co mnie 
wielce cieszyło ; gdyż po za tem wszystkiem obraz matki przed- 
stawiał się mej wyobraźni. Pragnąłem jak najprędzej ujrzeć 
się przy niej. 

Wyruszyliśmy nareszcie z Sochaczewa. Abduła-Beg z An- 
dzia wzięli mnie pomiędzy siebie, Alabenda zajął miejsce słu- 
żącego. 

Jechaliśmy dnie i noce, popasali i znowu jechali, a Warszawy 
nie było widać, i spostrzegłem się dopiero po niewczasie, że 
gdzieindziej jadę ; obawa zaś i niedoświadczenie dwunasto- 
letniego chłopca nie przedstawiały środka ratunku. 

Po opuszczeniu granic Polski, doświadczając rozmaitych 
drobnych przygód, bliscy nieraz stoczenia bójek z powodu 
awantur podchmielonego Alabendy na stacyach pocztowych, 
przebyliśmy przecież szczęśliwie całą Moskwę, jadąc na Kijów, 
Odessę , i zatrzymaliśmy się w Stawropolu. 

Tutaj Tatarzy zajęli moją uwagę i miasto obleczone w su- 
kienkę na pół-wschodnią. Greczyna też lub Czerkiesa z ogorza- 
łem obliczem gdzie niegdzie tu napotykałem. Na ich widok 
myśląc, że jestem gdzieś na końcu świata, rzuciłem się rzewnie 
w objęcia Andzi. Lecz jej perswazye, łagodność, tkliwość , ja- 



17 



koteż nowe widoki a nadewszystko, źe tak powiem, owa 
łatwość życia, której w domu ojcowskim pozbawiony byłem, 
zmniejszały me cierpienia i czyniły znośnem położenie. 

W Stawropolu już daje się poczuć inna atmosfera, a z ni% i 
charakter górali. Wszyscy tu cliodz§ zbrój no, jeźdźcy i piesi, 
z nożami za pasem , pistoletami , i dwoma rzędami ładunków na 
piersiach. Jakieś postacie groźne, z naciśniętemi na czoło ba- 
raniemi czapkami, z pod których wyglądają ponure, bronzowe 
oblicza ze świecącymi oczami, snują się tam i owdzie. Widać 
wszędzie piętno trwogi i chytrości; widać, że jeden drugiemu 
nie ufa i jeden drugiego się boi; bo spoglądają na się z po- 
dełba. Żadnego uśmiechu, żadnego wesela na twarzach, tylko 
wyraz groźby lub zemsty 1 Widać, że w tem mieście nieprzyja- 
ciele sami się spotykają — łączy ich tylko braterstwo jednego 
knuta. 

Za Stawropolem świetne panorama wyrosło nagle przed 
memi oczami. Rozciągało siew dali pasmo nieruchomych 
obłoków, podobne do szmat brzemiennych chmur osiadłych 
na lądzie. To zamglony Kaukaz, miejsce mego przezna- 
czenia! ... 

Zbliżając się do niego, przebyliśmy fortecę Władykaukaz. 
Groźna ta twierdza, ogromny zastęp na jedynej drodze wiodą- 
cej tamtędy do Gruzyi , Armenii , Erywanu , itd. : (drodze ku In- 
dyom), owa odwieczna strażnica mężnych górali, obecnie w rę- 
kach ambitnego caratu 1 

Za Władykaukazem nowy świat się poczyna. Żegnam was 
płaszczyzny i doliny spokojnych narodowi Przedemną świat 
skał i gór niebotycznych, wąwozów i otchłani; oryginalny 
krajobraz sterczący poważnie ze swojemi najdziwaczniejszemi 
kształtami w całkiem świeżym kolorycie! 

Pójdźmy więc w góry. 

Za Władykaukazem jechaliśmy gościńcem w kamieniu wy- 
kutym. Po nad nim , z jednej strony piętrzyły się niedościgłe 
wzrokiem, poszarpane wstrząśnieniami wulkanicznemi , masy 
skał i ziemi, jużto pokryte lasami, już zupełnie nagie, już uwień- 
czone krainą śnieżnie i lodów. Kozły skaczące po stromych 
urwiskach, urozmaicały krajobraz — i sęp zataczał w powietrzu 
koła. 

GORDOK, KaDEAZ. 2 



18 



Z drugiej strony gościńca bezdenna prsepaść; czarna, jak 
otchłań piekielna. Rozbijające nię z rykiem spienione potoki^ 
spadające do przepaści, przygrywały na dziką nntę owej dzikiej 
przyrodzie. 

Tradycya niesie, że w tych miejscach znajdują się niezmierne 
skarby złota i drogich kamieni; lecz dotąd ludzie nie znaleźli 
sposobów eksploatacyi i nasycenia żądzy chciwości swojej. €o 
za szkoda ? 

Brzegiem gór, z których najznaczniejszą jest Majorsza (Ma- 
jorowa), tak zwana z powodu zasypania lawiną majora moskie- 
wskiego, wężykuje wspomniony gościniec, olbrzymie dzieło, 
nad którem pracowali nie ludzie ale Tytani. 

Gdyby wieszczy duch natchnął był Czerkiesów do zaniecha- 
nia tej mozolnej roboty i nie byli sami przygotowali toru swemu 
najzaciętszemu wrogowi, o ileż różne od obecnego byłoby ich 
położenie?... 

Kto jednak ma zamiar podróżować tym szlakiem , nie radzę 
mu żartować sobie z Czerkiesów i puszczać się o własnych si- 
łach. Niebezpieczeństwo tam nieustaje o żadnej porze, pomimo 
miejscowych, przygotowanych naprzód środków obrony w razie 
wypadku. Spotykaliśmy liczne karawany przebywające tamte 
okolicę nie bez trwogi. Nieprzyjaciel bowiem jest w niej niewi- 
dzialny. Nie można oznaczyć miejsca jego zasadzki , gdyż on 
mieszka wszędzie. Każde tam drzewo, krzak, głaz, jest nieprzy- 
jacielem. 

Jeżeli na tej drodze, po której na iyzyko postępujesz, pode- 
rżnięto gardło wyznawcy islamizmu, obaczysz na tem miejsca 
podłużny kamień — na kamieniu napis arabski, kadzidło dla 
nieboszczyka i wezwanie pozostałej jego rodziny do zemsty — 
nad napisem zawój ! 

Jeżeli chrześcianin padł ofiarą, zatknięto krzyż , godło prze- 
baczenia. 

Lecz owych kamieni tatarskich, lecz owych mogił i krzyżów 
taka tam liczba, iż zdaje się podróżnemu, że odbywa pielgrzymkę 
przez cmentarz bez końca. 

Ale Abduła-Beg nie znał niebezpieczeństwa ! 

Powóz nasz ciągnęło dwanaście par bawołów, prowadzonych 



19 

przez dwunastu Graz3niów. Abdula z Andzią, znudzeni powolną 
jazdą, udali się naprzód piechotą. 

Wkrótce, po ich oddaleniu się byłem mimowolnym świad- 
kiem okropnego dramatu, cechującego zawiść, jaką tchną 
spodleni moskiewską niewolą Gruzyni przeciw Gzerkiesom w 
ogóle : 

Lezgin wiódł spokojnie małą karawanę obładowanych wiel- 
błądów i zboczył z drogi, zostawiając nam wolny przejazd. Gru- 
zyni, tchórze z natury, widząc go samotnego, ośmielili się do 
zyskania na nim odwetu za doznane nieraz upokorzenia od wa- 
lecznych synów Kaukazu. Szepcąc przez chwilę do siebie, jeden 
z nich podlazł podstępnie do Lezgina, zerwał mu czapkę i rzucił 
z szyderstwem do przepaści. Nuż cała hałastra naśmiewać się 
z pokrzywdzonego! Ten nie mógł znieść doznanej zniewagi. 
Silny i odważny, rzucił się ze zręcznością pantery na przeci- 
wnika , schwycił za pas, wzniód w powietrze i strącił w otchłań, 
wołając : «Eiopoogły! (psi synu !) przynieś mi moją czapkę ! » 

Następstwo było do przewidzenia. Cała zgraja Gruzynów na- 
padła na nieszczęśliwego i zepchnęła do topieli. 

W Alabendzie, moim towarzyszu, drgnęła na ten widok 
żyłka czerkieska. Choć czuł przemoc przed sobą, dobył kin- 
dżała, wyszczerzył zęby, namiętnością górali kaukaskich, i goto- 
wał się pomścić hańbę i śmierć współziomka — gotów sam zgi- 
nąć, gdyby nie zwyciężył. 

Nie wiem, jak owa krwawa scena byłaby się zakończyła, 
gdyby odgłos dzwonków nie ostrzegł był o zbliżeniu się jakie- 
goś ekwipaźu. W samej rzeczy, pop eskortowany przez oddział 
kozaków, zbliżywszy się do nas, położył tamę zawiązanej kłótni. 
To jednak nie przeszkadzało Alabendzie poprzy siądź zemstę 
Gruzy nom. 

Spuszczanie się z góry było trudniejszem, niż toczenie się 
pod górę. Złączyliśmy się z Abdułą, który przyspieszał podróż, 
aby jak najprędzej powitać rodzinne miejsca Baki. Rozsądek 
nakazywał mu wprawdzie przenocować na przystanku, atoli ro- 
mantyczne skały i gorący klimat tameczny, usposabiający do 
czynów śmiałych , spowodowały go zapewne puścić się z nami 
na chybi trafi' w nocną wycieczkę. 

» Nigdy owego wieczora nie zapomnę. Miły chłód orzeźwiał 

2* 



20 

I 

po dziennym upale; miryady gwiazd, nakszti^t siatki złocistej, 
przyświecały na ciemnym lazurze; były one powiernikami ci- 
chych westchnień i tęsknych myśli moich. 

Andzia zanuciła stłumionym głosem: «Kto się w opiekę ...» 
Z rozrzewnieniem dziecięcem pochwyciłem to święte pienie — 
śpiewaliśmy oboje. Jakaś smętna uroczystość rozlewała się 
w całym wszechświecie i w mojem jestestwie. 

Modlitwa Andzi, skały zmieniające co chwila swe tajemnicze 
postacie, przybierające jakieś podłużne formy, różne wzory, 
jakby senne widziadła ; rysująca się sylwetka siedzącego obok 
mnie muzułmanina, jego przysłuchiwanie się spokojne naszej 
pieśni — wszystko to podnosiło mą młodzieńczą wyobraźnię. 
Lecz na jej kanwie najwydatniejszą była zdruzgotana głowa 
Lezgina , wyglądająca z rozpadliny. 

Nagle krzyk: «Kim gialir?» (kto jedzie?) zahuczał jak 
piorun odbijający się echem po jaskiniach i pieczarach. 

Powóz nasz obskoczyło kilkunastu konnych. 

AbdiJa-Beg porwał za strzelbę, ale nie było podobieństwa 
ocalić się w pomroce z rąk znanych ze zręczności i męztwa 
jeźdźców — byli to Lezgini. W okamgnieniu rozbrojony został, 
i rozćwiertowanoby go, jako wyrodnego Czerkiesa, noszącego 
szyniel i chresty carskie, gdyby się nie był wykazał, że jest 
mułłą (duchownym), a tem samem osobą nietykalną. 

Puszczono go więc na wolność. 

Go się stało z Alabendą? co się stało z bawolarzami? nie 
wiadomo. Ja i Andzia posadzeni na rącze bieguny, popędziliśmy 
cwałem w ciemne parowy. 



II. 



RODZINA ABBASA. 



II. 



ivłu80wali8my przesmykiem kamienistym, a jednostajny ten- 
tent jazdy przerywał nocną ciszę. Czasami słychać było żałosne 
skowyczenie uciekających przed nami szakali; krakanie spłoszo- 
nego z nśpienia ptastwa, lub szmer oddalonego wodospadu. 
Kiedy niekiedy, gdy iskry pryskające z pod kopyt końskich 
oświeciły podziemną knieję, ślepie wilków szurających między 
krzakami błyszczały tu i owdzie. 

Strwożony, trzymałem się z całej siły łęka u siodła, aby nie 
upaść na pożarcie dzikim zwierzętom. 

Podobnego losu doświadczała też Andzia. 

Dziwna rzecz, że pomimo gwałtownych skoków przez doły i 
rozpadliny, pomimo raptownego zbiegania, a raczej sunięcia się 
z pochyłości, lub rzucania z wysileniem na wyniosłość, nie czu- 
łem takiego wstrzęśnienia, jakiego w Polsce na niejednym ru- 
maku doznawałem. 

Opatrzność dozwoliła słabemu człowiekowi pokonywać ży- 
wioły na każdem miejscu. 

Koń lezgiński i jego pan, to jedno! Dzielą oni z sobą wszy- 
stkie niebezpieczeństwa i trudy. Czworonogi do szybkości ga- 
zełli łączy odwagę lwa, i jest najwytrwalszy z pobratymców 
swej rasy. 

Stanęliśmy nakoniec na jakiemś rozdrożu wśród wzniesionej 
doliny, dokąd zbliżało się dwóch wartowników. 

nSellam allejkim!» — « AUejkim sellam ! » było wzajemne po- 
witanie r}'cerzy. 



24 

Wartownicy otworzyli drewnianą bramę, przez któr% wje- 
chaliśmy w ulicę wioski. Po obu stronach wznosiły się domy 
w pewnej odległości jeden od drugfego. 

Zdobywca mój, zwany Abbas, zeskoczył najpierwszy przed 
jednym z tych domów i zsadził mię z konia. Tak się uczułem 
znużony, iż zaledwie ustać mogłem. Okrzyki radości dały się 
słyszeć do koła ; przed progiem zaś domu stała gromadka nie- 
wiast, witających Abbasa, jak się zdawało, pewnym rodzajem 
błogosławieństwa. Jedna z nich, wziąwszy wierzchowca za cu- 
gle, zaprowadziła w podwórko. 

Weszliśmy do chaty. 

Zacząłem się rozpatrywać w nowem schronieniu. Nie mia- 
łem dotąd swobodnej chwili do zastanowienia się nad przygodą, 
która mię tak nieoczekiwanie spotkała. W krótkim czasie, ileż 
to wrażeń! Ostateczne atoli było to, że jechałem do jakiejś 
czarnej straszliwej jaskini rozbójników, — gdy tymczasem, nad- 
spodziewanie ujrzałem się w schludnem mieszkaniu, gdzie 
wszystko dosyć przyjemnie na mnie oddziaływało. 

Żony Abbasa czyniły honory domu. 

Jedna z nich zdjęła obuwie swojemu władcy i myła mu nogi 
wodą zaprawną pachnidłami; — druga, podała cybuch kręcony 
z nargilą, nałożoną tytoniem; — trzecia rozdmuchiwała węgle 
w bengalu (rodzaj kociołka), i ogrzewała kołderkę dla okrycia 
stóp sułtanowi; — czwarta zajęła się zastawianiem wieczerzy. 
Słowem, każda, a było ich siedem, wzięła się do swego wydziału 
— oprócz jedynej, najmłodszej, najurodziwszej , największe 
względy posiadającej ; nazywano ją Assya. 

Nie zapomnę tej smugłej postaci, silnej budowy ciała, o kru- 
czych warkoczach po kostki; gustowną przyodzianej szatą, ja- 
śniejącą bogactwem i świeżością. Twarz jej blada, nabierała ru- 
mieńca w miarę jak mówiła, a oczy z pod długiej rzęsy bły- 
szczały jak dwie gwiazdy. 

Przy niej uwijał się synek, ostatni potomek rodziny Abbasa. 

Mając dziwne wyobrażenie o Czerkiesach, zapytywałem sie- 
bie, czy to jest prosta góralka? czy też jaka wykradziona, słynna 
z piękności wschodu, księżniczka? Lecz później widziałem po- 
dobne. Bądź co bądź, żony Abbasa przedstawiały coś z Tysiąc 
nocy i jedna. 



25 

Assya podstąpiła ku mnie, zaczęła mówić, lecz z wielkim ża- 
lem nie mogłem jej zrozumieć. Podała mi czaszę napełnioną 
wodą , df^a znak , abym sobie ręce i nogi obmył , a następnie 
nsiadł — co też uczyniłem. 

Abbas powst^ z miejsca. Wtedy to miałem sposobność 
przypatrzenia się owej wspaniałej postaci. Poważna siwa broda 
zdradzała wprawdzie wiek jego podeszły, lecz w mchach i całej 
powierzchowności tego Azyaty przebijało tyle żywotności i po^ 
tęgi, te miałby czem nadzielić kilkunastu wypieszczonych Eu- 
ropejczyków. 

Postąpił w róg izby, złożył ręce na piersi i modlił się gorąco. 
Potem zbliżył się do mnie , i jakkolwiek z trudnością , zamieni- 
łem z nim słów kilka , których się nauczyłem w czasie pobytu u 
Abduł-Bega, jakoteż w podróży. Obejście starca było obojętne, 
ale łaskawe , nacechowane wyrazem godności. Kazał mi przy- 
nieść inne suknie, w które mię natychmiast przebrano. 

W tern podano wieczerzę. 

Abbas powtórnie odmówił, lecz na ten raz krótką, modli- 
tewkę, i zasiadł samotnie do stołu. Mnie zaś ofiarowano też 
same co i jemu potrawy, mianowicie: ryż, baraninę, owoce, i 
sorbety, tylko na innym stoliku. 

Podczas obiadu drzwi otworzyły się nagle, i trzy żony Ab- 
basa, jakby trzy gracye, ubrane z wdziękiem, wbiegły do -ko- 
mnaty. Pierwsza z nich w pląsach czarowała zręcznością, gib- 
kością i urodą. Druga z bębenkiem i brzękadłami towarzyszyła 
siostrze (bo tak się między sobą zowią). Trzecia z torbanem za- 
wieszonym na zielonej szarfie , zawodziła śpiew długi (który był 
improwizacyą poetyczną). 

Śpiew ten z początku nieco hałaśliwy, przedstawiający narze- 
kania kobiety, płacz dzieci rozstających się z ojcem, wolniejąc,^ 
wyrażał uczucia rzewnej tęsknoty. Przerywała go zwrotka we- 
selsza. Potem raptem się urwał. Dalej , oddawał e<sho skał po- 
wtarzające jęk zupełnie odrębny, niezwykły — szczególni przej- 
ście muzyczne ! — jako też huk strzałów, szczęk oręża, krzyki i 
wm&wę wojenną; w czem wszystkiem jeden głos przeważał, 
naśladowany a silny głos Abbasa rycerza. 

Improwizacyą skończyła się na tem, że bohater, po dokona- 



26 



Dych cudach waleczności, jako zwycięzca g^dzieś znika pośród 
zdumienia swych ziomków. To wzniosłe 1 . . . 

Improwizacye podobne oceniłem nie prędzej , aż się obezna- 
łem z językiem miejscowym, do czego dosyć rychło doszedłem. 
Czerkieski zwykle układaj% wiersze na cześć wielkich czynów 
swych mężów. Te wbijają się przez powtarzanie w pamięć dzia- 
twy i zamieniają wtradycye; chociaż miłość własna improwiza- 
torki popycha ją do samochwalstwa. 

Wmawia zazwyczaj w męża, że i ona pochodzi ze znakomi- 
tego rodu dzielnych wojowników; że matka jej była tak piękną, 
iż chmurki żeglujące po niebiosach pierzchały przed jej wzro- 
kiem promienistym ; słońce mrugało na nią ; że była lekką jak 
pianka wodnista ; blaskiem lica ćmiła barwiste kwiaty i świetne 
kamienie ; głos zaś jej był tak czuły, słodki i dźwięczny, iż wia- 
try i ruczaje zatrzymywały się w biegu, a leśni ptaszkowie 
w locie, aby mu się przysłuchać. 

Pieśń przebrzmiała. Wszyscy się oddalili, oprócz Abbasa i 
Assyi, zajętych rozmową. Częste ich spoglądania na mnie dały 
do poznania , że toczyła się rada dotycząca mej osoby. Przenio- 
słem się wówczas myślą pod rodzinną strzechę. Wspomniałem 
sobie, jak dziadunio pułkownik lubił opowiadać wieczorem przy 
kominku o Wacławie Rzewuskim, szeiku Beduinów. Nie tajny 
mi był zwyczaj plemion wschodnich, przyznający zdobywcy 
prawo własności nad jeńcem , którego wolno mu sprzedać jako 
towar lub użyć do najcięższych posług. 

Lecz, cóźby znaczyła owa uprzejma gościnność dnia pier- 
wszego? ... Jestże ona zwyczajem? lub zachowano ją może dla 
pocieszenia mię na chwilę. Czytałem niegdyś w « Turczynie 
Wojażującymi), jak ludożercy dobrze się obchodzą z niewolni- 
kiem i karmią go słodyczami ażeby utył zanim go pożrą. Nie- 
które ludy, mianowicie Indy anie, jeszcze lepiej robią, bo przed- 
stawiają skazanemu na śmierć cudnej urody kobietę, zanim 
spalą g6 na stosie, sądząc, że przez to oddają mu ostatnią po- 
ciechę. 

Te i tym podobne dumania krążyły bezładnie , gorączkowo 
w mej strudzonej głowie; nastąpiły niewyraźne mrzonki, oczy 
mi się kleiły, zasnąłem. 

Nagle ocknąłem się i poczułem , że mię ktoś bierze za rękę. 



27 

Assya z synem stała przedemną. Zaprowadziła nas na płaski 
dach chaty, gdzie obadwa mieliśmy nocować. Zwyczajna sypial- 
nia jedynaka była pod gołem niebem, w celu zahartowania go 
na zmiany powietrza. 

Nazajutrz i dni następnych taż sama gościnność! Radość 
ma była wielka, gdy ujrzałem wchodzącą Andzię w orszaku 
kilku Ozerkiesów. Twarz jej atoli była wy bladła i nosiła piętno 
z nu ź en i a. Tkliwość jej względem mnie nie miała granic. Bła- 
gała szlochając, abym jej przebaczył, że nie chcąc sama jechać 
z narzeczonym, wyjednała u Abduł-Bega, żeby kogoś z Polaków 
zabrał z sobą dla jej towarzystwa; abym jej przebaczył, że sta- 
łem się jej żądań ofiarą. 

Łza Andzi była, niestety, łzą pożegnania. Abduła-Beg nie 
zapomniał o swej przyszłej małżonce, i pospieszył z wykupie- 
niem jej u Lezgina, któremu się dostała w ręce. Co do mnie, 
nie przedstawiałem dla niego tak niezbędnej potrzeby, aby miał 
uszczuplone swe fundusze na mnie wykładać. Pozostawił mię 
więc losowi Opatrzności, a z oddaleniem się Andzi uleciała 
ostatnia dla mnie nadzieja. Zostałem opuszczonym sierotą, zo- 
stałem Czerkiesem ! . . . 

Jakoż, nie tylko odzież dano mi lezgińską, ale i dokonano 
obrządku obrzezania. Go się zaś tyczy względności doznanej, 
czas pokazał, że winien ją byłem głównie Assyi, z przyczyn na- 
stępujących : 

Abbas stracił czternastu synów w obronie kraju od Moskwy. 
Syn Assyi, mały Mustafa, jak już wspomniałem, był ostatnim 
następcą jego linii męzkiej. Matka drżała na myśl, że podobny 
los czeka jej najdroższego jedynaka gdy podrośnie; że najmłod- 
szy Mustafa, ów ukochany Benjaminek, skoro powołany zosta- 
nie do szeregów, więcej nie powróci; a Abbas pozbawiony bę- 
dzie ostatniego szczepu płci swojej w ojczyźnie zagrożonej od 
przemocy. 

Sędziwy rycerz powtarzał sam często, że może kto go prze- 
klął, aby w starości « przeżył ostatniego potomka n, gdyż — mó- 
wił on — i Mustafa zginie w najpierwszej walce z wrogiem , bo 
męztwem musi wyrównać braciom poległym; inaczej, upoko- 
rzony, spodliłby się w oczach narodu. 

Przeczucie ojca, prawdziwe czy mylne, serce matki dzieliło. 



28 



Jej smętne a częste zamyślanie się, melancholiczne spojrzenia 
rzucane na dzieciaka, dowodziły obawy o niego, z którego 
szczyciła się, który j% wyniósł do godności pierwszej odaliski 
haremu, otoczył miłością, i szacunkiem męża. 

Myśl wszelakoż szczęśliwa nasunęła się Assyi, i odtąd twarz 
jej była więcej ożywioną, oko pałało żywszym blaskiem, ilekroć 
razy objaśniała mię o mowie lezgińskiej. Tę sarnę myśl podda- 
wała ona powoli, z całą oględnością, mężowi, z obawy aby jedy- 
nej kotwicy zbawienia nie utracić, gdyby nie przypadło mu jej 
zdanie do smaku, gdyby obruszywszy się stanowczo odmówił 
pójścia za jej radą. 

Z zabiegów białogłowy wynikło to, że Abbas pierwszy, zwy- 
ciężony uczuciem ojcowskiem , przeznaczył mię na zastępcę je- 
dynaka, którego oszczędzić służyło mu prawo. 

Skutkiem tego Mustafę i mnie razem wychowywano , ubie- 
rano jednakowo, kształcono; a Assya starała się zastąpić mi 
w troskliwości rodzoną matkę i nazwała Jusufem. Byłoźli to 
przez wspomnienie na Józefa w niewoli egipskiej ? . . . 

Assya miała serce dobre, skłonne do współczucia. Umiała 
spędzać tęsknotę z mego czoła, umiała wyszukiwać rozrywki 
dla dwóch swoich chłopców, jak nas mianowała, nagrodzić po- 
darunkiem lub przysmaczkiem ; — gdy zaś jej opowiadałem, że 
i Polaków Urus (Moskal) gniecie, zdaws^o mi się czytać w jej 
obliczu podwójną miłość ku mnie. 

Assya pieściła nas nawet. Sypiając na dachu, chłodny wiatr 
lub deszcz stawał się nam czasem nader niemiłym, choć nakry- 
waliśmy się burkami. Otóż , skoro Abbas wydalił się z domu na 
wyprawę wojenną, albo u innej z żon przebywał kolej tygo- 
dniową, Assya, korzystając ze sposobności, przyjmowała nas do 
swego pokoju. Tam , na aksamitnem posłaniu milej było zasy- 
piać, niż na wilgotnym lub spiekłym od słońca granicie. 

Szkoły, w których pobierałem początkowe nauki w Polsce, 
jakoteż późniejsza niedola, tudzież żywot pomiędzy obcymi, 
gdzie człowiek tak prędko dojrzewa, wreszcie, wiek mój różniący 
się starszeństwem o parę lat od wieku Mustafy, wszystko to 
sprawiło, że byłem rozsądniejszym od niego i wywarłem nad 
nim pewną przewagę moralną. Powstrzymywałem niekiedy 
zbytnią jego żywość, zamiary i figle, w których mógłby się był 



29 

łatwo narazić na skręcenie karku — wywracając w dół koziołka, 
słowem, zająłem stanowisko w pewnym stopniu mentora, wy- 
wiązującego się z obowiązku wdzięczności za pieczołowitość 
opiekunki. 

Z Mustafą też wkrótce staliśmy się przyjaciółmi. 
. Musiałem wraz ze wszystkimi odmawiać modlitwy, co czyni- 
łem dla formy; musiałem zwyczaje przejąć azyatyckie. 

Dopóki nie skończyłem lat piętnastu, niewiasty haremu Ab- 
basa nie zakrywały twarzy przedemną, i wolno mi było nawie- 
dzać je i obcierać się między niemi. Zapewne żaden jeszcze 
Europejczyk nie miał sposobności być naocznym świadkiem do- 
mowego życia Lezginów, przeniknąć je, i wtajemniczyć się 
w zwyczaje ich haremów. Zdaje mi się, że zbiegiem okoli- 
czności byłem jedynym pod tym względem wyjątkiem. 



^ I 



III. 



RYS KAUKAZU. KRÓL WĘŻÓW. 



m. 



Łańcuch gór kaukazkich mieści w swych wąwozach i łanach 
mnóstwo rozmaitych napływowych różnymi czasy ludów. Dro- 
bne te ludy po większej części nie wiedzą o swojem pochodze- 
niu. Zapytaj je: zkąd przybyły? od jak dawna tu osiadły? 
odpowiedzieć nie umieją. 

Kto się zakochał w mitologii, niechaj wywodzi ich przeszłość. 
Muza moja nie ma natchnienia jej opiewać. 

To pewna, że najznamienitsze z owych plemion są : właściwi 
Czerkiesi, od nazwy których wszystkich górali mianujemy Czer- 
kiesami; Czeczeńcy; Eabardyńcy; nakoniec Lezgini — perła 
Kaukazu. 

Związek polityczny był niedostatecznym do wzmocnienia 
ich i zlania w jedno. Węzeł religijny, związek muridyzmu, złą- 
czył ich w całość. 

Wprawdzie na małej przestrzeni Kaukazu, obok najsilniej 
wkorzenionego machometanizmu, dają się postrzegać szczątki 
wiary Chrystusowej ; lecz są one tak zeszpecone , że od obrzę- 
dów bałwochwalskich z trudnością odróżnić je można. Tu i 
owdzie widać jeszcze rozwaliny świątyń , widzieć można i przy- 
bywających do nich pielgrzymów, lecz ci składają pogańskie 
ofiary nieznajomemu , a raczej zapomnianemu £ogu chrześcian, 
który był Bogiem ich ojców. 

Ludność górali do miliona przeszło liczy — ale czyż można 
ich policzyć, ukrytyTjh w zakrętach i fałdach skalnych? 

Lezginów liczba dochodzić ma do •400;000 dusz. Zamieszkali 

GoRDOK , Kaukaz. 3 



34 



w miejscach, które chyba Bóg wybrał za kolebkę roda ludzkiego^ 
zachowali surowość i czystość obyczajów. 

W klimacie, gdzie człowiek dojrzewa fizycznie jak owoc 
Edenu, kobieta stała się kwiatem piękności. 

Owa nieskalana rasa kaukazka, organicznem usposobieniem 
przewyższająca inne, jakże potężnie objawia światu po wszy- 
stkie czasy swoje uczucia i wrażenia! 

Dzikość Lezgina, pierwotworu człowieka — którego tylko 
Moskale, krótkowidze i ludzie złej woli, czerpiący swą mądrość 
ze źródeł nieczystych, okrzyczeli za rozbójnika — dzikość ta 
dodaje mu niewypowiedzianego uroku, przy jego wrodzonej 
szlachetności. Zastępuje ona u niego miejsce sztucznego wycho- 
wania cywilizacyjnych narodów, które nie zawsze naśladują je- 
dynie to, co jest naśladowania godne. 

Prawda, że ten sam Lezgin roznosi mord i pożogę między 
swoje wrogi, pozostawia za sobą rozpacz i spustoszenie; lecz 
zważyć potrzeba, że urodził się on o pięćset mil od nas, w innych 
obyczajach i warunkach istnienia. To, co on robi, jego ojciec 
robił, jego dziad, jego pradziad robił. 

Cudowna przyroda Kaukazu nie karłowaci lecz rozwija i 
pielęgnuje. Stanąwszy na szczycie góry, oddychając najeży- 
ściejszem powietrzem, człowiek nie czuje ciężaru własnego; oko 
przenosi w niego odbicie wielkiego, rozpostartego pod jego 
stopy obrazu ; a tak mimowolnie poczuwa on wzniesienie ducha, 
siłę twórczą, potęgę osobistą. t 

Lapończyk i Eskimos, smutne zaiste studyum filozoficzne 1 
Prawie żal, że żyją na świecie, gdy ich porównywam z Lezgi- 
nami. 

Lezgini, jakkolwiek dzieci natury, zamieszkują piękne auły 
(wioski). Auły te są rozrzucone wśród niedostępnych dolin i 
jak gniazda orle na grzbietach skał, u stóp których wznoszą się 
reduty moskiewskie. 

Domy ich murowane, tynkowane i bielone, z dachami p)a- 
skiemi, pokrytemi łupkiem lub naftą, to jest olejem skalnym, 
zmieszanym z kredą, gliną i piaskiem. Wszystkie są fortecami. 
Ażeby zająć auł, potrzeba wprzód zdobyć każdy dom po 
szczególe. 

Pokoje w tych forteczkach sklepione, mające strzelnice z 



35 



frontu, okna małe, wychodzące na dziedziniec; podłogi z ciosa- 
nego kamienia, kobiercami zwykle wysłane. Kuchnia ma tylko 
otwór w suficie , którędy dym ulatuje z kotliny. Podczas zimy 
mieszkania są ogrzewane ben galem. 

Czystość jest artykułem wiary. 

Lezgini łączą się związkiem krwi tylko między sobą; dla 
tego uważają za niepotrzebne wywodzenie swej rodowitosci. 
Arystokracya nie ma między nimi miejsca. Wiek sędziwy, za- 
sługi męztwa i rozumu dają prawo do szacunku, przyjaźni i 
pierwszeństwa w towarzystwie. Tytuły hanów, szeikow, sułta- 
nów, begów, nie mają u nich znaczenia, chociaż są cenione u 
innych pokoleń kaukazkich. Lezgin jest tylko dumny obywa- 
telstwem swego kraju. On jeden zpośród górali nie zwykł był 
legitymować się w obec Szamyla — i skoro powiedział, że jest 
Lezginem, władca o więcej nie pytał. 

Mimowolnie przypomina się tu przepowiednia z Księgi 
Rodu: n Ludzkość tak się w jedno złączy, że imiona i nazwiska 
familijne znikną ; będzie tylko jedna rodzina, jedno nazwisko : 
człowiek!)) 

Lezgin do każdego używa zaimka osobistego «ty». Temu 
zaś, kto odbył wędrówkę do grobu Machometa lub do innych 
miejsc świętych, dodaje przez uszanowanie tytuł: hadźi (piel- 
grzym). 

W potocznej rozmowie jest krótki lecz otwarty. Rzadko, 
mówiąc do kogo, używa przymiotników omawiających, w języku 
tureckim tak powszechnych , gdyż uważa to sobie za upokorze- 
nie w obec równego sobie bliźniego. Przymioty i cnoty ludzkie, 
jedynie w pieśniach i tradycyach sławi. Dla tego bohaterowie 
jego legend są nieśmiertelni; a widma ich, rosnąc z pyłem 
czasu , przybierają olbrzymie wielkości. 

Na Kaukazie , jak wszędzie, poeta trzyma miejsce przed filo- 
zofem i historykiem. 

Imiona własne mieszkańców Lezgitanu nie mają końcówek 
drugiego przypadku deklinacyi, odpowiadającego na pytanie: 
czyj? jak to ma miejsce w języku rosyjskim. Nazwiska np. 
Ogarów, Szypow, Kaługin, itp. oznaczają, że ci co je noszą, nie 
należą do siebie, ale do Ogara, Szypa, Kaługi. 

Lezgin żyje sobą. Duma jego, nie jest to owa głośna, śmie- 

3* 



36 



8zna pycha azyatycka, z próżności pochodząca. Gardzi on bo- 
gactwy, ubiera się czarno, poważnie: zbytek postrzedz tylko 
można w rzędach na konie i w zbroi w srebro okutej. 

Kobiety noszą szerokie spodnie, koszule jedwabne, spencerki 
złotem wyszywane, tudzież pierścionki, bransoletki i pasy lite; 
na szyi zaś i we włosach złotą monetę i drogie kamienie. Lubią 
korale, które tu do wysokiej ceny dochodzą. Narzucają na 
głowę zasłony czyniące niewidzialnemi przed obcymi ich twarze 
i kibicie. Mąż jest w obowiązku utrzymywania żon, dając im 
mieszkania przyzwoite, ubiór, ogród i jedwabnictwo, z którego 
ciągną dochody. Dostają też częste upominki w pieniądzach i 
rzeczach od swych rodziców. 

Małżeństwa zawierane bywają w sposób następujący: 

Starający się zapoznaje się z ojcem i z braćmi dziewicy, któr% 
zamierza pojąć za małżonkę. Wyobrazić on sobie przedewszy- 
stkiem musi, że jest ładna i że mu przypadnie do smaku, gdyż 
jej nie obaczy odsłoniętej i nie może z nią rozmawiać aż po 
ślubie. Nie dowierza jednak swej przenikliwości i chodzi zamy- 
ślony. 

Ale spotyka przypadkiem, z niechcenia, usłużną swachę, po- 
dobnie jak my Europejczycy spotykamy częstokroć na drodze 
życia naszego poczciwą panią Intrygę. 

S wacha zna z bliska jego miłość chodzącą. 

Co za szczęście: Żadna hurysa w niebie nie może być od 
niej piękniejszą. Wdzięków niewidzialnych co nie miara, a cnót 
jeszcze więcej ! 

Po takiej rekomendacyi , serce Lezgina ogrzewa się jakąś 
miłą, coraz gorętszą atmosferą. Płomienista jego wyobraźnia 
wschodnia dodaje jaskrawego uroku ziemskiej, zachwalanej hu- 
rysie. Żyć bez niej niepodobna I 

Nawiedza on odtąd częściej jej rodzinę i jest wzajemnie na- 
wiedzanym; a ze swachą stają się nierozdzielnymi powierni- 
kami, mają ciągłe sekreta i szepcą do siebie. 

Pewnego pięknego poranku przedstawia jej , że złoży taką a 
taką kwotę rodzicom nieznajomej , byle tylko za niego ją wy- 
dali. Kwota poczyna się od pięćdziesięciu rubli i dochodzi cza- 
sem do tysiąca. Zawsze jednak jest me^ą za cudo piękności! 
S wacha przynajmniej tak dowodzi. 



37 

Nareszcie rodzice się zgadzają, odbierają wiano, i naznaczają, 
dzień ślubu. 

Obrzęd jest prosty i krótki: 

Zjeżdża muł^a lub achunt, a odczytawszy nowożeńcom 
artykuJ z Koranu, daje im błogosławieństwo. Potem krewni po 
starszeństwie składają życzenia. Następuje zabawa, bez pijań- 
stwa, gdyż trunków nie używają, jakoteż biesiada dla wszyst- 
kich gości proszonych i nieproszonych. Ot, i wszystko skoń- 
czone. 

Panna młoda zostaje odprowadzaną na osiołku przez braci 
do domu mężowskiego. Rzeczy jej bywają odwożone poprze- 
dnio przez starą ciotkę, która nowo zamężną wprowadza i po- 
znaje z sułtankami, czyli przybranemi siostrami. 

Na ostatku przybywa mąż i widzi po raz pierwszy przedmiot 
swych uczuć — bez zasłony. 

Zdarza się, że na taką niespodziankę zrobi minę nie do za- 
zdroszczenia, czując się być okradzionym z wiana wyłożonego, 
za to że grał wciuciu-babkę; lecz, na pochwałę Czerkiesek, 
rzadko to się trafia. 

W razie niezadowolenia służy mu prawo odesłania natych- 
miast oblubienicy przez tę samą ciotkę, która ją sprowadziła; a 
nawet może ją odesłać później, gdyby okazały się w niej niezno- 
śne wady w pożyciu, ułomności ciała, zwłaszcza niepłodność. 

W każdym atoli przypadku , pieniądze jego przepadają, jako 
kapitał żelazny, przeznaczony na zapewnienie rozwódzce utrzy- 
mania aż do śmierci. 

Nie wolno jest obmawiae, ani głosić przyczyn rozwodu, ani 
jednej , ani drugiej stronie. Oprócz kary śmierci , która w po- 
dobnym razie zagraża mężowi od familii żony, byłby uznanym 
przez ogół za nikczemnika i wykluczonym przez muBów z prawa 
znajdowania się w meczetach. 

Haremy Lezginów składają się po większej części z trzech 
żon, z których każda ma dodaną Arabkę niewolnicę, w miejsce 
eunuka. Służy dlań prawo używać jej do najniższych posług. 
Zwierzchnictwo nad haremem, oprócz wybranej sułtanki, miewa 
matka sułtana, jeśli jest jeszcze przy życiu. 

Jednoźeństwo należy do wyjątków. 

Niektóre piękności haremu, dla podwyższenia urody, farbują 



38 



brwi za pomocą chiny roztartej na liściu figowym. T%ż samą 
chin% rozgotowaną na rzadko, wydającą różowy kolor, pocią- 
gają paznogcie; a w czasie lata ręce i twarz, co je zabezpiecza 
od opalenizny i od komarów. 

Młode kobiety zachowują włosy, wiekowe je strzygą. 

Odznaczają się w wyrobach sukna, kapciuchów, czapeczek 
jedwabnych, złotych i srebrnych sznurków, toż kutasów służą- 
cych do ubrania, które mi darzą swych władzców. 

Rolnictwo w Lezginii nie przedstawia nic zajmującego. W na- 
rodzie wojowniczym istnieje ono o tyle , o ile jest koniecznem. 
Żyzne doliny kankazkie, nie potrzebujące wiele uprawy, wydają 
])szenicę czerwoną, proso, kukurydzę, ryż i jęczmień. Ziemniaki 
nie dawno się pojawiły, lecz Gzerkiesi ich nie lubią, przenosząc 
inne ogrodowizny; karczochy, marchew, tudzież cebula i czo- 
snek za przysmak są przez nich uważane. 

Winna latorośl rozpina się wdzięcznie na ich domach. Ogrody 
są pełne drzew figowych, moreli, brzoskwiń i kasztanów ; inne 
drzewa uginają się pod ciężarem granatów słodkich i kwaśnych; 
cytryny i pomarańcze rosną także, lecz muszą być szczepione. 

Rybołóstwo , należące więcej do rozrywek , niż do rzeczywi- 
stego użytku, godne być sądzę wspomnienia, z powodu jego 
oryginalności. 

Jest gatunek ryby środkujący między łososiem a pstrągiem. 
Ta jedna tylko ryba obudzą apetyt i zabawę połowu u krajo- 
wców. Przechowuje się ona w jeziorach, powstałych ze spadu 
strumieni. Rybacy rozstawiają się po zachodzie słońca nad je- 
ziorem z zapalonemi łuczywami. Czaro wny widok, gdy ich 
oświetlone postacie rysują się na stalowem zwierciedle wody ! 
Owe ruchome cienie, podobne do duchów, gotujących się pły- 
nąć na drugą stronę Styksu; to łamanie się światła rzucającego 
smugi złociste na czarnej krepie nocy, już to wązkie, rażące, 
jaskrawe, już topniejące w coraz słabszej łunie ; ów spad drżącej 
kaskady — zachwycają widza. 

Na środku jeziora stoi w łódce kilku młodzieńców, trzyma- 
jących długie, na trzcinach osadzone, ości. Pałają oni żądzą 
pójścia co rychlej w zawody, aby popisać się zręcznością. 

Tymczasem z głębi wód ukazują się biedne ryby, migocąc 
srebrzystą łuską — dążą do ognia, zdumione zjawieniem się ju- 



39 



trzeńki nie w porę ... i wtedy padają ofiarą swej łatwowier- 
ności. 



Siły moje rozwiały się na ciągłych zajęciach konnej jazdy, 
gospodarstwa, ćwiczeń rycerskich. Upływały dni, a z niemi mi- 
jały miesiące i lata. W daszy odzywało się uczucie miłości kraju 
własnego, który, choć mniej na pozór powabny, lecz rodzimy, 
niczem zastąpić ani wynagrodzić się nie dał. Kto, rzucony lo- 
sem, zmienia strefę świata, nie zmienia wrodzonej cechy, jaką 
Bóg go naznaczył. 

Z teroi i tym podobnemi myślami szedłem raz boso przez 
łąki do kąpieli. W smutnem byłem nastrojeniu ducha. Nic mnie 
nie cieszyło — ani świeżość wonnych kwiatów rozsianych na 
błoniu, — ani owady brzęczące rojami nad mą głową, nucąc 
hymn wszechstworzenia. 

Szczęśliwe owady ! istnienie ich krótkie , ale żyją do śmierci 
razem , nie znając tęsknoty ! . . . 

Znienacka zostałem boleśnie ukłuty w nogę. 

Odskoczyłem z przerażeniem i ląjrzałem pełznącą żmiję, 
marchwią zwaną od swej żółtej barwy. Uprzedzony o środ- 
kach ratunku w podobnym wypadku, natychmiast ścisn^em 
nogę paskiem, ażeby jad nie doszedł do serca ; uderzeniem kija 
zabiłem gadzinę, i chwyciwszy ją, pobiegłem do domu. 

Assya najpierwsza postrzegłszy mnie zdaleka, przenikliwo- 
ścią kobiecą odgadła, co się stało i wydała krzyk rozpaczy. 
Nadbiegły inne niewiasty ; włożono mi nogę w mleko, okazując 
tyle starań o me zdrowie, tyle nieudanej troskliwości, iż pomy- 
ślałem, że może Najwyższy dał mi przestrogę za to, że przed 
chwilą złorzeczyłem przeciw losowi. 

Tymczasem coraz silniąjszy ogień rozszerzał się z ranki od 
ukąszenia. Raptem słabo mi się robi — doznaję drgań konwul- 
syjnych — oczy mi się same gwałtownie roztwierają — przed 
niemi chmurki czarne suną się jedna za drugą — straszne po- 
czwarki, zmieniające się w węże, jaszczurki, najobrzydliwsze po- 
twory — wszystko na mnie syczy zatrutemi żądłami , z rozwar- 
temi paszczęki ... 

Potem nie wiem , co się stało. 



40 



Przypominam sobie tylko, że z odzyskaniem nieco przyto- 
mności ujrzałem derwisza trzymającego mnie za rękę i pojącego 
jakimś z ziół nektarem. Derwisz ranę obejrzał, rozciął noży- 
kiem, posmarował oliwą, zasypał nieznanym mi proszkiem, opa- 
trzył, dał kawałek chleba do zjedzenia — a w końcu, uderzył 
w policzek, czegobym mu nie był darował, gdyby to nie nale- 
żało do warunków kuracyi. 

W trzy tygodnie dopiero powróciłem do sił; lecz dotąd 
jeszcze czuję strzykanie w nodze podczas zmian księżyca przy 
nowiu. 

Nadobna Assya, którą choroba moja tak żywo dotknęła, 
uśmiechem szczęścia witała mnie uzdrowionego. Czy byłem jej 
drogim jako zastępca syna? czy też przywiązanie to zrodziło się 
skutkiem wychowania, które mi dawała ? nie wiem. Mniemam, 
że jedno i drugie na nie wpłynęło. 

Od tej pory stałem się użytecznym miejscowości, jako naj- 
zaciętszy dusiciel żmij , którym poprzysiągłem zemstę. Śmierć 
żmijom ! powiedziałem sobie. Ponieważ jeże jedzą płazy, wyszu- 
kałem kilka największych, przyswoiłem do chałupy, wytresowa- 
łem, zniosłem się z niemi , i chodziliśmy razem na zagładę kąsi- 
ciełi. Sam byłem świadkiem jak jeden z moich jeży pochwycił 
za ogon najjadowitszą żmiję giur-zą zwaną, od której ugiyzie- 
nia każdy zwierz pada trupem na miejscu, i pożerał ją powoli, 
nasroży wszy się swoim iglastym pancerzem , zasłaniającym go 
od szwanku. 

Ileż to razy robiłem także wraz z innymi chłopcami, w to- 
warzystwie czopanow (pasterzy), wyprawę na gatunek żmii 
największej, zwanej końską żmiją (elba illan). Dochodzi ona 
do czterech łokci długości, jest czarną, wazką i płaską jak ta- 
siemka, niezmiernie zwinną i szybką. Umie stawać na ogonie i 
podnosić się na zwiady o parę łokci w górę. Przeraża wzrokiem 
i w okamgnieniu zwija się w kłębek i rzuca na sążeń wysokości. 
Wycieczki nasze były tem ciekawsze, że żmije wymienione za- 
wsze parami się czołgają, i jak samiec tak i samica zarówno 
walczą; potrzeba kilka trafnych uderzeń, ażeby je zabić. 

Wzmiankując o płazach, nie od rzeczy będzie wspomnieć tu 
o pewnym olbrzymim potworze, którego górale dobrze znają^ 
chociaż nikt go nie widział. 



41 



Posłuchać pr08«ę : 

— W przepaści niedostępnych, omszałych skał, mieszka 
król wężów! ... 

Miejsce jego schronienia jestto najgłębsza, ciemna, niedo^ 
ścigła okiem jaskinia. Tam ukrywa się brylantowy pałac, w któ- 
rym 8% pokoje złote, srebrne, szmaragdowe, i inne, każdy świe- 
tny blaskiem swego kruszcu , lub klejnotu. 

Niezmiernych owych skarbów pilnuje król wężów i jest ich 
dziedzicem. 

Święci, derwisze (uczeni) i czarnoksiężnicy, zdobyli wiado- 
mość o nim i przekazali ją ludom. 

Postać króla potwora jest wielka, zielona, złocistą łuską 
okryta; ślepie iskrzą się jakby dwie czerwone gwiazdy; paszcza 
zakończona nakształt orlego dzioba; język długi podobny do 
wstęgi ognistej. 

Na łbie nosi koronę wspaniałą, jaśniejącą szkarłatem, bla- 
skiem dyameutów, rubinów i pereł. 

Mówi wszystkiemi językami, rozumem odgaduje wszelkie ta- 
jemnice; ale zepchnięty ze szczytu panowania nad całem stwo- 
rzeniem, musi żyć w nudzie i być samotnikiem. Nie wolno mu 
wznieść się nad poziom, chociaż ma skrzydła niżej głowy, na 
karku. Wywierać może na świat jedno złe tylko ! 

On sprawcą trzęsienia ziemi! on płacząc, wylewa z serca i 
z oczu cuchnącą naftę skalną. 

Unika światła słonecznego , bo wieczna noc jego przezna- 
czeniem. 

Używa środków rozmaitych do uwodzenia młodych ludzi, a 
nawet i starych. 

Gdy młodzian, podżegany pokusą w nocnych marzeniach, 
zapragnie np. bogactw, wtedy to król wężów przemieniony 
w doradzcę staje przed nim, włada umysłem, myli drogę, i po- 
ciąga nieszczęśliwego za sobą do otchłani. 

Młode dziewczęta wiele razy ginęły z jego namowy. 

Starcy dopuszczali się zbrodni , aby odkryć ukryte skarby. 

Talizmany z napisem słów wielkiego Proroka , przywiezione 
przez hadżich z Mekki, zabezpieczają od owego sz ej tan a, 
strąconego na wezwanie duchów czystych przez Machometa ze- 
słanych. 



42 



Zemsta, którą król wężów zionął na człowieczeństwo, za- 
wiera się w tern, że pozalewa! wodami bogactwa niepojęte. 

Gdy po zachodzie słońca zbłąkany rycerz lub pasterz usłyszy 
głos jego, krew w żyłach mu się ścina, i tylko do wschodu żyje 
— ostatnie tchnienie oddiyąc z ulatniającą się rosą. 

Dziwna rzecz, że legenda powyższa zbliża się podobieństwem 
do podania o Prometeuszu; jakkolwiek o ostatnim różnią 
się w opowiadaniu Koch, Wagner i Ta£&k Bey (Teofil Łapiński). 

Ów mitologiczny Prometeusz grecki, przykuty przez Wul- 
kana łańcuchem z dyamentów do skały kaukazkiej, za to, że 
ożywił człowieka skradzioną iskrą niebiańską — czyż nie był 
symbolem tortur dla dobroczyńców ludzkości, na horyzoncie 
rodzącego się świata? ... 

Czyż sęp, szarpiący serce Prometeusza, nie był obrazem 
walki siły zwierzęcej z duchową? ... 

W cztery tysiące lat później, Kalwarya zastąpiła skałę kaa- 
kazką , a drewniany krzyż zastąpił łańcuch dyamentowy . 



IV. 



POSTACIE LIBII I FATYMY. 



1 



IV. 



ziodzina Abbasa przedstawiała obraz zgody, spokoju i przy- 
wiązania wzajemnego. Z czasem przywykłem do osób j% skła- 
daj%cycłi, z któremi stosunki ciągłego przestawania uczyniły 
mnie niejako spowinowaconym. 

Rodzina była liczna. Wszystkie córki Abbasa, których liczba 
przenosiła tuzin, jaśniały urodą i dobremi przymiotami. 

Korzystając z możności widywania codziennie ich oblicz 
odkrytych, miałem sposobność ocenić te piękności tak z postaci 
jako i duszy; bo chociaż można przeniknąć i poznać istotę nie- 
widzialną z dźwięku jej mowy, muzyki, z jej zdań wyrażonych, 
z ruchu, z draperyi fałdującej się na niej, z chodu, — jednak 
odsłonięta, spojrzeniem, uśmiechem lub zadumaniem ileż ona o 
sobie nie wypowie? 

Ale dziewice w pierwszym objawie, na przedstawienie któ* 
rych nie targnęło się jeszcze żadne dłuto rzeźbiarskie, podobnie, 
jak pączek zamknięty w sobie, mało się ulatniający na zewnątrz, 
jednak tak uroczy, są trudniejsze do naśladowania dla sztuki, 
niżeli kwiat w rozwoju lub owe rośliny, które zmięte i starte, 
dopiero woń wydają. 

O czarowny Kaukazie! co rozbudzasz w swych dzieciach 
uczucia najczystsze, najsilniejsze, czemuż nie byłeś mą kolebką? 
Możebym cię ukochał więcej , choć i tak macierzyństwo twoje 
wzmocniło me siły, zaszczepiło miłość prostoty, szlachetności i 
męztwal natchnęło uwielbieniem dla wielkich dzieł Boga! nau- 
czyło w stworzeniu czcić Stwórcę ! 



46 



Urodzony na równinie, pod chłodnem niebem, na ziemi uci- 
sku, nie znałem innego uczucia oprócz miłości rodziców, a 
szczególniej matki i siostrzyczek moich. Droga Assya była mi 
później pocieszycielką, opiekunką i przyjaciółką. Lecz wszystko 
nie zapełniło pragnień budzącego się z wiekiem młodzieńczym 
a gorącego serca. Doznawałem nowej , dziwnej tęsknoty, z któ- 
rej sobie rachunku zdać nie umiałem. Dojrzewałem wcześnie. 
Dusza moja wymagała dopełnienia. 

Zacny Abbas przelał w nią to przekonanie męzkie, że śmierć 
jest tylko wtenczas straszną, gdy nas spotyka w bezczynności i 
zgnuśnieniu, że życie bez poświęceń dla ojczyzny jest marne, 
właściwe jeno nikczemnikom, a nie rycerstwu ; i że strzeżeniem 
godności własnej bez pychy i dumy strzeże się godności narodu. 
Pochmurny w towarzystwie Lezgin słuchał wiele a mówił mało. 
Nie zapomnę głoszonej przez niego zasady: anie mów o wszy- 
stkiem, bo wszystkiem nie będziesz — czyń wiele a nie gadaj. » 

Przyjaźń Mustafy, tak szczera, pełna wesołości i życia , nie 
zdołała przecież, zarówno jak i nauki Abbasa, wywieść mnie 
z tego stanu tranzycyi , przejścia z jednej epoki żywota do dru- 
giej. Czułem, że mi jeszcze czegoś nie dostawało. 

Niewytłómaczoną była dla ogółu moja nad wiek powaga, 
wybaczanie nawet szyderstwa i żartów, na które niekiedy byłem 
bez dania przyczyny narażony, a które mnie raniły. 

Wróżono, że zostanę mułłą. 

Z pomiędzy przybranych sióstr LibiaiFatyma nigdy naj- 
mniejszej przykrości mi nie wyrządziły, uprzedzały się w po- 
darkach dla mnie własnoręcznej pracy, starały się usługiwać ; a 
tkliwem obejściem się, pielęgnując kolejno, osładzały chwile, 
gdym leżał z nadwerężonem zdrowiem od ukąszenia gadziny. 
Czystość ich pięknej duszy oceniłem dopiero wtedy należycie. 

O Libio, najdroższa Libio! po co ja cię poznałem? ... Ale 
wszak ty żyjesz? ... fosa za mi^a, aby objąć tyle uczucia. Tak, 
ty żyjesz ! Widzę cię wyglądającą z pomiędzy obłoków na nie- 
bie . . . Pobłogosław mnie ! . . . 

Ty zaś, najnieszczęśliwsza z istot, Fatymol oby ci Bóg prze- 
baczył, tak, jak ja ci w tej chwili przebaczam. Oby na twym 
grobowcu wyryto święte słowo przebaczenia! ... 

Libia, to majowy rąbek! Aułu wychowanka, prześliczna 



47 



szczebiotka, kończyła dwunastą wiosnę gdy j% poznałem. 
Kształtu była urodziwego, krucze miękkie włosy spływały po 
okrągłych ramionach ; a oczy jej , jak żarzące się węgielki , sy- 
pały skry uczuć ognistych, gwałtownych, nagłych, lecz jakże 
uroczych ! Rzęsy czarne, gęste i długie; zasłaniały niekiedy te 
cudowne oczy, gdy nie chciały zdradzić w obecności siostry 
uczucia, co żywo płonęło w duszy... 

Kiedy i jak wyrodziło się to uczucie, nie umiem powiedzieć; 
wiem tylko, ie stopniowo wzrastając, zaczęło mnie opanowy- 
wać, miotać, pogrążać w bezdenne mrzonki, gniewać nawet 
czasem. 

Usta wiśniowe Libii, gdy się uśmiechała, wywoływały na licu 
dołeczki , światy wdzięków. Był to cud . . . dziwo . . . marzenie ! 

Libia, gdy byłem smutny, wraz się ze mną smuciła; — po- 
tem porywała za torban . . . drobne jej paluszki szybko przebie- 
gały po strunach, dobywając dźwięków mocnych, porywających, 
urwanych. 

Pochyliwszy lekko główkę, nuciła piosenki. Były one we- 
sołe, namiętne, dzikością pewną nacechowane, lecz nader 
urozmaicone. Do serca każda przebijała głoska. Gdzie przy- 
roda wydała pierwowzór piękna, tam zbratanie się z nią nie 
odejmuje barwy postaci, ale czyni ją ideałem, niepodobnym do 
naśladowania. 

Libia dwoiła me życie ! 

Tę czarodziejkę małą nazywano powszechnie muszką, bo 
była hoża i zwrotna, jak owa muszka kaukazka, co to zabrzę- 
czy, przestanie, i ukąsi nawet — bo dzika. 

Fatyma, rówienniczka krasnych latek Libii, należała do 
piękności, że tak powiem: zamglonych. Blada, poważna, można 
ją było wziąść za chodzącą statuę, co uciekła z jakiegoś mu- 
zeum. Spojrzenie jej wyrażało wprawdzie słodycz i łagodność; 
atoli było w niem coś takiego , że gdy się zamyśliła — a lubiła 
się zamyślać! — zdawało się, że patrzy pona wewnątrz siebie, 
że się przygląda swej duszy z rodzajem melancholicznego omdle- 
nia. Dobroć zaś jej była tak niewyczerpaną i cierpliwość ró- 
wnież , że jej dano przydomek an i o ł a p ok o j u. 

Wszyscy ją kochali, bo nie można było jej nie kochać. 

Do jej cnót atoli mieszało się nieco próżności. 



48 



Wysmukła , wzrostem przewyższała Libię , ale w zwinności 
wyrównać jej nie mogła. Jak lilia śnieżna i wspaniała, postępo- 
wała majestatycznym, posuwistym acz powolnym krokiem, ze 
schyloną jasn%, pociągłą twarzyczką — a z ramion jej lada 
chwila skrzydełka miały się wysunąć, aby dopełnić postaci. 

Siedząc przy niej, doznawałem zawsze błogiego spoczynku, 
którego tak mi potrzeba było 1 lecz nigdy tego wzruszenia co 
przy Libii. Głosem miłym i pociągającym, pocieszała mnie czę- 
sto, wysłuchawszy opowiadań mych wrażeń i przygód prze- 
szłości. 

Wdzięczność ma i jej współczucie skojarzyły się w przy- 
mierze między nami. 

Współczucie to obydwóch dziewic spotęźnione zostało w sku- 
tek okropnego wypadku, co mnie na nowo dotknął. 

Ezecz tak się miała : 

Pewnego dnia poranek był mglisty, co rzadko się zdarzało. 
Pojechałem do studni napoić stadninę. Zajęty byłem spuszcza- 
niem skórzanych kubeł i wyciąganiem ich napełnionych wodą, 
gdy tentent z niezwykłej strony uderzył mój słuch. Odwróci- 
łem się i postrzegłem zdała nadbiegających czterech Cze- 
czeńców. 

Jest rodzajem zasługi u ludzi tej rasy wyrządzić upokorzenie 
Lezginom przez zabranie im koni z pastwiska lub ze stajai. 
Przewidywałem, na co się zanosi. Czemprędzej więc skoczyłem 
na najlepszego wierzchowca i nuż uciekać, pędząc przed sobą 
pozostałe ! 

Czeczeńcy puścili się w pogoń. Że zaś konie mieli turko- 
mańskie , a mój był nawet nie okulbaczony, coraz więc bardziej 
ku mnie się zbliżali. Zwątpiłem o ucieczce ! 

W pobliskości znajdował się stary meczet i znana mi grota. 
Szybkim więc zwrotem do niej dopadłem, stadninę ukryłem — 
a sam zaledwie zdążyłem dobiedz i wdrapać się na dach me- 
czetu, gdy Czeczeńcy byli tuż pod murami. 

Przyczaiłem się na dachu, w przekonaniu, że przelecą koło 
mnie niepostrzeżonego, a tem samem pozostawią dosyć czasu do 
ujścia gdzie w stronę. Lecz inaczej się stało. Włosista czapka 
zdradziła mnie. Jeden z Czeczeńców dojrzał ją i wydal okrzyk 
dzikiej radości. 



49 

Otoczyli meczet i grozili śmiercią, jeśli sif nie poddam do- 
browolnie i nie wskażę gdzie ukryłem konie ? Zamiast odpo- 
wiedzi , poczęstowałem ich grubemi kamieniami z dachu. Trą- 
ciło to niesłychaną zuchwałością. 

Bozpoczęła się walka na ostre. 

Nie strzelali wprawdzie, przez obawę poruszenia przeciw so- 
bie aułu ; ale nie mogąc się dostać na dach , z powodu odbiera- 
nych pocisków, zaczęli rzucać kindżałami, które świszczały mi 
koło uszów. Lecz i ja obeznany już byłem z tą bronią , jako i 
z gimnastyką chroniącą od ciosów — do tego, na wysokości, 
punkt obrony miałem wyborny. 

Nic mi zrobić nie mogli. 

Gniew ich przechodził wszelką granicę. Zawstydzenie, czte- 
rech na raz naprzeciw jednego niedorostka, doprowadzało ich 
do wściekłości; mnie zaś napełniało szałem wojennym. 

Oblężenie trwało godzinę. Kindżały ciągle świszczały i prze- 
latywały napróżno. Już dwóch dostało tak silnej kontuzyi , że 
stali się niesposobni do dalszego szturmu; — ale nastąpiło po- 
dejście. 

Oddalili się oni od meczetu, i mogąc mnie dojrzeć z pewnej 
odległości, zaczęli mierzyć z janczarek. Przypuszczając, że 
przez zemstę mogli wypalić, zmuszony byłem położyć się, a tern 
samem nie mogłem już biegać, aby pilnować mego fortu z każ- 
dej strony. 

Tymczasem jeden z dwóch pozostałych wdarł się na dach i 
zepchnął mnie na dół. 

Padając, o mało co nie złamałem żeber. Szczęściem, że mnie 
strącono na murawę I Pomimo to, widząc się w rękach Cze- 
czeńców, jakkolwiek sprzymierzeńców z Lezginami, byłem pe- 
wny, że wybiła ostatnia moja godzina, i westchnąłem do Boga. 

Zadowoleni, związali mnie jak barana. Gniew ich ustał — 
donaagali się tylko wydania koni, obiecując nawet nagrodę. 

— Nie I — zacząłem wołać z całej mocy — odbierzcie mi ży- 
cie rozbójnicy 1 ale nie okupię nikczemnie wolności mojej po- 
wierzoną mi własnością Abbasa. Zginę , zdradą ujęty ; lecz auł 
cały odszuka wasze psie głowy i rzuci czarnemu ptastwu na po- 
żarcie ! 

Po tych słowach silniej krępowano mnie arkanem , aby wy- 

GoRDOM, Kaukaz. 4 



50 



cisnąć zeznanie. Z bola ściąłem zęby ; gdyż głowa moja znalazła 
się blisko kolan z tyłu; deka piersiowa wyciągnięta jak skóra 
na bębenku , o mało co nie pękła. Już krew rzuciła się gębą i 
nosem — pożegnałem się ze światem. 

Wtedy to dopiero napastnicy popuszczali nieco me więzy. 

Nagle straszny głos rozległ się po lesie; podobny do ryku 
lwicy, gdy jej wydzierają szczenięta. Czeczeńcy choć odważnie 
ulękli się zawstydzeni, owego głosu starego Abbasa, znanega 
z prawości rycerza, więcej zapewne aniżeli walki, którą umieją 
też z zaciętością prowadzić, — skoczyli na konie i pierzchli jak 
zamieć na stronę pomiędzy krzaki szumiące za nimi. 

Abbas rozciąwszy me pęta, chorego zaniósł do domu. 

Nastąpiła gorączka, sen, przebudzenie, i długiej boleści łoże, 
nad którem Libia i Fatyma, jak dwie zesłanniczki ducha bo- 
żego, zwiastunki jego litości, rozciągnęły swą opiekę. 

Nie mam tu zamiaru wydawać całej gry uczuć, którą tchnęły 
łona tych dziewcząt. Byłby to materyał do napisania dwóch to- 
mów psychologicznej powieści. Pamięć o nich nosiłem i noszę 
wszędzie, dokąd mnie losy zawłóczą. 

Wielka była radość i szczęście młodych opiekunek , gdy po 
powtórnej klęsce w ich kraju, znowu przychodziłem do siebie. 
Wtedy, aby mieć pozór do nieodstępowania mnie, urządziły 
obok kuchenkę, gdzie własnemi rękoma przygotowywały mi na 
pokarm łakocie , a mianowicie płow, to jestlegominę z ryżu, 
masła, cukru, rodzenków, fig świeżych, pomarańcz i migdałów 
słodkich, oblaną sokiem kwaśnego granatu. Zamiast ziółek, po- 
dawały lekką herbatę w filiżaneczkach z chińskiej porcelany; 
za zwyczajny zaś napój wodę osłodzoną galaretą z winogron. 

Śmietana z tą galaretą jest potrawą wyśmienitą. 

Muszę wspomnieć i o szyszlikach, w robocie których ce- 
lowały. Czynię to w chęci przypodobania się gosposiom Polkom, 
podając im receptę na owe sławne szyszliki. Wszak nie jestem 
samolubem ? 

Proszę tedy wziąść polędwicę z tuczonego barana, pokrajać 
na drobne zraziki, namoczyć je w occie zaprawnym siekaną ce- 
bulą, solą, pieprzem i upiec nad węglami. 

Szyszliki prosto z rożna, są przewyborne. Podają jena 
liściach z winogrona w maśle osmażonych. 



51 

Szyszlikami często mnie później częstowały moje przyja- 
ciółki, z tą. różnicą, ze Libia, jak zawsze, sama mi je ofiarowała ; 
gdy Fatymę, zwra8taj%c% z wiekiem, prosić o nie musiałem. 
Które zaś z nich były smaczniejsze, tego nie powiem. Zresztą, 
różne s% gusta: jedni lubią, aby im ofiarowywać, drudzy wolą 
błagać o ofiarę . . . 



Jak młode pisklęta co podlatują, wprawiają stare ptaki do 
lotu, puszczając je na przedwstępne łowy, tak sędziwy Abbas 
wyprawiał mnie i Mustafę coraz to dalej, i na dłużej , na wycie- 
czki myśliwskie i rycerskie. 

Usiłowałem odpowiedzieć duchowi rycerskości Lezginów, a 
jako Polak starałem się odznaczać między niemi. 

Na wyścigach otrzymałem często wawrzyny, a mój dzielny 
kiulek (wiatr), który wraz ze mną wzrastał, mowie mej i ski- 
nieniu powolny, w biegu stał się błyskawicą. 

Zaczepiony nogą o strzemię, zwieszałem mu się pod brzu- 
chem, gdy goniący mnie dżuwani (młodzieńce) nacierali tę- 
pymi oszczepami. To znowu, niespodzianie zatrzymawszy im 
pod nosem rączego rumaka, zwróciłem go nagle, i mincem, jak 
piorun zdziwionych kolegów, zapędzonych za mną a uniesionych 
w przeciwną stronę. 

Żadna też sarna lepiej od mego poczciwego kiuleka nie 
skakała po skałach, bujając nad przepaściami. 

Odwiedzałem z Mustafą auły sąsiednie, doznając wszędzie 
gościnności. Czasami spędziliśmy godzin kilka nad szachami, 
jedyną grą znaną u Lezginów. 

Abbas postanowił na prośbę Assyi wysłać nas w towarzy- 
8tvńe wybranych dżuwanóww dalsze okolice do Meszedalów, 
mieszkających pomiędzy lasami (mesze znaczy las). Assya 
miała tam krewnych. 

Zamiar ten niezmiernie ucieszył młodzież. Dwa dni poświę- 
ciliśmy przygotowaniu na drogę żywności , czyszczeniu broni i 
zbroi, ostrzeniu szaszek, kindżałów itd. Gały arsenał jaśniał na 
słońcu. 

Wyjazd do Meszedalów był dla nas niezwykłą uroczysto- 
ścią. Brzmiała w około wrzawa, śmiechy i pienia. Każdy sobie 

4* 



52 

gawędził, żartowano, skakano, wyprawiano harce. Kobiety 
w welonach zasiadhzy na zielonym trawniku, przyglądały się 
ogólnemu weselu, wiod%c żywą rozmowę. 

Jedna tylko Libia milcząca, stała na stronie. 

Poszedłem do niej — przyjęła mnie obojętnie. 

Libia! zamiast się cieszyć moją rozrywką, miałaźby nią po- 
gardzać? ... 

Uczułem się dotknięty. 

W tem zawołano : do zwalisk ! do zwalisk ! i z całem towa- 
rzystwem udaliśmy się na przechadzkę. 

Na urwisku 8kd:y sterczała starożytna baszta, pusta, porosła 
mchem odwiecznym, wewnątrz napełniona gruzem, legowiskiem 
gadów i robactwa. 

Na wierzchu gnieździły się sępy, których spokój no śc i nikt 
tam jeszcze nie naruszył. 

Fatyma, niezwykle rozkoszna dnia tego, ukazując palcem na 
basztę, zawoła: «Ju8ufie! daj mi jedno ptasie! daj ptasie !» 

Diuwani poczytali to za żart , a nasmieszki ich nasunęły mi 
myśl — odznaczenia się. 

Myśl tę wniebowstąpienia snąć przeniknęła Libia , bo , zbli- 
żywszy się do mnie, pociągnęła za połę, i półgłosem, cicho, tkli- 
wie błagała, abym zaniechał zamiaru. 

Ależ ta sama Libia była przed chwilą tak cierpka! Jedna 
pobudka więcej, aby na ten raz usłuchać Fatymy i wieść na 
wieżę ! 

Roztargniony niewdzięcznik, zwróciłem kroki, jak szalony, 
do zwalisk. 

Libia głęboko westchnęła. 

Chęć postawienia na swojem wzmocniła odwagę. Zbliży- 
wszy się do podnóża baszty, zacząłem się wspinać. Zaledwie 
jednak byłem w połowie wysokości, poznałem niemożliwość 
prawie utrzymania się z powodu ślizgości omszałych głazów. 

Po trzykroć me usiłowania były daremne. Zwątpiłem już o 
skutku. Wołano, żebym zeszedł , lecz upór i wstyd powrócenia 
bez niczego sprawiły, że wypocząwszy nieco, odpasałem kindżał 
co mi zawadzał, i ostatecznie natężając siły, wdrapywałem się 
coraz wyżej. 

Wdzieram się nareszcie do punktu fifttalnego. Żeby zaś je- 



53 



szcze się nie obsunąć, kładę nogi i ręce w szczehny między spo- 
jenia kamieni. 

Ten sposób się udał. 

Zawieszony jak kot nad przepaścią, styczny do muru i ró- 
wnoległy do prostopadłości wieży, postępowałem wszelako da- 
lej , chociaż nie bez wysilenia. 

Wieżyca u wierzchu piramidalnie się zwężała. 

Dostawszy się na jej pochyłość, podróż nadpowietrzna przed- 
stawiała mniej trudności. 

Już, już, byłem bliski szczytu, gdy... przebóg! w szczelinie, 
spotykam się z wytrzeszczonemi, szkaradnemi, ż^to zielona- 
weini oczyma, wyglądającemi z czarnej płaskiej głowy. 

Śmierć najpewniejsza ! 

Zdrętwiałem, skostniałem, skrzepłem, nie czułem ciężaru 
ciała. Członki me wrosły, jak dwa haki do muru i patrzyliśmy 
na się oko w oko z syczącym ze złości wężem, wygrzewającym 
się na słońcu. 

Niepodobieństwo cofnięcia się prędkiego lub wykręcenia 
odjęło nadzieję ratunku. Twarz moja była narażoną na oczy- 
wiste ukąszenie. 

Wpiłem mój wzrok z całą potęgą w gadzinę ! 

Wąż, nie mogąc go ścierpieć, zaczął się cofać. Ja ciągle 
weń patrzyłem. 

Wąż się uląkł i zsunął się nareszcie wnętrzem baszty po 
bluszczach i powojach. 

Odetchnąłem. 

Za kilka minut ujrzałem się na wysokości, pomiędzy ziemią 
i niebiosami. 

Zdało mi się, że połykam powietrze całego Kaukazu, i że ja 
ten świat stworzyłem. 

Spojrzałem z góry na doczesne żaki. Poczciwa gromadka 
przesyłała z dołu wykrzykniki radości , nie wiedząc o tragicznej 
scenie. 

Libia załamywała ręce. 

Gniazdo przedstawiało obraz. zniszczenia, gdzie lefts^y różne 
martwe ciała: niedojedzone jaszczurki, ptaki, itd. Starych sę- 
pów nie było w domu. Na moje szczęście, poszły gdzieś z wi- 
zytą, nie miał kto wydrapać mi oczu. n 



54 



Dojrzałem małe, wziąłem jedno — owo pisklę Fatymy! — 
przytroczyłem do pasa, obejrzałem się jeszcze do koła na cudo- 
wną okolicę, spocząłem trochę, i nie tracąc czasu, puściłem się 
z powrotem na nieszczęsną planetę , padół nędzy i mozołu. 

Powinszowania dźuwanów grzmiały mi w uszy ze wszystkich 
stron. Fatyma promieniała z za woalu. Ja zaś, ledwo się trzy- 
małem na nogach z omdlenia, lecz nadrabiałem miną, jak gla- 
dyator umierający. 

Assya, Mustafa i rycerze poglądali na mnie ze zdumieniem, 
z uszanowaniem i nazwali Polak dżuwan. 

Och ! jakże mnie to ucieszyło. 

Ale biedna Libia tak miała głos drżący, przerywany, trwo- 
żliwy; tak pełen prawdy, wzruszenia i uroku razem; tak się bie- 
dna koło mnie słaniała, witając powracającego z drugiego 
świata , że żal mi się jej zrobiło serdecznie. 

Wesołość i tryumf Fatymy tą rażą raniły mnie boleśnie. 
Odtroczyłem dla niej obiecane ptasie, gdy serce zaczęło mi 
bić gwałtownie , zachwiałem się , w oczach mroczno mi się zro- 
biło ; lecz to wszystko trwało krótką chwilkę. Fatyma już wy- 
ciągnęła dłoń po odbiór daru, gdy mimowolnie odwróciłem się 
i wręczyłem go LibiL 

Postępek ten, zawołają panie, był wcale niegrzeczny! Pra- 
wda — ale też nie był obrachowany. Tak uczyniłem, bo inaczej 
zrobić nie byłem zdolny. Byłoby to nad moje siły. 



W nocy, tej doby, długo usnąć nie mogłem. Wyjeżdżać 
mieliśmy nazajutrz o świcie. Odebrane atoli wrażenia spędziły 
sen z mych powiek. Zdawało mi się, że dom się cały ze mną 
obraca. 

Powstałem z posłania, zlazłem z dachu i błąkałem się około 
winnicy. Myśli moje były zmieszane , dziwne tony przygrywały 
w duszy. 

Blade światełko migotało w jednem tylko okienku, w małem 
otworze u wierzchu okienicy. Ku niemu powolnym krokiem 
zdążałem , gdyż wychodziło z komnaty Libii. 

Ona więc nie śpi, ona sama czuwa, gdy wszystko pogrążone 
w uśpieniu ! . . . 



55 



Podstąpiłem śmiało pod okienicę, a nie miałem odwagi 
uchylić jej. Zatrzymywałem oddech, oglądałem się, sam nie 
wiedziałem co czyniłem, a mszyć się z miejsca nie mogłem, ani 
tez dotknąć fatalnej deski, która mnie od niej dzieliła. 

Libia stała się dla mnie świętością . . . 

Upłynęło z godzinę czasu ; ciemna i wilgotna noc stopniowo 
się ochłodziła, ranek się zbliżał — światełko ciągle jaśniało i ja 
stałem przed okiennicą. 

Otworzyłem ją nareszcie i cały we wzrok i w słuch się za- 
mieniłem. 

Libia siedziała przy stoliku, wsparta czołem na ręku; kę- 
dziory opadły. Lampa stojąca na środku stołu oświecała po- 
stać. Jakże śliczna była w rozplotach swych włosów! Nie wy- 
dała najmniejszego ruchu, podobna do posągi głuchej rozpaczy. 
Ale takiego posągu pewnieby żaden Eanowa nie stworzył. 

Zapukałem z lekka. Libia obejrzała się , a postrzegłszy mnie 
za oknem, nie okazała żadnego zdziwienia, żadnego udania. Po- 
wstała i otworzyła okno. 

— Ty wyjeżdżasz Jusufie ! — rzecze stłumionym głosem — 
przyjmij więc ode mnie ten talizman .. . Jesteś mężny... Jusu- 
fie... drogi Jusufie ! . . . ale bądź . .. i . . . uważnym . . . 

Chwyciłem jej dłonie, przycisnąłem do ust, uścisk płaciła mi 
uściskiem ; schyliłem głowę po odbiór pamiątki . . . dwie gorące 
krople spadły mi na szyję. 

Libia uzacn^a mnie chrztem miłości. 



V. 

PODRÓŻ DO ME8ZEDALÓW. POLOWANIE 

M LAMPARTA. 



I 



V. 



JYtoby chciał podróżować do Meszedalów drog% bitą wysa- 
dzoną akacyami, okopaną rowem wysianym darniną, gruboby 
się pomylił. 

Droga na' Kaukazie jestto szlak nieco wydeptany po skałach, 
rozdołach, zkąd niespodzianie przechodzi zdziwiony wędrowiec 
ze świata skamieniałego do świata roślinności, ujrzawszy się po- 
śród łąk i gajów. 

Potrzeba wierzyć, czego nas historya uczy, że z gór kaukaz- 
kich zstąpili niegdyś na płaską ziemię bogowie. 

Gdyśmy stanęli na grzbiecie jednej z tych gór, ruchome 
chmury kąpały się w powietrzu pod nogami i skupiały przy ska^ 
łach. Przez rozpory tych chmur, jak zza firanek, widzieliśmy na 
dole wioski z białemi domami , jakby stada łabędzi wyległych 
na zielone żerowiska. Poza górami step roztaczał się poważnie. 
Gdzieniegdzie jeziorka trzciną otoczone, podobne do zwiercia- 
deł w żółte ramy oprawnych, odbijały zalotnie srebrzyste szarfy 
słoneczne. Ponad wodami wznosiły się minarety. Oko buja- 
jące w przestrzeni dostrzegało ciemno - szafirowy pasek na wi- 
dnokręgu. Były to lasy, do których spieszyła nasza karawana. 

Na bujnej trawie pasły się tabuny koni i osłów, nieprzyjaciół 
końskich. Na ustroni przemykało się przez krzaki stado dzi- 
ków. U mruczącego ruczaju, co w kamyki dzwonił, łoś i jeleń 
pili wodę spragnieni. Po gałęziach ptaszęta świegotały z roz- 
koszą. 

Słychać też było zmieszane krzyki kaczek, różnobarwnych 



60 

łysek, czapli i pelikanów, szum liści wstrząsanych wiatrem, 
trąbę i fujarkę pasterzy powracających do chaty. 

Wszystko składało jednolity obraz, który nie da się odmalo- 
wać, a tak każe ukochać boską przyrodę, żyć z nią i nie oddalać 
się od niej! Ona, naprawdę, mieści w sobie balsam na zbolałe 
blizny duszy człowieka ! . . . 

Już się ściemniało, gdy zamierzyliśmy popasać. Trzeba było 
pomyśleć i o naszych ciałach — nie można karmić się samą 
ambrozyą. 

Rozłożono jaskrawe ognisko u stóp prostopadłej z granitu 
opoki ; koniom zasypano z sakiew jęczmienia, za co mój wiatro- 
nogi rżeniem podziękował; mnie zaś, dzięki doskonałości psów 
gończych, nieodstępnych towarzyszy, włożono do rądelka pie- 
czeń z antylopy. 

Potem rozpostarliśmy dywaniki z pod siodeł, odmawialiśmy 
na nich wieczorną modlitwę , zwróceni do księżyca , jak Ałłah 
przykazał. Znikło ognisko, a blada, pełna lampa, zawieszona na 
firmamencie, oświecała biblijną grupę, zatopioną w rozmyślania. 

Po skończonej modlitwie nastąpiła wieczerza wśród żartów, 
śpiewów i deklamacyi. Gdy się zaś wyczerpały zasoby bujnej 
wyobraźni Czerkiesów, gdyśmy nasycili nasze wychudłe żołądki, 
potrzeba było spocząć. 

Każdy na dobranoc opatrzył swą strzelbę i pistolety. Ja i 
Mustafa byliśmy pod tym względem uważniejsi od innych, bo 
na nas wypadła warta. Uzbrojeni więc od nóg do głowy, jak 
książęta średnich wieków, staliśmy na czatach, gdy koledzy 
chrapali swobodnie. 

Mustafa jeden posiadał zegarek , którym posługiwaliśmy się 
do wymiaru sprawiedliwości. Za dwie godziny obudziło się 
kamratów, aby nas zastąpili na stójce. Środek to ostrożności 
konieczny na Kaukazie, gdzie życie jest tylko migiem... 

Ospałości ms^o znają Czerkiesi. Wychowani po rycersku od 
powicia, wstydzą się jej i strzegą. Zanim powstała jutrzenka 
z morskiej kąpieli, już siedzieliśmy na koniach, wybrani w dal- 
szą drogę. 

Wjeżdżając do puszczy Meszedalów, zachwycałem się bo- 
gactwem roślinności i owym cieniowanym kolorytem najróżno- 
rodniejszych drzew w rozwoju. Pomiędzy niemi spruchniale, 



61 



przestarzałe olbrzymy powalone burz^, podobne do nagich 
szkieletów, ukazywały swe konary. 

Lasy to dziewicze ! 

Rozmaite krzewy i kwiaty, zapachem nęciły powonienie. 
Gwarliwe ptaki, mnóstwo zwierzątek nieznanych, swawolne 
czarne wiewiórki, dzikie koty, itd. witały nas z wrzaskiem, od- 
bywając figlarne gonitwy, jak gdyby nikt ich nigdy niepłoszył. 

Kaukaz wydał mi się być wielką republiką zwierzęcą, arką 
Noego, gdzie wszystkie stworzenia miały swych posłów na sej- 
mie ogólnym. 

Baczny na to, co mnie otaczało, ani zauważyłem, że wyjeż- 
dżaliśmy na pole, ponad którem ulatały spokojnie pionowo 
kł§by dymu z chałup Meszedalów. 

Gościnność ich jest takąż, jak innych pokoleń czerkieskich. 
Przyjęto nas z otwartemi rękoma, traktowano owocami, mle- 
kiem, miodem, i wszystkiem w co chata była bogata; wypyty- 
wano o znajomych Lezginów, przyrzeczono odwiedzić nas przy 
sposobności itd. 

Meszedale są wzrostem niżsi od Lezginów, udatni, silni i 
najcelniejsi myśliwi. 

Na pierwszy pogląd uderza różnica charakteryzująca te jdwa 
ludy. 

Lezgiaa czarne oko Uyszczy ogniem jakiegoś wyższego na- 
tchnienia. Król gór i skał, wzniosły jak szczyt Elborusu lub 
Araratu, gwałtowny jak ich potoki, niewzruszony w zasadach 
jak odwieczna opoka, podstawa jego ojczyzny, ukrywa w sobie 
skarby większe niż kruszce spoczywające we wnętrznościach 
gór — skarby bogactwa duchowego. 

Lezgin, to pomnik patryarchalności Abrahamów, poniżający 
chciwość Ormian, Gruzynów, a nawet Czeczeńców, Kabardyń- 
ców, Persów i Tatarów 1 

Dzikość Lezgina jest wynikiem ukochania najprostszych 
cech przyrody, pogardą i środkiem zabezpieczenia się od pożą- 
dliwości rozwalniajacych obyczaje, osłabiających charakter i 
przeistaczających przykazania, które piastuje. 

Skarbem Lezgina jest trądy cya przodków, od kilkudziesięciu 
stuleci istniejąca; której nie trwoni, lecz z rodzajem namię- 
tności przechowuje. 



62 

Szczęście jego mieści się w życiu domowem , skromnem a 
surowem. Po za domem piękność natury wynagradza mu sowi- 
cie wszelkie ź%dze ziemskie. Gardzi błyskotkami, mówiąc, że 
widzi gwiazdy jaśniejsze. Złota nie ma dla niego powabu, gdyż 
zachodzące słońce wspanialej świat cały od!aca. Nie szuka pa- 
nowania nad ogółem, bo on panem w swojem ognisku; gdzie 
odbiera cześć i posłuszeństwo z miłości i poświęcenia, jakich 
nigdy ogół nie potrafiłby mu okazać. 

Dla Lezgina niczem i niewygody życia ! bo w nich zaharto- 
wany od młodości. Dla niego kamień jest wygodnem łożem, 
ulewa kąpielą, a grzmoty kapelą. 

Meszedal, w porównaniu z Lezginem, to jakby brat Litwin 
przy Warszawiaku, piękny lecz odrębny typ przedstaMria. 

Brak stosunków, zamknięcie wśród gęstwiny lasów, trudniej- 
sze utrzymanie bytu we wszystkich warunkach, współudział 
większy w gospodarstwie, wszystko to oddziaływa na człowieka 
puszczy. 

Włos jego płowy, oko błękitne, cecha mieszkańca północy. 
Wszelakoż on wzrósł w tym samym, ćo i Lezgin, klimacie, z tą 
różnicą, że ostatni dojrzewał na słońcu, gdy Meszedal chował 
się w cieniu. 

Strój jego jest skromny, podobny do lezgińskiego lecz krót- 
szy i kolorowy, nie rażącej barwy: siwy, szary, orzechowy, lub 
zielonkowaty. Kobiety noszą krótkie zasłony, dozwalające nie- 
kiedy dojrzeć ich twarzy białych , delikatnych i miłych. 

Małomówni Meszedale żyją w ciągłych wyprawach na polo- 
wanie. Pszczelnictwo mają samorodne. Lud jest ubogi, skro- 
mny, lecz pracowity i uczciwy. Domy są schludne, drewniane; 
auły ogrodzone palisadą, broniącą od dziczy. 

Zwierzyny na pokarm używają tylko niektórej , jak oto : ba- 
żantów, saren i łosiów, na które oddzielne urządzają między 
sobą polowania. 

Mówię: « między sobą)), gdyż żaden tu jeszcze cudzozie- 
miec nie polowi^ na zwierzynę, przez obawę, aby sam nie stał 
się zwierzyną. 

Gospodarz nasz był w średnich latach, miał siedmiu synów, 
z tych dwóch dzieliło już z nim łowy. 

Po kilku dniach wycieczki , podczas której ubiliśmy szakala 



63 



^^łaśnie gdy się skradał czopanom do owiec, powróciwszy do 
chałupy, zajadaliśmy wyborną pieczeń baranią z truflami, gdy 
wpada czopan zadyszany z doniesieniem, że odkrył ogromnego 
aju (lamparta). 

Gospodarz wiadomość tę rozesłał po aule, i na prędce kilku- 
nastu pieszych Meszedali stanęło w pogotowiu na wyprawę. 

Nie wiedziałem, że okolica obfitowała w lamparta. Niedo- 
stawało tylko lwa. Rzadko dwaj tyrani panują nad jednem kró- 
lestwem. 

Stary aju, wielkie nic dobrego, szkodnik znany we wsi, no- 
sił już kilka blizn na skórze, a nawet nieco kulał. 

Czopani znali oddawna tropy i ścieżki, któremi chodził, a 
nie udało im się sprzątnąć nieboraka. 

Stanęliśmy wszyscy w pewnym szyku bojowym. 

Biegnąca przed nami czereda rosłych brytanów zwąchała le- 
gowisko kosmatego nieprzyjaciela i wypłoszyła z kniei. Aju 
wycofawszy się, zmykał jak zając po rzedszym lesie. Lezgini, 
będąc na koniach, obsaczyli go i zaczęli dojeżdżać; a młody 
Machmed zeskoczył z rumaka i natarł na zwierza w obrotach. 

Spojrzenie Machmeda na nas kazało stać w odwodzie , lecz 
nie pozbawiać go sposobności popisania się samemu przed Me- 
szedalami. 

Nadbiegają i ostatni, uzbrojeni w trzyłokciowe kije, okute i 
zakończone grotem na stopę blisko długim, ostrym i obosie- 
cznym. 

Ale Machmed, nie czekając na nich, ciska o dziesięć kroków 
kindżałem na lamparta. 

Kindżał warknął, cios był silny ale nie śmiertelny. 

Zwierz zawył przeraźliwie , wspiął się na dwie łapy, i natę- 
żonym skokiem rzucił na Machmeda. Ten się pochylił, szaszka 
damascenka błysła; szaszka i zwierz zetknęły się w powietrzu — 
rycerz i zwierz upadli na trawę. 

Lecz rycerz powstał z chwałą, gdy aju konał z rozprutym 
brzuchem w ostatnich podrygach. 

Tego wieczora Meszedale przyjęli nas huczną stypą w pa- 
mięć nieboszczyka, która była zarazem pożegnalną biesiadą, 
gdyż nazajutrz opuściliśmy ich siedzibę, obdarzeni upominkami. 

Cóż to za magiczne panorama wydało nam zachodzące 



64 



słońce dnia tego? Góry nasze, do których cwałem pędziła kal- 
wakata, u spodu były ciemno-lazurowe ; wyżej bledniajy, ro«- 
pły waj%c się z pasa fijołków do lilii ; grzbiety zaś miały różane, 
rozpostarte na tle roztopionego złota. 

Bliżej nas, stojące poważnie, ząbkowate u szczytów, noży- 
cami natury wystrzygane massy kamienne, wyglądały jak wiel- 
kie skamieniałe księgi historyi tworzenia się świata. 

Cienkie warstwy czarne, równo ułożone jedna na drugiej, 
składały tom tej historyi. Na nim, jak na fundamencie, jak na 
zasadzie zasad, piętrzyły się dalsze tomy, brunatnej, czerwona- 
wej, szarej barwy — słowem, cała biblioteka dla geologów, 

A na każdej księdze był wyryty napis najwyższej mądrości: 
Bóg rzekł ustań się!» i stało się... 

A wszystkie razem stanowiły olbrzymią postać pierworo- 
dnego syna potopu, co pod niebo wystrzelił, ukazując nam groź- 
nie ostateczny cel wędrówki. 

niego obcierały się w przebi^u swym wieki ! . . . Ileż to 
nieznanych ludów u jego stóp żyło, wymierało i całkowicie nikło, 
nie zostawiwszy śladów swojego istnienia? ... 

01 te drzemiące skały, to ocean wrażeń!... a ile wrażeń, 
tyle krynicznych strumieni dla orzeźwienia naszego ducha, 
strudzonego tą ziemską pielgrzymką . . . 

Nazajutrz konie, przeczuwając nie wielką odległość do do- 
mu, rwały Jak szalone, sadząc przez doły i przesmyki. Wiatr 
świszczał koło uszu i miotał tumanem kurzawy. O zmierzchu, 
świaU^a w ciemnych skałach się jarzące, jakby w kuźniach cy- 
klopów, wywołały okrzyk powszechny — ujrzano nasz auł. 

Każdy tam pędził uściskać rodzinę; ja jej wprawdzie nie 
miałem, lecz — czyż mnie nie oczekiwała Libia? ... Pragnąłem 
jak najprędzej ją uścis . . . obaczyć. 

Musiał to przeczuć mój kiulek, gdyż, parskając, jak gdyby 
mi winszował dobrego wyboru, wpadł w podwórzec Abbasa. 

Zeskoczyliśmy z Mustafą jednocześnie, a zostawiwszy wie- 
rzchnie trzewiki przed progiem , weszliśmy z uszanowaniem do 
komnaty. 

« Sellam allejkim 1 » « AUejkim sellaml» wyrzekliśmy na wstę- 
pie, skłoniwszy się starcowi. 

Fotem oczekiwaliśmy, dopóki nie skinie, dozwalając nam 



przywitać się ze wszystkiemi osobami w ogóle i z każdą po 
szczególe . . . 

Chwila upłynęła w milczeniu, wreszcie zacny starzec przy- 
cisnął Mustafę i mnie ze wzruszeniem do piersi. 

Oko moje szukało niespokojnie sióstr przybranych , lecz ich 
nie było pod tę chwilę. 

Po tresciwem opowiedzeniu Abbasowi szczegółów i postrze- 
żeń podróży, tudzież krótkiego pobytu u sąsiedniego pokolenia, 
nic nam nie odrzekł, choć na twarzy jego malowało się pewne 
zadowolenie — kazał iść do stajni i opatrzeć konie. 

Dopełni wszy spiesznie rozkazu, powróciliśmy z trofeami 
strzeleckiemi , aby się popisać w obec zgromadzonej całej ro- 
dziny, i rozdać jej otrzymane od Meszedalów upominki. 

Lecz, o wielki Boże! tą rażą chciałeś mnie chyba ukarać za 
wszystkie grzechy własne i cudze... Już trzymałem wybrany 
dar dla Libii, już go jej niosłem w upojeniu szczęścia, gdy na- 
gle . . . postrzegam ją siedzącą w milczeniu w orszaku familij- 
nym — z zasłoną na twarzy. 

Wówczas dopiero uczułem z trwogą , że wybiła godzina pa- 
sowania mnie na wojskowego dżuwana; że z dziecka zamieni- 
łem się w młodziana, od którego welon, ten najtwardszy mur, 
wyjęty z okrutnej księgi proroka, oddzielił, jak deska grobowa, 
najdroższą istotę... zapewne na zawsze! 

Nie wiem, jak wręczyłem mój podarunek Libii. To tylko 
pamiętam: że serce me stukało, że przykro mi się zrobiło; że 
wyszedłem do ogrodu , powiedziałem sobie, iż sierota jest wszę- 
dzie sierotą, i pierwszy raz w życiu zapłakałem, ale tak cicho, 
tak głęboko, jakby żal mój nawet był ciężkim grzechem, któ- 
rego nie godzi się wynurzać. 

Wśród długiego szpaleru z figowych drzew i kasztanów był 
kiosk , w którym lubiłem z nią przebywać. Ku niemu postępo- 
wałem z wolna. Drzewa i kwiaty odziały się czarnem całunem, 
ptastwo ucichło, noc głucha! Tylko puszczyk żałobny smętną 
zmącił ciszę, i oddech nocy smutno wionął liściem. 

Ale bo też i w duszy mojej było smutno i pusto. Brzmiało 
w niej żałosne pienie ; a przyszłość przedstawiała się kirem po- 
kryta, odkąd na Libii kir obaczyłem. 

Senna istoto! przyjaciółko młoda! stróżu mej cnoty! czyż 

GoRooK, Kaukaz. 5 



66 



już znikłaś dla mnie bezpowrotnie ? . . . Tak ! wszystko znikło — 
zostało wspomnienie. 

Tylko wspomnienie 1 ! — zawołałem z boleścią. 

— Nie narzekaj Jusufie! — ozwał się głos wdzięczny zza 
krzewów ... i dwie postacie w bieli zjawiły się przedemną. 

— Ja cię tak szukam wraz z Libią. — rzecze Fatyma — bo 
ona biedna... i mnie za nią serce boli... pociesz ją Jasufie... 
tymczasem pobiegnę, przyniosę wam sorbetów. 

Zostaliśmy sami. 

Błag^em, aby mi pozwoliła uchylić zasłonę. 

— Nie, drogi Jusufie ! — rzecze drżąca z prośbą, ale tak sta- 
nowczo, źe żadna potęgaby się jej oprzeć nie zdołała. — I ja 
ciebie kocham Jusufie... lecz mój drogi, zaklinam cię na miłość 
naszą, nie żądaj odemnie tej ofiary. Możesz mnie zabić, bom 
twoją; ale czy wierzyłbyś tej, któraby złamała zakon AUaha? 
Za cóż miałbyś 'wówczas zbrodniarkę, niegodną siódmego 
nieba?... 

Tuliłem ją do łona, czułem każde jej tchnienie; — niewy- 
raźne dźwięki , oderwane głoski , zmieszane wyrazy wdzięczno- 
ści, miłości, zamieniały nasze usta. Nogi jej okryłem poca- 
łunkami. 

Nadeszła Fatyma. Ostatnie, nerwowe drgnięcie ręki Libii 
oznajmiło mi dobra noc, i rozstaliśmy się. 

Przez chwilę, jak wryty na miejscu, patrzyłem za odcho- 
dzącemi. 

— Żegnam cię Libio! żegnam cię Fatymo! bo coś mi po- 
wiada, że was więcej nie obaczę... 

Na te słowa Libia zawróciła się łkając i rzuciła mi się na 
szyję. Był to jęk duszy — walka — najgłębszy dramat życia 
człowieczego. Ofiarowałem jej, na wieczną pamiątkę, krzyżyk i 
medalik poświęcony z Częstochowy. 

Szmer jakiś di^ się słyszeć. Chwyciła konwulsyjnie podaru- 
nek i znikła jak strzała. 

Znowu rozstaliśmy się, niestety! 

Ale, czyż życie ludzkie nie jest ciągłem pożegnaniem? ... 
Szczęście całkowite... o! ja w niego nie wierzę. Wszystko leci, 
ucieka i pędzi zziajane, — czekać na nas w grobie! ... 

Długo błąkałem się bez celu pomiędzy skałami. Jakieś wiry, 



67 



ogniste wstęgi, promieniste elipsy, Uyskały nai przed oczyma 
w ciemności. Czarne myśli wstrząsały m% jaźni%. . . Potyki^em 
się o krańce przepaści. 

Boże! cóż się ze mn% dzieje? ... 

Werter! ... Werter? ... przecz mi z tą pochodnią 1 ... 

Ale jednak, gdyby się me serce pod ziemią ukryło, o I tamby 
spoczęło tak słodko , tak lubo ... 

Nieczułego żadneby nie wskrzesiły wołania, nie raniło poże- 
gnanie, tak, jak gdyby mnie nigdy na świecie nie było. 

O matko! ... Na ten magiczny wyraz myśl pierzcłiła, ule- 
ciała ptaszęcemi pióry ku rodzinnym błoniom. Mimowolnie 
ugięły się kolana, a usta odmawiały dawny pacierz z kornem 
czołem. Słyszałem dzwony i poważny organ parafialnego ko- 
ściółka; widziałem plebana odzianego w świąteczne szaty, w 
uroczystej procesyi; rodaków co go wspierali, ująwszy pod ra- 
mię; a przy nich najukochańszą matkę, śpiewającą litanię, pro- 
wadząc dwie małe siostrzyczki za ręce. 

Chwila wielka — chwila uroczysta — chwila odrodzenia — 
rajska melodya uczuć ! 

Miłość kobiety obudziła mego ducha i namaściła mnie miło- 
ścią rodziny, ojczyzny, ludzkości. Boga. 

Przeznaczenie chciało, abym został wojskowym. Postano- 
wiłem więc być rycerzem, na drodze owej świętej miłości. 

Bóg mnie wysłuchał . . . 

Nazajutrz rano, ze spokojem w duszy, poszedłem szukać 
Abbasa. 

Starzec siedział już przed domem, połykając ostatnią pigułkę 
z jakichsić ziół, orzeźwiających jego zgrzybiałość. Lekki po- 
wiew wiatru igrał z białą brodą; a żywy rumieniec i bystry 
wzrok krasiły lica zawiędłe zmarszczkami. 

Zbliżyłem się śmiało, pozdrowiłem go z uszanowaniem i 
rzekłem bez wahania : 

— Ojcze i opiekunie mój, szlachetny Abbasie ! Kilka lat wa- 
szych starań i pieczołowitości dozwoliły mi wzrosnąć i stać się 
dżuwanem. Niczem wam nie potrafię się wywdzięczyć, jak 
godnem zastępstwem Mustafy w hufcach przeciw Moskwie. 
Wiem o tem od dawna, a chęć, żeby temu obowiązkowi jak na- 

5* 



(38 



leży odpowiedzieć, była bodźcem do celowania pomiędzy in> 
nymi zręcznością, odwag%, choć nie zaweze siłą. 

— Jam Polak, wasz kar dasz (przyjaciel) Lezgini! Nie 
zdradzę więc waszego zaufania. Przodkowie moi dali tego przy- 
jaznym narodom krwawe dowody. Pragnę stać się równym wa- 
szym bohaterom i cnotliwym mężem. 

— Proszę cię ojcze i opiekunie Abbasie, wyślij mnie do 
miejsc* mego przesnaczenia, bo tu dłużej zostawać nie mogę — 
nie mogę. 

Surowym z rasn, lecz coraz łagodniejszym okiem, przypatry- 
wał mi się starzec. Aż gdy skończyłem, odparł : 

— Zawołaj mi żonę moją Assyę i jej syna Mustafę. 
Rozkaz w minucie wypełniłem, i wszyscy troje stanęliśmy 

przed Abbasem. Assyi dał znak, żeby obok usiadła. Potem gło- 
sem silnym i energicznym przemówił. 



j 



VI. 



w POŻEGNANIU ABBA8A mSTORYA 

KAUKAZU. 



VI. 



« btarożytny Kaukaz . żywiąc w sobie narody jednej wiary i 
obyczajów, nieskażony obczyzną, był obrazem błogosławieństwa 
Boga i pokoju ludzi. 

((Cłiwil tak szczęśliwych nie pamiętam; ale podanie starców 
i duchownych achun4/ów. muridów^, hadżich przekazało 
wspomnienia memu sercu i wyryło w pamięci. 

((Kilkadziesiąt lat temu, kiedym z drugimi dżuwany czynił 
wycieczki myśliwskie i wojenne, w nocy strach nas przejmo- 
wał na widok niezwykłych znaków na niebie: mieczów ogni- 
stych, słupów gorejących i innych zjawisk, gniew Allaha oczy- 
wiście zapowiadających. 

ttZebrali się muridzi, achunty, derwisze i hadżo- 
wie, a wezwawszy starców bogobojnych i niektórych czopa- 
nów, odmawiali modły; gdy zaś poczuli w sobie siłę ducha i 
natchnienie , rozbierali zdarzenia i wyprowadzali wnioski. 

<c Przepowiednie te, przesłane do Mekki, pozostają w skarbni- 
cach grobu Wielkiego Machometa proroka naszego. 

« Ludy zadrżały z trwogi i bojaźni , lecz nie usłuchały głosu 
i rad świętych. 

« Wtedy to rozpoczęły się klęski. Dżuma, trzęsienie ziemi, 
z kolei następując, niszczyły najpiękniejsze okolice — a nieje- 
dność gorsza nad dżumę, skutek pychy i żądzy panowania, gnę- 
biła pobratymcze plemiona. 

« Nadszedł Urus, zabrał Kiercz; wytępił Tatarów, naszych 



72 

jednowierćów ;. zamącił nieczystą nogą wody Azowu ; a ogniem 
i mieczem podbił i ucisnął małą i wielką Kabardę. 

«Tron paddi-szachów Istambułu upadł z świętości niety- 
kalnej i swego znaczenia, na jakiem go Osman postawił — za- 
gasła na chwiłę gwiazda Wschodu, zalana krwią, w walkach 
bratnich z Wachabitami. 

((Persya, zwyciężona przez Urusa kilkakrotnie, runęła ze 
szczytu sławy wiekowej, jako pomnik Rustana, który nie mógł 
ustać, gdy Persowie przestali być dzielnym dawnym narodem. 

« Władykaukaz , odwieczna strażnica naszej ziemi, wpadła 
także w szpony Urusom; jakoteż Poti, Tiflis, Eriwan, Kuba 
i droga nam Baka, niegdyś stolica Sunguli-hana ; Szirwan. 

((Wszystko to dziś, niesyty łupu wróg wiary i ludów cie- 
mięży i gniecie. 

« Życie moje długie — lecz dłuższem mi się zdaje, gdyż 
tylko same nieszczęścia i wypadki sromotne go napełniają. 

u Słuchajcie dzieci Lezgitanie! Jako najszacowniejszą pu- 
ściznę przekazuję wam rady i uwagi przez świętych, achuntów i 
muridów głoszone: 

«To, czego rozum ludzki nie wytłómaczy, ręka, głos, ani 
oko naśladować nie zdoła, jest objawem cudu Boga dla opamię> 
tania wiernych zesłanego. 

<< Dzisiejsze rózgi płonące i gwiazdy niezwykłe na niebie za- 
powiadają nadchodzące wysilenie szatańskie , dla szkodzenia la* 
dowi wiernemu. 

« Kiedy z pustyni ma przybyć szare robactwo, żeby zniszczyć 
urodzaj i ogłodzić najżyzniejszą rolę — wszak widzicie białe 
ptaszki (aach kusz) , które fruną do świętego zdroju , i tam na- 
piwszy się z czystej krynicy, lecą z wiatrem na wyścigi dla dła- 
wienia szarańczy. 

« Na grzbietach tej szarańczy jest arabskiemi głoskami wy- 
pisano: kara boża. 

<( Obecnie, tylko dłonie czyste od pożądliwości ; serca tylka 
niewinnością i równością bratnią, jak owe ptaszki, jaśniejące; 
równie i ci, co zaczerpią mądrości ze iródeł świętych , i z wiarą 
pójdą — potrafią odwrócić klęskę nad nami wiszącą. 

((Inaczej, okropniejsza, niż szarańcza, plaga boża cseka nas 
i następców naszych. 



73 

«Na północy — gdzieś za rozlegieoii stepami i rzekami, 
'wśród zatęchłych bagien i lodów, 8 za j tan zbudował tron i na 
nim ulubione sługi swe utrzymuje. 

« Dotąd nikt nie mógł wstąpić na ów tron jak tylko ród: oj- 
cobójców, bratobójców, dzieci obójców, trucicieli, dusicieli i naj- 
okmtniejszych występników, którzy swemi czynami czartu 
ofiary składają. — 

« Szatan dla większego tryumfu i shańbienia ludzkości, posa- 
dził nawet na nim wszetecznicę. Spełniwszy ona wszystkie 
zbrodnie, zwłaszcza na męiu swoim, ńa krewnych i na narodzie, 
rozpustą brudnych chuci zionęła, a tych, co jej dogadzali, wyso- 
kiemi godnościami darzyła. Nikt piekła większych usług nie 
wyświadczył , nikt nie zasiał więcej złego na świecie. Szatan jej 
największy oblubieniec. ' 

«Gdy zapragnęła pałaców, tak wspaniałych, jak gdzieś tylko 
w dalekich stronach derwisze widzieli, szatan je wystawił. 
Wody zaś, co u nas z gór na dół spadają, tam musiały wbrew 
woli przyrody tryskać nikczemnie do góry. 

tf A wszystko to z kamiennych potworów się dobywało. — 

« Brakło czarownicy pieniędzy, i tu usłużny czart jej dogo- 
dził. Nauczył złodziejstwa tak wyuzdanego, iż umiała wmówić 
w ludzi, że kawałki papieru są pieniądzmi. Ci zaś, którzy temu 
nie uwierzyli, musieli udać że wierzą, bo się jej bali. — 

« Choroby trędów, krost i obrzydliwości, kalanie rodzin hań- 
bieniem się dobro wolnem matek, żon, córek, wszystko to złą- 
czone z rozpasaną chciwością d:ota, rozpościerało się po świecie 
i grubiło narody więcej niż morowa zaraza. 

« Rozesłano do szeików, sułtanów, hanów, baszów i wszy- 
stkich naczelników, ażeby pozostali wiernymi przodków swoich 
wierze , i bronili do ostatniej kropli krwi ziemi i praw ojczy- 
stych — a szczególniej , aby nie dali się mamić czarami , nowo- 
ściami, mamem złotem, i obiecankami poprawy losu. 

«Z« wszystkich szczepów Kaukazu Lezgini , wierni wezwa- 
niu, walczą i giną, choć zbawić ojczyzny nie mogą. 

« Strój nasz czarny, źi^obny; a ulubiony kruszec: żelazo! to- 
rujące drogę w ubóstwie do niepodległości. 

<4 Braterstwo nasze, jak owych ptaków śnieżnych, równych i 



74 



szlachetnych, nie splamione namiętnością panowania i ciemię- 
żenia własnych ziomków. 

((Widzę skutki poddania się na ładsące obietnice Urasa, 
książąt, begów i chanów czeczeńskich, kabardyńskich i tatar- 
skich. Dziś, synowie ich walczą przeciw własnej siedzibie, za* 
pomniawszy języka macierzyńskiego, pogardziwszy religią pra- 
ojców. Pasą się świniną, upijają wódką; a żony ich i córki bez^ 
wstydnice zdarły z siebie zasłony. 

((Ormijanie i Gruzyni frymarczą ich ciałem, gdy Urus^ 
uszczęśliwiony ze zwycięstwa, bawi je komedyami, na których 
szalone tańcują. 

((Czerkiesi! już im niemiłe torbany własnych niewiast; już 
im ich potrawy nie wystarczają; a rozbudzona chciwość zysku, 
popchnąwszy na drogę gry, każe się potem płaszczyć o urzęda, 
i pastwić nad własnym krajem, nad własną bracią i krwią 
własną. 

((Lezgin niech dzikim zostanie! niech mu będzie obce, co 
jest dziełem nie Boga, lecz szatana i czeladzi jego! ... 

((Widzicie, jak już na zgliszczach aułów jakieś osady po- 
wstają, a inne rasy zajmują miejsca nasze. Nie dość tego, abyś- 
my zniknęli, lecz chcą zaludnić naszą ziemię żarłokami wie- 
przowiny i ziemniaków. 

((Lezgin nie traci nadziei i ja ją w mem sercu , dzieci moje! 
od kilkudziesięciu lat żywię i obudzam. 

(cMuridzi przeżyli już sprośną szatanią — syn ją własny ido- 
dusił. Rządził krótko, bo go wet, za wet własne dzieci udusiły. 
Z tych najmłodszy, starszych wytruwszy, wlazł na tron jak lis, 
rządził jak tygrys, skończył jak wściekły sobaka. 

(( Następcą jego jest bękart, rozpustnik, przytem niedołęga; 
los jego wróżę, będzie jak owych paddiszaohów, co światem 
trzęśli, a nieudolnością upadli i słudzy dziedzictwem ich się po* 
dzielili. 

((Wieki nas przechowały, to owa Najwyższa Zasada zasad 
nie dopuści, aby jej lud wybrany, pragnący niepodległości, zde- 
ptany został. 

o Czy wiecie, co to są Lezgini? ... 

« Plemię, co, schodząc z niebotycznego Araratu, w miarf 
ustępowania wód ogólnego potopu , dało początek innym la- 



75 



dom; — plemię, co istnieje jako jedyny świadek rozwoju na- 
stępców; — plemię, którego sita, dzielność, w zarysach pier- 
wotnych pozostała, wśród tych samych gór, wśród tych samych 
owoców, które nas od stworzenia świata niezmiennie żywiły i 
żywi%. 

«Na zniszczenie to tego właśnie plemienia Urus targnął 
świętokradzką rękę. 

('Walka nasza jest straszna — o pomstę do nieba woła- 
jąca! ... 

«Idź Jusufie! skoro przechowujesz w żyłach twych, jako 
kardasz, jedno z nami uczucie; walcz więc przeciw wspólnemu 
wrogowi — a błogosławieństwo starego Lezgina doda ci otu- 
chy, bo zwycięztwo Bóg sam tylko udziela i od śmierci ratuje. 

« Ojczyzno droga! Czoło me rumienieje na myśl, że ci ostat- 
niej ofiary krwi własnej odmawiam. Lecz któżby podał poto- 
mności tradycyę rodzinną?... ktoby opatrzył groby braci, sy- 
nów i zmarłego ze zgryzoty ojca? ... 

(( Mustafo ! Jako ostatni szczep rodu zachowań do czasu bę- 
dziesz. Jusuf stawi się za ciebie do Szamyla. Skoro odrodzisz 
się i wydasz na świat rycerzy, uzyskasz prawo walczyć i zginąć 
— dziś ci jeszcze nie wolno. 

((Dźuwani! pomnijcie rady starego Abbasa — a teraz po- 
modlimy się społem w imię wielkiego Allaha.» 



VII. 



POSŁUCHANIE U SZAMYLA. 



VII. 



xędź ki u leku karogńiady! parskaj rozdętemi nozdrzy! 
leć z wichrami na wyścigi, coraz wyżej, coraz chyżej... przed 
Szamylem stań 1 

Ach! bodaj to lot sokoli mieć, błyskawicę gnać, pędzić 
w nieskończoność, upoić się szałem, i omdleć w zachwycie... 

Bo wszystko dla mnie omdlało. Przeszłość już jest w tyle — 
nie ma obecności — a przyszłość tam ... w grobie ! 

O wy, rajskie ptaszyny! o wy widma mej młodości! gdzież 
jesteście? ... 

Tak smutne, a z pogodą na czole; tak wesołe, a z łezką 
w źrenicy... nie uciekajcie ode mnie!... Chwilkę... jedne 
chwilkę... zostawcie choć czas pożegnać was — na wieki! ... 

J^ie słuchają... lecą... ja je ścigam, chwytam, one bledną i 
nikną w przestworze. Wiatr świszczę i burza huczy. 

Lecz od najstraszniejszej w naturze w sercu straszniejsza 
była burza. 

Pędziłem, podobny do orła lecącego gdzieś w przestrzenie ; 
a po licu spływały krople rosy . . . lecz nie deszczowej to rosy . . . 

Stanęliśmy w Keremzeaule (czerwonym aule), stolicy 
Szamyla. 

. — Słuchaj Jusufie ! — ozwał się stary Abbas — za chwilę 
stawię cię przed Szamylhanem, i oddam jego rozkazom. Zbierz 
przytomność, ażebyś mógł okazać się tak godnie, jak młodzian 
winien być w obec sławy i chluby Kaukazu, w obec natchnionego 
proroka, najwyższego obrońcy uciśnionego kraju. 



80 



Spojrzenia nasze odbijające wzruszenia głębokie, spotka- 
wszy się wzajemnie, były wymowniejszemi niż słowa. Wyrażały 
one rodzaj zobopólnego przymierza i zapewnienie z mej strony 
zachowania w duszy i wypełnienia w czynie upomnień doświad- 
czonego męża. 

— [Synu pełen cnoty i dobrej woli ! błogosławię cię i zabez- 
pieczam od złego tym talizmanem , który noś z wiarą na piersi 
twojej. 

Uczucia wzniosłe w każdem wyznaniu są zawsze jednym 
objawem ducha bożego. 

Rzecz martwa przez wiarę życia nabiera. 

Gdybym, jako przesądny katolik, zamiast przyjęcia taliz- 
manu i ocenienia w tym widomym znaku najlepszych chęci 
w wychowańcu przyrody, w Lezginie, lekceważył go był, — mu- 
siałbym sam przestać był czuć i zejść do nietolerancyi, do pojęć 
Faryzeuszów lub błędnych fanatyków, przeciwnych duchowi 
nauki Chrystusa. 

Talizman nie mógł, bez wątpienia, mieć własności cudownej. 
Lecz któż mnie zapewni, że serdeczne błogosławieństwo Abbasa 
przywiązane do niego, błogosławieństwo muzułmanina dane 
dziecku chrzesciańskiemu , zastępującemu w niebezpieczeń- 
stwach jego własne dziecię, wysłuchanem nie zostało? i że nie 
jemu winienem, iż z kilkudziesięciu późniejszych bitew wysze- 
dłem cało i zdrowo? . . . 

Otóż i zamek Szamyla ! obszerny, lecz wolny od przesadnych 
ozdób, jakie na minaretach, meczetach i pałacach widzieć się 
dają. Dwa lwy kamienne trzymają półksiężyc nad bramą. 

To herb i godło Kaukazu ! 

Przedstawienie potęgi w królach zwierząt, strasznych ale 
wspaniałych, cechuje ludy kaukazkie , mężne a sercowe, pod- 
trzymujące znak islamizmu, który obdarza ich w Koranie ra- 
dami mądrości i popycha do ulubionego poetycznego ma- 
rzenia ... 

Księżyc, ten planeta najbliższy ziemi, milszy im przy orzeź- 
wiającym chłodzie wieczornym, od palącego gwałtownie słońca. 
Jego zmiany postaci, koloru i wielkości, w pewnych, stałych, na- 
znaczonych przez Rządcę świata godzinach, ostrzegają ich o 



81 

mijającym niepowrotnie czasie i o zbliżaniu się kresu doczesnej 
wędrówki. 

Księżyc niepoślednie zajmuje miejsce w pielgrzymkach ha- 
dźich udających się do grobu Mahometa: wskazuje im drogę, 
ostrzega o zmianach powietrza, o uraganach na pustyni; jest 
czasomiarem i przewodniczącym duchem karawany. 

Zatrzymaliśmy się w podwojach rozległego lecz skromnego 
mieszkania Szamyla. Po zameldowaniu się w przedsionku, gdzie 
chrzęst zbroi przechadzających się rycerzy uderzał najprzód 
słuch przychodnia , weszliśmy do komnaty posłuchalnej. Białe 
ściany, różnobarwne ubiory baszów, zielony dywan na posadzce, 
aUasowe poduszki ze złotemi kwiaty, obleczone tiulem , stano- 
wiły cechę bańskiego przybytku. 

Siedzący po wschodniemu, Szamyl, palił tytuń z nargili (na- 
czynie, w którem dym przez wodę przechodzi), obsługiwanej 
przez murzyna w pensowym ubiorze. Powstał na widok wcho- 
dzącego Abbasa, postąpił kilka kroków poważnie, zatrzymał się, 
i szybkim, często przerywanym głosem, rzekł: 

— SallamAllejkimI sędziwy Abbasie. Dzięki wielkiemu 
Allahowi, że was widzę w zdrowiu. Wasze poświęcenia dla 
ojczyzny uczyniły was miłymi Bogu i bliskimi serca mojego . . . 
Lecz nie pora mówić o poświęceniach... wyraz bowiem taki 
ulatnia ważność poczucia... Cześć ci za twoje przeszłość pa- 
tryarcho-męczeńskiego szczepu... Zbliż się i objaw zamiary, 
które cię do mnie sprowadzają. 

— Hanie Szamylul Wśród zdobnych rozumem i cnotami 
naibów, muridów, wśród wszystkich sułtanów i emirów, 
jaśniejesz wielki jako słońce pomiędzy gwiazdami, których nie 
widać w czasie twego blasku. Nie zdobędzie się prosty Lezgin 
oddać ci kwiecistą derwiszów wymową należnego hołdu. Głos 
natury przezemnie odzywający się wystawia ci górala, co krwi 
chciwy jak tygrys, któremu dzieci wymordowano, marzy o zwy- 
ciężeniu wrogów, rozpamiętywa Koran, i strzeże się pokus 
szajtana. 

Ostatni potomek mego rodu, Mustafa, był przeznaczony 
wolą serca mego do wstąpienia w ślady poległych jego braci 
w obronie kraju. Błagałem Allaha, ażeby mi pozwolił złożyć 
kości w Mekce, tam życia ciężkiego dokonać. Zamiary te 

GoBDON, Kaukaz. G 



82 



pobożne, atoli zachwiały się. Czarne myśli, że staremu przyj- 
dzie przeżyć ostatniego syna, i być świadkiem zaguby rodziny 
bezpotomnej i tradycyi domowej , ściskały serce i paliły głowę. 
Litość Proroka zesłała mi w ręce dziecię braci naszych Pola- 
ków. Wychowałem je w wierze, w sztuce rycerskiej, i pewny 
jego szlachetnych uczuć, choć umiłowałem jak własnego syna,, 
odrywam go dziś od łona mego i sprawie oddaję, w zastępstwie 
za Mustafę , na którym inne jeszcze ciężą obowiązki. Wycho- 
wań co wi zaś dam chętnie córki moje za żony, jeźli Bóg pozwoli 
mu szczęśliwie powrócić. 

Osądź mnie szejku Szamylu, czy przedwczesny zgon Mustafy, 
gdybym go posłał na wojnę , nie potępiłby ranie jako ojca sza- 
fującego nieoględnie resztką... 

— Nie kończ Abbasie! przychylam się do twego żądania; a 
młodziana, którego mi przedstawiasz, przyjmuję w miejsce 
Mustafy. 

Tu Szarayl, zwracając się ku mnie, zapytał w języku pol- 
skim : 

— Jak się zowiesz młodzieńcze? 

— Jusuf Ostoja ! odrzekłem. 

— Jusufie ! niechaj basza dworu zaprowadzi cię do dowó- 
dcy Opaczyńskiego i zamieści w sotni polskiej. 

Na tem się skończyło posłuchanie. Uradowany podążyłem 
za baszą. 

Szamyl, owa wielka i groźna postać, owa potęga bohatera 
ludowego, która w najpiękniejszej sprawie opierała się zamia- 
rom grabieży i podbojów najsilniejszych mocarzy, największego 
cesarstwa na kuli ziemskiej . . . był synem pasterza trzód w pu- 
szczach Dagestanu. 

Wprawdzie pogląd dziej opisa przenika z trudnością słoje 
skalne i zawiłe przepaści Kaukazu — i każdy odgłos ztamtąd 
przechodzi do nas jakby echo podpadające zmianom w miarę 
odległości i różnorodności krajów, przez które przebiega — 
wszelakoż z pomiędzy podań o rodowości Szamyla powyższe 
zdaje się być najpewniejsze. 

Jakim sposobem ów nowy prorok doszedł do najwyższej go- 
dności? Nikt o tem nie wie. Fakta jednak okazują, że zdobył 
ją sposobem najprostszym — siłą własnego geniuszu. 



83 



Szamyl przez poznanie się z derwiszami i imamem został du- 
chownym i rycerzem razem, i walczył do ostatka życia swego 
poprzednika, Kazy-Mollacha, wraz z tymże władc% Kaukazu, 
zajmujując przy nim godność mur i da. 

Muridyzm stał się w machometanizmie tern, ozem protestan- 
tyzm w religii chrześciańskiej. 

Zasada muridyzmu nakazująca poświęcenie się jednostce 
dla ogółu, i ogółowi dla jednostki, jakkolwiek czysto- 
demokratyczna, wzywa do posłuszeństwa bez granic jedynemu 
naczelnikowi, jak to ma miejsce np. w jezuityzmie. 

Pamiętny jest w dziejach zgon Eazy-MoUacha i jego muri- 
dów, 14 października 1832 r., w bitwie okropnej i w zięciu przez 
Moskali Eoisu. 

Szamyl miał wówczas lat dwadzieścia siedm. 

Dwa lata później , gdy upadł drugi naczelnik kaukazkich lu- 
dów, Hamzad-Bey, Szamyl wystąpił jak olbrzym, pan życia i 
śmierci, z wielk% mocą i majestatem. Rozesłał emisaryuszów, 
powołał ludy do wojny świętej , wywiesił chorągiew Mahometa, 
— i od tego czasu Moskwa ujrzała z trwogą, że pastuszy kij 
jego zamienił się w berło potężnego króla górali kaukazkich , a 
flet w trąbę wojenną. 

Szczęśliwa gwiazda świeciła nad tym szczególnym człowie- 
kiem i utrwaliła go na tronie. 

Przykład : 

Szamyl, obdarzony żywą i głęboką przenikliwością, łatwo 
zrozumiał, o ile są bezpieczniejsze twierdze moskiewskie o ni- 
skich murach, nad owe wysokie azyatyckie, służące za cel dla 
dział nieprzyjacielskich. Porzucił zatem owe twierdze dawnego 
stylu. 

Na szczycie stromej góry, otoczonej ostrokończastemi , pio- 
nowo ściętemi skałami, wznosił się samotny auł, zwany Akulgo. 
Ktoby z Europejczyków spojrzał z wyżyny tego aułu na dół, do- 
stałby zawrotu głowy. Wszelakoż Akulgo był ufortyfikowany 
przez inżynierów polskich, którzy tam się schronili po nieszczę- 
śliwem powstaniu 1831 r., aby przedłużać wojnę przeciw Rosyi. 

Wniebowstąpietie dla Moskali i wdarcie się do Akulgo zda- 
wało się rzeczą niepodobną do wykonania. Akulgo mieścił 

6* 



84 

nadto w swych kamiennych wnętrznościach ogromne zapasy 
żywności i amunicyi. 

Szamyl obrał w tern orłem gnieździe swą główną kwaterę i 
długo w niem przebywał. 

Tymczasem donośny odgłos o nim przebiegał gubernie ca- 
ratu. Moskale postanowili zgnieść dzielnego wodza ; — a choć 
przewidywali, że gniotąc, sami będą nielitościwie gniecieni, i że 
na własnych karkach przyjdzie im budować rusztowanie dla nie- 
podległego górala — przeznaczyli na śmierć ćmy sołdatów i po- 
słali na wyprawę. (W Rosyi sołdat nie kosztuje więcej nad 
rubli 20, i takiej ceny przedstawia wartość.) 

Szamyl, zawiadomiony przez swych szpiegów o pochodzie 
wroga, rozkazał Czeczeńcom napastować go i tępić przez całą 
drogę ; zatrzymywać przed wszystkiemi murami i przesmykami. 
Sam zaś oczekiwał go w twierdzy, nie dowierzając, aby mógł 
dostać się tak wysoko. 

Na ten raz mężny wódz kaukazki grubo się omylił. 

Jednego poranku ujrzano ze szczytów Akulgo czeredę mo- 
skiewską, oblegającą okolicę. Czeczeńcy opóźnili się z marszem, 
— i król gór zmuszony był patrzeć, jak Moskale gospodarują 
w jego dziedzinie; jak zarzucają mosty nad przepaściami; jak 
jedni drugich wciągają po linach na urwiska; rozsadzają pro- 
chem pokłady granitu tamujące przejście artyleryi i wznoszą 
bastyony na miejscach zajętych. 

Pomoc nie nadciągała na odsiecz oblężonym. Moskale coraz 
się do nich zbliżali. 

Szamyl, stojący w białej szacie na najwyższym wale swej cy- 
tadeli, skinął , i krocie kamieni stoczyły się na łby napastników. 

Pierzchnęły mózgi z posoką, z tłuszczy sołdatów zrobiła się 
miazga. 

Ale na grube warstwy tego spłaszczonego cielska wstąpiły 
z wyciem, jak stada hyen, nowe zastępy opiłe trunkiem. A po 
trupach tych nowych sapery Paskiewicza weszli pod okopy 
aułu. 

Szturm do cytadeli zaczął się na ostro. 

Garstka walecznych silny dawała odpór. Świszczał grad kul 
około Szamyla, syn jego, Dźemmal-Eddin , popadł w niewolę, 
padali u stóp jego znakomici rycerze — on stał niewzruszony. 



85 



Pomimo tego Bzarańcza moskiewska posuwała się naprzód. . . 

Szamyl znika z dymiącego się pobojowiska , a za chwilę po- 
stać jego biała ukazuje się na wierzchu środkowej baszty, i 
ztamtąd wydaje rozkazy. 

Chwila to stanowcza. 

Pod nogami jego odbywała się rzeź, jakiej nie zaznały sępy 
kaukazkie. 

Wojujący obustronnie kąpali się we krwi strugach, grzęźli 
po martwych i ranionych ciałach swych towarzyszy. Moskale 
pięli się po drabinach szturmowych, u których szczeble były 
z trupów świeżo poległych. Muzyka wojenna ustała. Słychać 
tylko było zmieszaną wrzawę, huk strzałów, wark pocisków, 
szczęk, tarcie zbroi, i charkanie umierających. 

Przemoc brała górę. 

Ale i żywioły przyjęły udział w tej bitwie pamiętnej na 
obronę bohatera ludowego. Nagle, sterczące urwisko skały po- 
nad jego basztą wstrząsa się w swej posadzie, chwieje, i pada 
z rykiem straszniejszym od gromów. 

Nastąpiła zmiana krwawej dekoracyi. 

Runąca opoka zrobiła nową miazgę z Moskali na dole, i 
odsłoniła gromadkę kobiet czerkieskich stojących na górze, 
zrozpaczonych, okopconych, na półnagich, z rozczochranemi 
włosami , zionących przekleństwa. 

Każda z nich, co miała w ręku kindżał, nóż, głaz, naczynie 
kuchenne z ukropem, rzucała z dzikim okrzykiem na wroga. 

Lecz brakło broni , brakło kindżałów, brakło i kamieni. 

Niedobitki moskiewscy, poprzyczepiani do korzeni drzew, 
wrośli do szczelin, zaczęli znowu pełznąć naprzód... 

Wtedy to jedna z matek Czerkiesek chwyta konwulsyjnie 
własne dziecię, roztrąca mu główkę o mur, i rzuca ze wściekło- 
ścią na najbliższego Moskala. 

Moskal i dziecię toczą się do przepaści. 

Sama się rzuca na drugiego , wydziera mu oczy, strąca go, 
gryzie, i oboje z jękiem padają w otchłań. 

Sołdatom znowu posiłki nadchodzą. 

Tymczasem czarna noc rozciągnęła żałobę nad żyjącymi i 
nieboszczykami. Pożar wszczął się w Akulgo, a na płomieni- 
stem tle widać jeszcze było pasujące się cienie szermierzy. 



86 

Potem wszystko ucichło, wszystko znikło; pozostała łuna, 
która zgasła dopiero w przedświcie słonecznego brzasku. 

Jutrzenka odkryła nieszczęsny auł w zgliszczacłi i ruinach, 
oznaczonych sztandarem mocarza Północy (1839 r.). 

Wśród gruzów i umarłych niezmordowany nieprzyjaciel 
ludzkości szuka Szamyla — i nie znajduje go. 

Nie dowierza sobie, czyni drugi raz i trzeci poszukiwania, 
przetrząsa skwapliwi wszystko — ale napróżno. 

Zdumiały, odstępuje od miejsca zbrodni, przypuszczając, że 
w ogólnem spustoszeniu pozostały tylko z króla Kaukazu roz- 
ćwiertowane szczątki do niepoznania. Skazuje je więc drapie- 
żnemu ptastwu na pastwę. 

Niespodzianie Szamyl, jak mściwe widmo potężnego Tytana, 
ukazuje się gdzieindziej i rozsiewa postrach na wroga. Sołdaci 
zaczynają go uważać za czarnoksiężnika, i szeptać między sobą, 
że miał łódkę , co pływała po powietrzu z jednej góry na drugą. 
Inni wierzyli , że miał zaklętego kozła, co z nim skakał wiorsto- 
wemi susy ze skały na skałę. 

Cokolwiekbądź , kiedy? i jakim sposobem? wymknął się od 
widocznej śmierci — nie wiadomo. 

Byłże to sęp? byłże to duch Prometeusza, co go uniósł 
przez obłoki lub pieczary podziemne? Nie wiadomo. 

Cud się zjawił. 

W skutek tego ludy kaukazkie głosiły, że: « Jeden jest tylko 
«Bóg i dwóch proroków. Pierwszego nazwisko Mahomet, dru- 
giego Szamyl.)) 

W samej rzeczy, od czasów Mahometa, jak twierdzą uczeni 
europejscy, mianowicie: Curson, Makintosch, Spenzer, Dr. Koch, 
Wilbraham i inni, nie było zdolniejszego od Szamyla agitatora 
i przywódcy ludu. 

Jaśniał on bogobojnością, sprawiedliwością i cnotami do- 
mowemi , przy zręcznej dyplomacyi i polityce jaką prowadził. 

Nie upaść ze stanowiska tak trudnego, w obec rozbudzonych 
namiętności, zawiści, zazdrości i zdrad naczelników innych ple- 
mion i narodowości kaukazkich; występować śmiało w obec 
cieśni nieprzyjaciół i swoich; otoczyć się blaskiem głośnej 
sławy mistycznego pomazańca bożego i mędrca, który zginąć 
nie może; stać się sławniejszym niż El-Mansur, pierwszy 



87 



obrońca Kaukazu (podobno Polak, bratMazur); są to szamy- 
lowskie czyny, które zasługują , ażeby uznać w nim prawdziwy 
geniusz , choć może nie dość szczęśliwy i w nader trudnych po- 
stawiony okolicznościach. 

Zmuszony mistyfikować świat , w końcu i sam się zamistyfi- 
kował — upadkiem smutnym w Keremzaule. 

Niezaprzeczoną jest tradycya, jakoby Szamyl pochodził z da- 
wnych książąt kaukazkich; a los uczynił go z pasterza podo- 
bnym do Dawida zwyciężającego- Goliatów mikołajowskich : 
Paskiewiczów i Worońcowów. 

Natchnienie , właściwe wysokim talentom , przewodniczyło 
mu przez długie lata na pomyślnej drodze. Umysł jego był 
czynny i wykształcony. Znał, oprócz kilky dyalektów wscho- 
dnich , język starożytny arabski piśmienny ; a ztąd mógł i z hi- 
storyą obznajmić się z bliska Wiemy bowiem, że Arabowie od- 
działywali niegdyś naukami na świat cały. Resztki tej świetności 
Wschodu, dziś jeszcze pomiędzy duchownymi machometańskimi 
odgrzebać się dadzą. 

Żywość charakteru Szamyla dochodziła czasem do dzikości, 
lecz krótko trwającej ; bo jego strona uczuciowo-melancholiczna 
łagodziła chwilowe uniesienia. 

Powierzchowność jego, znana z portretów, nie daje jeszcze 
dostatecznego wyobrażenia o nim. 

Wzrostu był więcej jak średniego, twarzy owalnej ale pełnej, 
tuszy dobrej. Oczy jego wielkie i ciemne, na pół zasłonięte po- 
wieką, rozlewały wyraz słodyczy i powagi razem. Była to pię- 
kna jesień męzka. Ale wydatne muskuły, na bladych policzkach, 
zdradzały silną wolę i energią. Brodę i wąsy farbował na czer- 
wono, zwyczajem miejscowym. 

Gdy siedział zamyślony na poduszkach, można go było po- 
równać do lwa drzemiącego ; gdy powstał i wzniósł czoło, każdy 
mógł przeniknąć w jego osobie człowieka wyższego, stworzo- 
nego na wodza — ale na tem czole, oprócz geniuszu i męztwa, 
jaśniało nieszczęście. 

Ubiór nosił skromny, jak filozofowi przystało. Ubiór ten 
wydatnie odbijał pośród strojnego orszaku jego dworu. Głowę 
zaś nakrywał w pokoju krymeczką z lamy, mieszczącą pewien 
talizman cudowny. Gdy wychodził z domu, kładł czapkę czer- 



88 



kieską , z długim włosem białej owcy, podobnej do angory, zdo- 
bną, muślinowym, śnieżnym zawojem, którego końce spadały 
mu na plecy. Nad zawojem widać było dno czapki, koloru pen- 
sowego. 

Jeździł konno z nadzwyczajną lekkością i wprawą. 

Nieodstępnymi towarzyszami naszego bohatera byli: Opa- 
czyński i Daniel-Basza, obadwa dawni oficerowie rosyj- 
scy, niegdyś narzędzia samowładztwa, później mściciele ludów 
pragnących wolności. 

A teraz, gdy obznajomiliśmy się nieco z Kaukazem, z jego 
niebem, kolorytem, i w części z dzielnym góralem, pój- 
dźmy w odwiedziny do Daniel-Baszy i do naszych rodaków. 
Jakże im miło będzie usłyszeć, że nad brzegami Wisły, jako też 
w świecie, o kilkaset mil odległym, gdzie ich wprzód nie znano, 
wspominają o nich i o ich zasługach. 

Zaprawdę, jeżeli z rzeczy ludzkich może sobie co rościć 
prawo do nieśmiertelności, to bez wątpienia geniusz, za- 
sługa i cnota. Inne zalety, bądź władzy, bądź bogactw, bądź 
urodzenia, przemijającą mają wartość. Lśnią one niekiedy po- 
zornym swym blaskiem mniej uważne oczy, ale zgon wraca je 
wkrótce nicestwu , z którego napróźno wydobyć się usiłowały. 



VIIL 

DANIEL -BASZA. OPACZYŃSKI. SOTiNIA 

POLSKA. 



VIIL 



IJaniel-Basza powierzchownością stanowił sprzeczność 
z Szamylem , jakkolwiek przedstawiał w swej osobie postać ty- 
pową czerkieską. Niktby, sądząc z pozoru , nie odgadł w nim 
był expułkownika moskiewskiego. Łączył doświadczenie na- 
byte w obozie nieprzyjaciół do wrodzonych cnót Lezgina. 

Wiedza, świadomość, oględność, znajomość sztuki wojsko- 
wej, przy odwadze osobistej, zrobiła go największą pomocą Sza- 
myla — a jako partyzant zjednał sobie miłość podkomendnych. 

Muridzi, achunty, mułły, derwisze, tudzież niewojownicze 
pokolenie potomków Alego, odznaczające się zielonym zawojem, 
stanowili orszak naczelników organizacyi i rady wojennej. 

Wysyłano ich z poleceniami do Persyi, do sąsiednich krajów, 
plemion itd. 

Dążności Szamyla były demokratyczne, nie tracące despo- 
tyzmem, który się w książętach gruzyńskich, mingrelskich, 
imertyńskich wyrodził — prowadząc ich kolejno, skutkiem żą- 
dzy panowania, do niezgody, powaśnienią i upadku. 

Dwóch się kojarzyło na zgubę trzeciego, z myślą, że gdy go 
pokonają, za łby się sami pobiorą. Moskwa odniosła ztąd ko- 
rzyść przez ujarzmienie ich zupełne. 

Gdyby nie to, jakże dawno Szamyl, ów posłannik natchniony, 
dokonałby był dzieła oswobodzenia Kaukazu? 

Nie pierwszy to raz i nie ostatni arystokracya niweczy 
sprawy ludowe i poświęcenia męczenników narodowości . . . 

W prawdzie, nie można wątpić, źe przyjdzie czas, gdzie i 



92 

Kaukaz ocknie się, zdepce ów fatalizm gniotący tyle ludów, 
gdyż to będzie naturalnym, niezbędnym, historycznym wyni- 
kiem. Lecz kiedy to nastąpi ? . . . 

Potrzeba chyba doczekać epoki dojrzałości , kiedy na ogólne 
poczucie pospolitego ruszenia — ci, którzy wystąpią na świe- 
cznik w przewodniczeniu współbraciom, wyzwolą się przede- 
wszystkiem z pokus zysków osobistych, a staną, jako prawdziwi 
wielkiej sprawy ofiarnicy. 

Takim był Szamyl. 

Można go porównać ze znakomitym i mistycznym naszym 
księdzem Markiem. 

Łapiński, w dziele swojem, przypisuje Szamylowi intereso- 
wność. Wedle niego, prorok i rycerz Kaukazu oddał się w ręce 
Moskali, jakoby wiedziony chciwością zachowania swych skar- 
bów pod opieką wroga. Ziomek nasz w sądzie swoim wielce 
się pomylił. 

Czas doniósł, o ile sobie przypominam w miesiącu lutym 
(;zy marcu 1863 r., o muridach Szamyla, jakoby udających się 
drogą dyplomacyi do Porty Ottomańskiej po wyjednanie 
w gabinecie petersburskim dotrzymania przyrzeczenia, Szamy- 
lowi uczynionego, w dozwoleniu mu wędrówki do Mekki celem 
złożenia tam kości swoich. 

Są to mylne twierdzenia. Wiadomości pod tym względem 
czerpałem od samego Szamyla, tytułem byłego jego oficera służ- 
bowego, na który to stopień posunięty zostałem z żołnierza 
sotni Opaczyńskiego. 



Opaczyński przyjął mnie po polsku, wypytał o wypadki 
życia, i przeznaczył miejsce w koszarach. 

Wiek jego dochodził do lat 70. A twarz ocieniona długą 
siwą brodą, przy kolosalnej budowie ciała, przypominała owe 
surowe oblicza pradziadów naszych, których portrety napoty- 
kamy jeszcze w starych zamczyskach i w galeryach obrazów fa- 
milijnych. 

Wzrok poważny, ale pociągający, z wyrazem szczerości i 
godności*, czoło wyniosłe, myślące, i lica zaklęsłe świadczyły o 



93 

jego tęsknocie i trawiącej pracy umysłowej w pośród ciągłych 
przeciwności i naigrawań się losu ze wzniosłej duszy. Charakter 
silny, mężny, niezłomny, i ta polska wiara z nadzieją złączona, 
postawiły go jako pomnik żywy, na pustyni wzniesiony — jako 
uosobienie biednej ojczyzny naszej. 

Opaczyński był rodem z Lubelskiego. Ukończywszy szkoły 
w Lublinie, walczył w szeregach 1830 r. Popadłszy do niewoli 
i oddany w sołdaty, dosłużył się z czasem epoletów w pułku 
dragonów. Zmuszony wyzwać na pojedynek najbliższego do- 
wódzcę, za zniewagę sobie wyrządzoną, prześladowany przez 
wyższych zwierzchników, schronił się do wolnych górali i mię- 
dzy nimi pozostał. 

Będąc człowiekiem wyższym, pozyskał wprędce zaufanie 
Szamyla, zaskarbił sobie jego względy, następnie przyjaźń, i 
węzeł ten wspólny wzmocnił o tyle, o ile prawy Polak jest 
zdolny to uczynić. 

Wpływał wiele na bieg sprawy kaukazkiej , kierował nawet 
w niektórych krokach przyjaciela. Niejednokrotnie ocalił mu 
życie, w chwili, gdy Moskwa ściskała pas, w którym spodziewała 
się zdusić niezwyciężonego Proroka. Niejednokrotnie też mą- 
drą radą ratował zagrożoną jego sławę. Tak podtrzymując 
wi«;lkości wodza i władcy, oddając mu hołd i cześć należną 
w obec świata, nie zeszedł nigdy do punktu poniżenia przez 
stanie się zausznikiem lub dworakiem. 

Nietajne były niektórym jego ziomkom, a nawet samemu 
Szamylowi, tudzież światłemu Daniel - Baszy, plany Opaczyń- 
skiego względem zużytkowania zwycięzkiego kiedyś Kaukazu 
dla dobra sprawy polskiej; — atoli zamiary te, jakkolwiek 
ukrywane, wzbudzały podejrzenie innych baszów. 

Sotnia Szamyla pod komendą Opaczyńskiego, składała 
się z trzystu przeszło naszych rodaków, z różnych stron przyby- 
łych, zapędzonych falami wypadków politycznych. Zastdlem 
tam mnóstwo zbiegów z wojska rosyjskiego, emigrantów z całej 
kuli ziemskiej, tudzież kilkudziesięciu Ukraińców, typ hajda- 
macki przedstawiających. 

Dotąd istnieje w północnej części Czeczenii osada pewnych 
szczątków Zaporoża. Język ich ruski, z miejscowem narzeczem 



96 

zawsze tkliwemi wspomnieniami. Nadzieja pobicia Moskali, 
oswobodzenia ojczyzny, obaczenia matki, tkwiła w mym mózgu. 
Z jak%ż dum% — myślałem sobie — stanę kiedyś przed nią 
w gronie towarzyszy, zuchowatych dżawanów? Pośród znie- 
wieściałych paniczów, zestarzałych przedwcześnie , ucieszą się 
biedne matki wygnańców, tułaczów i męczenników, witając ry- 
cerskie dzieci swe rzewnie i radośnie, jedynych synów z prawem 
do zasługi. Hoże dziewoje wyskoczą z niezabudką na ich spot- 
kanie, i wzgardzą przesądem : iż w dobrym jest tonie wyjść za 
mąż za szlachcica, choćby obdłnźonego, rachującego na posag, 
a nawet i nie za szlachcica, byle tylko nic nie robił. 

Częste rozpamiętywania moje zwracały się na polską szla- 
checczyznę, której jestem następcą. Z głuchą troską słuchałem 
o niej opowiadań współtowarzyszy, w chwilach wzajemnych 
zwierzań się z przygód, które nas na jedne dolę zepchnęły. 
Wtedy przychodzili mi na pamięć sąsiedzi ojca mojego... 

Owe głośne, rycerskie, wielkie szlachectwo polskie , znane 
w świecie z poświęcenia się, już to dla własnej wolności, równo- 
ści i niepodległości; już dla wiary rzymsko-katolickiej; lub 
osłony Zachodu od najazdu mongolskiego ; — owe szlachectwo, 
nie postępując z wiekiem, w duchu potrzeb narodowych, dziś 
gaśnie ... Gaśnie niestety! jak wytlała pochodnia, co rzuca 
ostatnie płomienie, lecz nie jest w stanie wytrzymać uraganu ! 

Szczątki żyjące potężnego szlachectwa pozostały w gro- 
bowcu, nie podobne do olbrzymich praojców ! Hufce mężnych 
pancerników Sobieskiego , lub panowie konfederaci , nie pozna- 
liby skarłowaciałych swych wnuków i zaparliby się ich. 

Cierpką sprzężę tych i tym podobnych myśli i uczuć, obudził 
widok dzielnych, niezepsutych górali, z którymi obcowałem. 

Jeszcze jedno piastowałem uczucie , lecz tak gwałtowne, że 
mi mąciło wszystko, i stawiało w trudnem położeniu pogodze- 
nia się z poprzedniemi pojęciami o własnym kraju. 

Są pewne obowiązki, pewne warunki wdzięczności, przywią- 
zania; — wszystko to się poświęca dla miłości ojczyzny ... i 
Abbasa co mnie wychował, a chlebem powszednim i słowem, 
szczerze, poczciwie, jak by rodzony ojciec zasilał; — Assyę, 
ową sercową opiekunkę, co mnie kochała jak syna; — Mustafę, 



97 



młodego przyjaciela , wszystkich, może byłbym w możności za- 
głuszyć w pamięci , jeźli nie zapomnieć . . . 

Libia ... to imię rozstrajało me zmysły, zniechęcało do roz- 
rywek, drażniło, czyniło śmiesznym, dziwakiem, wytwarzało 
niepodobne do wykonania projekta. Zwątpienia, czy zostanę 
na zawsze Lezginem ? czy też uczynię rozbrat z nią i Kaukazem ? 
ścierały się z sobą. 

Była to walka wewnętrzna, okropna; po rozwoju dziwny 
upadek — upadek nie do wytrzymania! Postanowiłem zginąć 
"W najpierwszej bitwie. 

Tajemniczość moja nie uszła uwagi kolegów. Rozmaite krą- 
żyły między nimi wnioski. W końcu , przywykli do mnie. Je- 
den z nich, nazwiskiem G . . . , Warszawiak , przeniknął me udrę- 
czenia i pytał o nie; gdy zaś mu powiedziałem, że może być 
wiele uczuć władających jednocześnie człowiekiem, nie badał 
więcej, szanował stan mój, pocieszał, i stał się prawdziwym 
mym przyjacielem. O ! jakże miło samotnikowi, gdy serce jego 
goryczą przepełnione, znaleść widomego przyjaciela... 



Gordon, Kaukaz. 



IX. 



PARLAMENTARZ MOSKIEWSKI I JEGO 

ŚMIERĆ. WOJNA. 



7* 



IX. 



w r. 1857, w miesiącu październiku, niezwykły ruch pano- 
wał w Eeremzaule. Częste narady wojenne, wiadomości o Mos- 
kwie przynoszone przez gońców z różnych stron do Szamyla, 
ponawiane ćwiczenia wojskowe Czerkiesów i naszej sotni stano- 
wiącej rodzaj gwardyi, wszystko to wróżyło o bliskiej wyprawie. 
W całej atmosferze dawała się czuć wojna. 

Pewnego dnia, gdy strudzeni ranną czerogodzinną mustrą, 
koledzy moi poszli szukać spoczynku w cieniu drzew rozło- 
żystych, przypadająca kolej warty zatrzymała mnie w koszarach. 

Parno było niezmiernie, natrętne skrzydlate owadki doku- 
czały nielitościwie , jakaś ociężałość, gnuśność i senność owła- 
dnęły mem jestestwem. Przywykły do czuwania oganiałem się, 
dopóki mogłem od much, bąków i komarów ; ale na ten raz po- 
wieki mrużyły się powoli i mimowolnie zasnąłem... 

Silne uderzenie w ramię wstrząsnęło mną i zerwało na 
równe nogi. Basza dworu, otyły a surowy służbista, stał obok. 

— Tęgi z ciebie przedstawiciel rycerskiego szczepu Ab- 
basa! . . . śpiochu jakiś do stu kindżałów ! ... Weź z sobą dwóch 
Lezginów i marsz ... przyjąć mi natychmiast moskiewskiego 
parlamentarza, a zawiązawszy mu oczy, doprowadzić do hana. 

— Jakszy! — odrzekłem na znak usłuchania. 
Pobiegłem do bramy fortecznej i wedle zlecenia przyjąłem 

oficera petersburskiego sztabu i wiodłem do pałacu Szamyla. 
W czasie krótkiej drogi zawiązała się między nami rozmowa, 



102 

którą, jako ostatnią w życiu owego dygnitarza, w treści tu przy- 
taczam : 

— Czy mówisz po rusku? — zagadnął mnie na wstępie. 

— Chciałeś pan zapewne wiedzieć, czy mówię po rosyj- 
sku? Rozumiem ten język, lecz nie lubię nim mówić. Jeżeli 
wszelakoż życzysz sobie pan czego, proszę powiedzieć. 

— Nic nad szklankę wody. Jestem mocno znużony. 
Woda została podaną, podziękował za nią i wypiŁ 

— Czy sądzisz młodzieńcze — rzecze dalej z pychą i zarozu- 
miałością orderowego dworaka — czy sądzisz, że podobień- 
stwem jest uzyskać orężem to, co tylko przez łaskę otrzymać 
można? ... 

Nie odpowiedziałem na pytanie, ścisnąłem usta , i postępo- 
waliśmy w milczeniu. 

— Jak się zowiesz, kawalerze? 

— Jusuf Ostoja, do usług pańskich. 

Al a! to pan pochodzisz... z dobrej familii? 

Ze zdrowej familii — odpowiedziałem, wprowadzając go 
w podwoje pałacu. 

Drzwi rozwarły się szeroko. Wszedł krokiem znamionują- 
cym zuchwałość , stup aj k a mikołajewski, i stanął przed Sza- 
mylem, który dozwolił mu zrzucić chustkę z oczu. Skinienie 
ręki bańskiej zmusiło nas opuścić komnatę, a czekać na roz- 
kazy w przyległym pokoju. Pozostali sami, rozpocząwszy żywą 
rozmowę. 

Nie dosłyszałem o co chodziło, lecz wizyta tak mnie zaj^a, 
że nie spuściłem z uwagi najmniejszego tonu mowy. 

Mowa zdawała się być nie rozmową ale sporem, wśród któ- 
rego, uniesiony gwałtownym gniewem, Szamyl krzyknął na 
straż głosem strasznym. 

Wbiegliśmy. 

Iskrzący wzrok jego zapowiadał bliski wybuch gromu, co tlał 
w duszy ; w całej zaś powierzchowności przebijs^a się zgroza i 
obrażona godność. 

Wyrok śmierci wypadł jak iskra elektryczna z ust Jowisza 
kaukazkiego — a przed śmiercią napiętnowt^ , niemylnem prze- 
znaczeniem zgonu, posła nieboraka. Blady i drżący przeczuwał 
cios, co miał go niebawem dosięgnąć. 



103 

W samej rzeczy, za kwadrans dziewięć ostrych ładunków 
przeszyło pierś nieszczęśliwego — i skończyła się tragiczna 
scena, która nieprzyjaciołom Szamyla nadała sposobność do 
wytknięcia tego czynu za dowód przekonywający o okrucień- 
stwie, dzikości i barbarzyństwie, jako też o pogwałceniu, ni- 
czem m^ usprawiedliwionem, praw międzynarodowych. 

Zważywszy atoli , iż misya parlamentarna mogła mieć za cel 
zachęcenie Szamyla do zdrady własnej ojczyzny — czyż się nie 
udało Moskwie popchnąć na tę drogę Bebutowów i wielu ksią- 
żąt gruzyjskich i czerkieskich?; zważywszy draźliwość położe- 
nia — w którem się znajdował władca Kaukazu pośród swych 
ludów, w obec tajemniczego posła obłudnego caratu, fałszywy cli 
wieści i potwarzy rozsiewanych systematycznie na jego rachu- 
nek — ; czyn ten straci wiele z swej zgrozy, jaka przejmować 
musi każdego, sądząc jedynie z pozoru. Jednym zamachem 
przeciął on sieć intryg, w które go zawikłać usiłowano dla pod- 
kopania stanowiska moralnego, jakie zajmował w obec górali. 

Liczne i najnowsze podobnego rodzaju sprawki ze^ strony 
dyplomacyi petersburskiej wyłuszczył nam Taffik-Bej w pismach 
swoich. 

Nie byłoby zbytecznem odwołać się pod tym względem i do 
historyi naszej. 

Wszak wiadomo, że w podobnej misyi zjechał niegdyś do 
Krakowa poseł Cesarza Aleksandra I, aby skłonić ks. Józefa Po- 
niatowskiego do zdrady Napoleona, a rzucenia się w objęcia ca- 
ratu, jako najpewniejszy środek osiągnięcia korzyści polity- 
cznych dla Polaków. W owej to wiekopomnej chwili dziejów 
naszych (a nie w chwili zgonu swego, jak to niektórzy mylnie 
twierdzą) zawołał z oburzeniem książę Józef: «Idź przecz szata- 
nie — nie kuś mnie I Bóg mi powierzył honor rodaków, jemu 
go tylko oddam ! » 

Rozstrzelanie moskala wywarło silne wrażenie na Czerkie- 
sów, wrących nienasyconą żądzą wojowania. 

Zwołani wszyscy na właściwe miejsca i posterunki, nie wie- 
dząc o jutrze, czyniliśmy stosowne do walki przygotowania. 
Tak minął dzień cały. Wieczorem nie słaniali się murydowie 
po placach i ulicach — wszyscy byli zajęci walną radą. Żaden 
z nas młodych nie pobiegł szukać rozrywki; ani Opaczyński nie 



104 



miał czasu wezwać nas na koncert narodowy, choć wiedział, ile 
pałaliśmy chcci% słuchania go i uczestniczenia w nim co- 
dziennie. 

Nazajutrz, skoro tylko piania kogucie zwiastowały dzionek, 
gdy rosa wilżyła jeszcze niewywczasowane me rzęsy, już sta- 
liśmy pod bronią , w liczbie około tysiąca jeźdźców Polaków i 
Czerkiesów. 

Pomiędzy szeregami hufca przebiegał na karym koniu Sza- 
myl, przyodziany w burkę. 

Na dany sygnał ruszyliśmy w pochód. 

Przebywszy znaczną przestrzeń na pograniczu Czeczenii, za- 
trzymaliśmy się na popas przed aułem, którego nazwy nie 
pomne. Za zbliżeniem się naszem Czerkies czatujący na galeryi 
wzniesionej na wałach dał strzał z pistoletu, na który z prze- 
ciwnej strony aułu odpowiedziano. 

Mieszkańcy uprzedzeni o nadciągnięciu naczelnego wodza, 
w oka mgnieniu siedli na koń i zebrani w znaczny orszak po- 
spieszyli powitać obrońców kraju. Nie zapomnę wzruszających 
objawów serdecznej gościnności i radości, z jakiemi nas przyj- 
mowano. 

Kobiety, starce i dzieci zdążali na wyścigi, niosąc świeże 
owoce i ofiarując nam usługi. Soczyste brzoskwinie orzeźwiły 
mnie strudzonego marszem , i apetyt mój wzrastał w miarę jak 
smażono dla nas szyszliki. 

Atoli niemiły był widok ludzkich rąk poprzy bijany eh na 
drzwiach domów w aule lezgińskim. Martwe te ręce, z rozcze- 
pierzonemi palcami, zwiędłe i skrzepłe, okropny przedstawiały 
obraz. Im więcej ich na wrotach, tem większa chluba dla gos- 
podarza, tem więcej zgładził on wrogów. 

W narodach niby oświeconych, osobistości odznaczające się 
w zabójstwie uprawnionem tytułem wojny, zdobią się orderami, 
szychem, różnobarwną pstrocizną itd. Lezgina orderem jest 
prawa ręka ucięta nieprzyjacielowi. Czeczeniec, dla mniejszego 
ambarasu, obrzyna mu uszy i nawleka na sznurek, jak to się 
robi u nas np. z zasuszonemi grzybami. Co kraj, to obyczaj! 

W Rosyi, na pograniczu właściwego Kaukazu, pomiędzy 
Czerkiesami mirnymi, za uciętą głowę nieuległego bisurmana 
władze miejscowe wypłacały 10 rubli z kasy publicznej; rząd 



105 

zaś niepodległy czerkieski nie płacił nic za oberznięte ręce i 
uszy moskiewskie. Zaszczyt dokonanego czynu , pochodzącego 
z przekonania, był dostateczną, nagrodą, dla rębacza. 

W Rosyi wbita na pal ogolona pałka muzułmanina, i wysta- 
wiona na widok powszechny, nie wiele czyniła wrażenia na 
ludności tatarskiej, wierzącej w fatalizm. Niejeden z przecho- 
dniów spojrzał na nią, pomruknął sobie: utak chciało przezna- 
czenie!)) i poszedł dalej, nie troszcząc się wcale o ową głowę z 
wytrzeszczonemi oczyma i wysuniętym językiem. 

Ale owe dłonie i uszy przejmowały dreszczem sołdatów ! . . . 

Dodać tu należy, że jeniec zanim został nieboszczykiem i 
ofiarował swe członki na trofea zwycięzkie, zmuszony był naj- 
częściej uczynić przechadzkę w góry, przytroczony do końskiego 
ogona, lub też chłodną kąpiel, przepływając wraz z koniem 
rzekę. Spacer taki , czy to po suchej czy po mokrej drodze, 
musi być za pospieszny i nie bardzo przyjemny. Nikt go za- 
pewne nie pozazdrości. 

Lecz wróćmy do obozu. 

Szamyl rozdzielił nasz hufiec, wzmocniony nowemi posił- 
kami, na trzy części. Jedna część, pod komendą Opaczyń- 
skiego, udała się ku północy, w kierunku Inguszu. Dwie zaś 
pozostałe złączone razem, gdzie i ja się znajdowałem, maszero- 
wały z Szamylem na czele w stronę Pszanu. 

Po kilkodniowym kłusie, podczas którego rzucaliśmy często 
burki na oczy koniom , aby się nie ulękły przepaści i bezdroży 
niedostępnych, po których, że tak powiem, staczać się musiały; 
okrążyliśmy nareszcie oddział moskiewski, niewiedzący o nas, a 
ścigający za Opaczyńskim, w skutek fałszywego doniesienia, że 
Szamyl z nim się znajduje. 

Pochód nasz zaczął się zwalniać, gdy rekonesanse zręcznie 
wykonywane uprzedziły o legowisku, gdzie Moskale mieli no- 
cować. Była to piechota złożona z batalionu strzelców i arty- 
leryi. 

Nieprzyjaciel nie przewidział zasadzki. Ciemna noc i deszcz 
ulewny wielce nam dopomogły do wyrządzenia mu niespo- 
dzianki. Tylko obznajomieni doskonale z miejscowością Czer- 
kiesi mogli przedsiębrać obroty wojenne po omacku. 

Co do jazdy nieprzyjacielskiej, nie znajdowała się .ona z pie- 



106 



chot%, lecz wyroszyła naprzód przeciw Opaczyńskiemu w za- 
miarze atakowania i zatrzymania go, lub po zaczepce cofaniem 
się i zwodniczym odwrotem naprowadzenia na piechotę i na 

działa. 

« 

Szamyl poznał się na farbowanych lisach. 

W największej tedy cichości podsunąć się kazał ku dolinie, 
gdzie obozowała roztasowana na nocne leże piechota. Ocho- 
tnicy nasi rozebrani do koszuli, czołgając się jak węże na brzu- 
chach, podpełznęli między krzakami pod łańcuch pikiet na 
około rozstawionych. Każdy czychał z kindżałem na swego sol- 
da ta i oczekiwał tylko hasła do rzezi. 

Druga część ochotników, ukryta w okolicznych wąwozach, 
strzałami niepokoiła obóz. Moskale sądząc, że to są stare sztuki, 
jakiemi Czerkiesi w małej liczbie zebrani mają zwyczaj ich 
alarmować, nie zwracali prawie na nie uwagi. 

Upłynęło parę godzin w bezczynności. 

Nagle, na komendę Szamyla, rozłożone nasze hufce naraz 
z krzykiem jak wściekłe rzuciły się na namioty obozu ; a w tejże 
samej chwili pikiety padły od ciosów pilnujących je ochotni- 
ków. Wskoczyliśmy bez żadnej przeszkody do środka sołdac- 
kiej rzeszy. 

Trudnoby opisać fantastyczną i okropną scenę, jaka się odby- 
wała. Żołnierze nie zdołali ani się sformować, ani z dzisl karta- 
czami nas przywitać. W popłochu ogólnym , zamieszania i nie- 
ładzie, przy dogorywających ogniskach, wyglądali jak przerażeni 
potępieńcy w przedsionku piekła. Kapróżno oficerowie usiło- 
wali wzniecić upadłe ich męztwo. Miotani trwogą, padali od 
ostrego żelaza. Ci co się bronili rozpaczliwie, czynili to nadare- 
mnie. Ani jeden nie uszedł. Całą załogę śmierć objęła w zimne 
piszczele. 

Pierwszy raz wśród strug krwawej posoki byłem świadkiem 
klęsk wojny, straszliwej poezyi zniszczenia. . 

Z naszej strony, nie licząc rannych, kilkudziesięciu poległo. 

Strata ta, chociaż stosunkowo nader mała, doprowadziła do 
takiej zemsty, że nawet konie przy lawetach i jaszczykach uległy 
zagładzie. Proch i kasę oszczędzono ; wszystkie zaś inne przed- 
mioty, bagaże, broń nawet, złożono na stos i podpalono, jako 



107 



rzeczy nieczyste, które machometanom do użytku służyć nie, 
mogą. 

Po tej operacyi, hufce nasze puściły się śladem za jazd% 
moskiewską, wydaną przeciw Opaczyńskiemu. Zacz^o świtać, 
ranek był mglisty, zwolniliśmy kłusa, gdyż zmyślność czerkieska 
podobna do węchu psa gończego co tropi zwierzynę, odkryła 
lasek , w którym spodziewano się zastać na pewne poszukiwany 
oddział konnicy. Przyłożono na zwiady uszy do ziemi i poznano, 
że w rzeczy samej w niewielkiej odległości widety robiło swe 
objazdy. 

Dalej więc do dzieła ! Zbliżyliśmy się do nich ; one w nogi ! 
my w galop za niemi; one chronią się do obozu, my nacieramy 
na obóz. Jednocześnie hufiec Opaczyńskiego, na odgłos rzę- 
sistych strzałów, opuścił zasadzkę i zjawił się z przeciwnej 
strony. 

Hura na wroga t Moskale zostali wzięci we dwa ognie. Pra- 
żyliśmy ich nielitościwie, pomimo tego krzepki dawali odpór — 
mianowicie kozacy czarnomorscy, których liczba była znacznie 
przemagającą. 

Opaczyński ze swoimi cofać się zacz^. Szamyl zrozumiał 
odrazu o co chodziło, i również nakazał odwrót. Po wykonaniu 
więc napadu, zniknęliśmy wśród mgły i krzewów. 

Wtedy to Moskwa, zyskawszy czas do uszykowania się, ru- 
szyła w stronę za Opaczyńskim. Tego nam było trzeba! Stało 
się dla niej nieuniknionem przejście pomiędzy dwoma paro- 
wami, przecinaj ącemi drogę. Pierwszy przebyli szczęśliwie. 
Ufni w powodzenie stępem wchodzili w drugi, gdy w tem na 
przestrzeni równiny, rozciągniętej między ową kaukazką Scyllą 
i Harybdą, z ostatecznych krańców ukazuje się znowu Szamyl i 
Opaczyński. Uderzają w największym pędzie z boków na zdu- 
miałego wroga. Pod dragonami moskiewskiemi przypartymi 
do przepaści, poderwany most się zawala, a przepaść chłonie 
ludzi , konie, i psuje szyki pozostałym. 

Nigdy dzielność, fantazya i śmiałość naszych jeźdźców bar- 
dziej się nie rozwinęła jak w owym dniu pamiętnym. 

Szamyl w boju pędząc jak Mars przed frontem na dziarskim 
biegunie, widocznie starał się spotkać z pułkownikiem moskie- 



lOH 



wskini. Ten zoczywszy groźnu postawę hetmana Kaukazu, 
przychylił się do siodła, szukaji^c w ucieczce ratunku. Ale Sza- 
myl dopędza go, od cięcia jatagatiu herkulesową dłonią odsko- 
czyła głowa pułkownika, a tułów strojny w szlify, uniósł koń 
jak na urągowisko. 

Niedobitki czarnomorskich kozaków rozproszy w^szy się z po- 
czątku, gdyby stado spłoszonych szpaków, zdążyli sformować 
się na przyległej dolinie. Ścigani przez nas, nie w^idząc innego 
sposobu ratunku, zeskoczyli z koni i otoczyli się niemi. 

Wówczas Czerkiesi, aby ukończyć jak najprędzej potyczkę, 
nie zabijali już zwierząt, ale położywszy się na ziemi, palili do 
nieprzyjaciół. Kule przelatywały pod brzuchami końskiemi i 
raniły w łytki Moskali. 

Garstka strwożonych dragonów schowała się do wydrążonej 
w skale groty. Na nieszczęście ich wiatr dął w tamte stronę. 
Czerkiesi rozłożyli ze smolnych szczyp ognisko, którego gęsty 
dym dusił uciekinierów w podziemnych tartarach, co się stały 
ich grobowcem. Surmy i cytry bisurmańskie przygrywały ko- 
nającym. Ci zaś, których wykurzono, zostali w pień wyrżnięci. 
Zginęli bez wieści. 

Pomiędzy poległymi, twarze Czerkiesów były pokryte śmier- 
telną bladością, oblicza zaś sołdatów sine i powykrzywiane. 

I dla czegóż ta uderzająca różnica w trupach człowieczych? 

Znajdziemy rozwiązanie tajemnicy, skoro zajrzymy do ma- 
nierek sołdackich napełnionych spirytusem. 

Machometanin nie używając trunku, umiera z twarzą białą i 
spokojną. 

Opiły sołdat zmienia się wkrótce po zgonie do niepoznania. 

Jenerałowie moskiewscy ogromny popełniają błąd, nadto 
oszukują siebie samych, bydlęcąc lud wódką. Pijany rzuca się 
z razu w szale sztucznego uniesienia, ale doznawszy opora 
w pierwszym zapędzie, wytrzeźwiwszy się nieco, staje się grubą 
warstwą bezwładnego cielska, nieczułego i ogłupiałego. 

Owa masa zbydlęcona, sławiona z posłuszeństwa biernego, 
idzie wprawdzie na ogień i ginie; po niej następuje druga, trze- 
cia, itd. Ale jakżeż to znaczną liczbę potrzebuje Car skazać na 



109 



śmierć dla pokonania gromadki górali, ożywionych wyobraźnią 
i uczuciem płomienistem ? . . . 

Otóż to jest jeden z tysiącznych faktów dziejowych Kaukazu, 
które nikną w cieniach zapomnienia — gdyż Rosya nie widzi 
sławy ani korzyści dla siebie w rozgłaszaniu takowych. Gazety 
i dzienniki zagraniczne nie miały korespondentów w naszym 
obozie ; a sami , oddzieleni od świata nie dbaliśmy, co o nas po- 
wiedzą. Nic dbaliśmy o czczą głośność trwającą nie dłużej niż 
dym pobojowiska. Spragnieni wolności walczyliśmy dla niej 
samej. 

Wyczerpywały się znoszone przez Szamyla szwadrony i roty 
wojsk rosyjskich. Atoli biedna nasza Polska była głównym 
źródłem dostarczającym corocznie nowego rekruta, haraczu dla 
śmierci. Często też tego, który przestał uwielbiać carat, zsyłano 
za pokutę na przelew krwi bratniej, lub zbratnionej wspólną 
dążnością. 

Trudno mieć zupełne wyobrażenie o bitwach kaukazkich 
tym, co ich nie dzielili. Wojny z Beduicami w Algierze mniej 
były niebezpieczne i utrudzające. Kto podróżował po Szwajca- 
ryi, niech sobie przypomni przejście przez górę ś. Bernarda, 
którego się zląkł Hanibal, które z mozołem przebywał Napo- 
leon I, a poweźmie słaby zarys wypraw kaukazkich. Drogi 
szwajcarskie można nazwać gościńcami w porównaniu krętych 
ścieszek lezgińskich. 

Dziwna rzecz, że pomimo takich miejscowych trudności. 
Polacy walczyli tam dzielnie, tak z jednej jak i drugiej strony. 
Czerkiesi znali dobrze ów przymiot naszego męztwa. Rzeczy- 
wiście, Kaukaz jest jeszcze przybytkiem natchnienia do czynóv/ 
bohaterskich. 

Lecz niestety, brak między bohaterami jedności i spójni I ... 

Zapytywałem, dla czego Sadyk- Basza nie nadejdzie nam 
w pomoc z kozaczyzna? Smutnie na to potrząsnął głową Opa- 
czyński, mówiąc, że polityka go wstrzymuje. 

Ta nieszczęsna polityka każe oglądać się na przyszłe gruszki 
na wierzbie, gdy czas pogrąża bezczynych co raz to głębiej i 
głębiej w tonie zagłady... 

PowTÓciliśmy do Keremzaulu. 



110 

Czy myślicie, źe wjazd nasz odbył się na rydwanach, wśród 
huku salw, wiwatów, lamp weneckich błysku i ugierlandowa- 
nych dziewic postrojonych w bieli? 

Nic podobnego nie było. 

Przybyliśmy jakeśmy wyszli. Każdy uścisnął rękę kolegi na 
dobranoc i poszedł do chaty z myślą, ze mu jeszcze wiele do 
roboty pozosti^o. 



X. 



CZATY O GŁODZIE. PASTERZ ASTROLOG. 



X. 



Minęło kilka tygodni, kiedy nowa wyprawa pod dowódz- 
twem Daniel-baszy, wywiodła nas w pole. Na ten raz nie było 
celem naszym stoczenie bitwy, stanowiliśmy bowiem oddziałek 
mały, złożony z sześćdziesięciu ludzi. Zdaje się, że zadaniem 
Daniel-Baszy było tylko zrobienie rekonesansu w okolicy Ger- 
ze-aułu. 

Prowadziliśmy żywot czysto gerylasowski , nocując pod go- 
łem niebem, zaopatrując się tam i owdzie w żywność, krążąc 
w rozmaitych kierunkach, bez nadstawienia wszakże czoła tro- 
piącemu nas nieprzyjacielowi. 

Pewnego razu ujrzeliśmy się nawet w potrzebie wykonania 
pochodu zajęczym gzygzakiem, w największym galopie , wśród 
częstego wracania się na też same ślady. Czyniliśmy ten ma- 
newr dla rzucenia blichtru Moskwie, jako też oczom wyjątko- 
wych plemion tatarskich, nie obudzających zaufania, które naj- 
częściej dostarczały szpiegów przeciw własnemu krajowi. 

Po zręcznym obrocie , stanęliśmy u stóp wysokiej i stromej 
góry, Baszumkuch zwanej. Wznosiła się ona dumnie, samotna, 
oddzielona od swych rówiennic, okryta gąszczem krzaków i 
drobnych strumyków podobnych do srebrnych prążek wijących 
się na zielonym aksamicie. Wierzchołek miała spłaszczony. 

Tajemnicza ścieszka, znana zaledwie dzikim kozom, śmia- 
łemu pasterzowi, tudzież Daniel-Baszy, kręciła się wężykiem po- 
śród krzewów, kolczystych zarośli i chwastów. Udaliśmy się po 
niej jeden za drugim; każdy prowadził za cugle swego nieod- 

GoRDOK, Kaukaz. 8 



114 



fitępnego przyjaciela — rumaka. Mój ki u lek sam za mną po- 
stępował i po nogach mnie lizał. . 

Góra na szczycie była zaklęsła, pokryta bujną trawą. Schro- 
nienie na niej zdawało się być wyborne. Rozstawiwszy więc 
straże w sposób niewidzialny dla nieprzyjaciół, i puściwszy na 
paszę spętanych towarzyszy, używaliśmy wywczasu ukryci bez- 
piecznie. Ognia tylko zabroniono nam niecić i nakazano spo- 
kojność zupełną. 

Pierwszy dzień i noc zeszły jako-tako. 

Nazajutrz, kiedy niektórzy z nas nieoględni zużyli zapasiki 
żywności, Basza, przewidując, że dłużej może jeszcze wypadnie 
]>ozo8tać na miejscu, założył komunistyczny magazyn z zebra- 
nych razem wiktuałów; a postawiwszy przy nim wartę, stóso- 
wnemi nas porcyami obdzielał. Tak upłynął dzień drugi. 

Luzując się na czatach, dostrzegliśmy przeciągającą Moskwę, 
lecz w siłach znacznych. Niepodobna było przedsiębrać wy 
cieczki. 

Trzeciej doby brakło nam pokarmu, a nawet i pragnienie 
dokuczać zaczęło, gdyż do zdroju znajdującego się niżej, nie 
njogliśmy ani koni prowadzić , ani sami się spuszczać bez zwró- 
cenia czujności wroga. 

Czwarta i piąta doba stały się nie na żarty rozpaczliwe. Po- 
tcjga atoli moralna Daniel-Baszy tyle wpływała na oddział, że 
nikt nic poważył się szemrać. Zresztą surowa kara za krną- 
brność, zwłaszcza w tak ciężkich okolicznościach, byłaby speł- 
nioną natychmiast. Na pochwałę jednak mych kolegów, wiara i 
zaufanie w męża, co, dzieląc znoje wspólne, brał ciężar odpo- 
wiedziahiości na własne sumienie, wlały ślepe poddanie się jego 
rozkazom. 

Szczaw i korzonki rosnące na górze , były ostatecznym na- 
szym chlebem powszednim. Zacność Lezginów godna jest 
uwielbienia , iż żaden nie chciał się ratować złamaniem przyka- 
zania Alkoranu, przez zabicie konia i pożywanie surowego 
mięsa. 

Wiemy atoli, że Tatarzy i Kirgizi pod tym względem wprost 
przeciwnie postępują. 

Siły moje coraz bardziej wątlały, a nocne zimno po dzien- 
nych upałach febryczny dreazcz we mnie rodziło. Powziąłem 



llf) 



przekonanie, że pierwszy padny ofiarą, głodowej śmierci. Cier- 
piąc wszakże duchowo- znosząc bóle cielesne, nie chcąc prze- 
mienić się w renegata, nie mogąc powrócić do ojczyzny, ani nie 
umiejąc zginąć na wojnie, z obojętnością oczekiwałem, rychło 
śmierć przetnie szarą, długą, nudną pszędzę mego istnienia. 

We śnie gorączkowym widziałem Libię pocieszającą mnie 
tkliwym acz smętnym uśmiechem. Fatyma niosła w dłoni pal- 
mę, a na głowie kosz winogron i moreli. I^ecz skoro wyciągną- 
łem rękę po nie, aby zaspokoić okropne cierpienie głodu i pra- 
gnienia, zgrzyt zębów rozbudził mnie, znikła ułuda, a ja, trzy- 
mając kamień, cisnąłem go konwulsyjnie do rozkrwawionej 
piersi. 

Opatrzność jednak nie dopuściła, abym zgasł na Kaukazie. 
Syna Polski przeznaczeniem było życie doczesne dla niej po- 
święcić. 

Nadeszła chwila, że wszyscy powstaliśmy, ocuceni nadzieją 
ocalenia. Moskale ustąpili z okolicy. Wycieńczeni, zstępowa- 
liśmy więc z góry, podobni do skieletów wiodących wychudłe 
szkapy za sobą. Człowiek pojedynczy nie przeniósłby może tak 
trudnej próby, lecz w towarzystwie szli wszyscy z równą wy- 
trwałością, zachęcając się i wspierając wzajemnie. 

Po częstych odpoczynkach, dow^lekliśmy się nareszcie do 
najbliższego aułu. 

Pokrzepiwszy się tam i wypocząwszy trochę, wiadomość o 
nadchodzącej znowu Moskwie popchnęła nas dalej. Krążyliśmy 
długo, zbliżając się czasami do brzegów Kaspijskiego morza, aż 
w końcu zabłądziliśmy do Dagestanu. 

Wszędzie w kraj niepodległy Moskwa wkraczała olbrzymim 
krokiem, jak niezwalczony fatalizm. Na miejscu najazdu wzno- 
siła twierdzę, której forty wysuwały się naprzód, z fortów 
występowały posterunki naprzód, z posterunków odwachy, a 
z odwachów maszerujący szyldwach na przedzie kordegardy!.. . 

Nastręcza się tu myśl, że ten, kto nagłym skokiem wystrztj- 
liwa naprzód, musi od razu się i cofnąć: — że kto zbyt wiel- 
naraz obejmuje, ten słabo ściska; — kto za dużo pożera, umiera 
na niestrawność. 

Rossya jest takim samym elementem zniszczenia, jakim byli 
Scytowie i Hunny, Rasa jasnowłosa powszystkie czasy była 

8* 



116 



ras% zwycięzką. Zdobycze rycerzy czamobrewych były zawsze 
krótkotrwałe. 

Ale niepodobna przypuścić, aby cesarstwo pokrywające obe- 
cnie siódmą część globu , mogło być zawsze sterowane ręką je- 
dnego samowładcy. « 

Jeśli ręka ta będzie twarda, to się skruszy od zbytniego cię- 
żaru; jeśli giętka, to się roztworzy. W każdym razie, wcześniej 
czy później musi ona wypuścić łup co tak zawzięcie dotąd 
trzyma. 

Daniel-Basza z rozmaitych punktów posyłał raporta do Sza- 
mylą. Zostawiwszy przy sobie trzydziestu konnych , resztę nas 
wydalił, po kilku, do różnych aułów z poleceniem oczekiwania 
tam na dalsze rozkazy i zachowania przyjacielskich stosunków 
z mieszkańcami. 

W skutek tego , kilka dni spędziłem u pewnej rodziny czer- 
kieskiej. Mój wierny ki u lek przyszedł do sił i uczuliśmy się 
zdolni obadwa do nowych zawodów. 

Dowiedziawszy się, iż nieprzewidzianym losem znajduję się 
blisko Lezgitanu ; odbywając z dnia na dzień podróże od wsi do 
wsi, z propagandą szamylowską, przypadkowo ujrzałem się 
w dobrze mi znajomej okolicy. Dziesięć tylko godzin drogi od- 
dzielało mnie od domu Abbasa. Tysiące wspomnień cisnęło sig 
do duszy. 

Widzieć przed sobą to czego się tak pragnie, ale widzieć 
z daleka, oczyma jeno wyobraźni, jest męczarnią. Urzeczy- 
wistnienie zaś gorących życzeń serca oddaliłoby mnie było za 
bardzo od strony, gdzie powinien byłem zostawać. Poczucie 
obowiązku nie dozwalało przestąpienia prawa, którebym głową 
okupić był musiał. 

Zatrzymałem się w domu jednego z krewnych Abbasa, a 
ztamtąd przez starą kobietę udającą się w sąsiedztwo mego da- 
wnego opiekuna, doniosłem Libii o sobie. 

Oczekiwanie odpowiedzi tak pożądanej, której otrzymanie 
podlegało wielu trudnościom, wprawiło mnie w stan zamyślenia. 
Wałęsałem się samotnie po górach; wywoływałem jej imię; 
wsłuchiwałem się, jak echo coraz ciszej, roznosiło je po skałach. 
Staruszka nie powracała, a niepewność i mnóstwo złowróżbych 
przypuszczeń niepokoiły mnie. 



117 



Zstępując raz z wyżyny, z oczyma zwróconemi na porywa- 
jące, choć nieobce mi obrazy, cudownie pięknej natury, z myślą 
o przedmiocie mych uczuć, zapuściłem się w las , szedłem nim 
długo bez celu, dopóki się nie zabłąkałem. Melancholia je- 
sieni, te listki opadające z wolna ... wszystko usposobiało do 
marzeń. 

Znając położenie kraju, umiejąc jak rodowity Lezgin ze 
kształtu i kory drzew rozeznawać, gdzie jest północ a gdzie po- 
łudnie, w nocy zaś kierować się po gwiazdach , zdawało mi się, 
że nie potrzebowałem rozpatrywać się podczas przechadzki. 
Lecz czyja myśl błądzi w krainie bujnej wyobraźni młodzień- 
czej , temu wszystko się na przekór dzieje , i żadna wiedza ani 
drogoskazy nie są dla niego dostateczną skazówką. 

Gdyby nie spotkanie starego poczciwego czopana, byłbym i 
głodny, byłbym był może i nie zupełnie bezpieczny w miejscach, 
gdzie o dzikie zwierzęta i jadowite gady nie trudno. 

Zasiadłem przy jego ognisku, a staruszek nie tylko nie przy- 
jął zapłaty za baranka, któregośmy w części spożyli, lecz nadto 
uprzyjemniał mi chwile oryginalnemi swemi gawędami. 

((Znałem ja dużo derwiszów — rzecze — byłem raz w życiu 
w mieście, nasłuchałem się wielu opowiadań i odkryłem wiele 
prawd mądrości ludzkiej. 

« Przywykły do samotności, nie znam nudy ani tęsknoty. 
W dzień pasąc trzody, chodując je, mara dosyć zajęcia; zbiera- 
nie zaś ziół, z których własnościami obznajmiło mnie wieloletnie 
doświadczenie, jest najprzyjemniejszą mą rozrywką. 

(( Derwisze nawidzają mnie czasem. Dostarczam im lekarstw, 
w które sam wtajemniczony nie zdołałbym bezpośrednio stać 
się niemi użytecznym ludzkości. 

((Chwytając niedołężną ale żądłem śmiertelnem opatrzoną 
giurs-zę, zwinną elbę, i inne rodzaje illanów, nie obawiam 
się ich złości, umiejąc zabezpieczać się od niej. 

«Psy moje w nocy strzegąc gromady od napaści wilków, wy- 
ręczają mnie , zostawiając czas do słodkich dumań. 

((Jakaż to wielka i majestatyczna owa księga niebieska, 
która w chwili spoczynku i obojętności robaczków ziemskich, 
roztwiera się szeroko nad czołem badającego czopana!? ... 

«Miryady brylantowych głosek rozsiane na wspaniałych jej 



118 



kartach, uczj^ mnie głębokich prawd dostępnych jeno ge« 
niuszom. 

((Przelatujące światła, są to znaki jestestw tych, które do- 
pełniają zakresu przeznaczonego im przez Boga. Patrz! czy wi- 
dzisz tara, na północy, te pięć gwiazd, co się nigdy nie ruszają? 
Podług nich rozpoznaję zmieniające się położenia innych gwiaz- 
deczek. Znaki niebiańskie, płomienie już to jaskrawsze już 
bladsze ostrzegają o wypadkach, o których Wszechmocny 
uprzedza człowieka; trzeba wszakże znać język tych słone- 
cznych hieroglifów, ażeby w nim czytać. 

((O! przyroda wynagradza szczodrze życiem swobodnem 
tego , co ją umiłował. Rzadko mam do czynienia z ludźmi, i 
dla tego wolnyjestem od licznych trosk, od których społeczność 
uchronić się nie potrafi. Oddycham zawsze jednem usposobie- 
niem miłości Twórcy i zachwycam się nad jego dziełami. • 

«Nie psuję pracy mrówkom, nie wyłupuję zasobów uzbiera- 
nych słodyczy skrzętnym pszczółkom, każdy owadek zostawiam 
w pokoju, jeżeli nie zagraża mnie lub bliźniemu wyrządzeniem 
złego. Poglądam z uciechą na rozwijające się latorośle, z któ- 
rych nie jedne doszły już za mej pamięci do znacznych rozmia- 
rów — i szczepię drzewka w nadziei, że mnie przeżyją. 

"Czyż, jak balsamiczny zapach ziół wonnych i puszystych 
kwiatów, luby świegot ptastwa ze zbudzeniem się błogosławio- 
nej jutrzenki — czyż pytam, znajdę te urocze skarby w suchych, 
cuchnących murach miasta V» ... 

Staruszek przerwał gawędę, dorzucił drewek na ogień, a 
zwróciwszy się ku mnie, rzekł : 

((Widzę, bracie Lezginie, że mnie pojmujesz; lecz jak na ry- 
cerza smutno nii coś wyglądasz. Odgaduję powód twego cier- 
pienia, nie chcę draśnięciem rany przyczyniać ci boleści — lecz, 
jeźli pozwolisz, za pomocą pewnego ziela, sprawię ci choć ulgę, 
gdyż choroby moralnej nie łatwo wyleczyć. Zresztą, mój ko- 
chany, na tym dziwnym świecie częstokroć przedmiot, którym 
zwyczajny śmiertelnik zdaje się być na pozór zmęczony, stanowi 
całe jego szczęście. Sam to najlepiej poznasz..." 

TutHJ mój czopan, otrzymawszy ode mnie westchnienie za- 
miast odpowiedzi, ujął mnie za ramię, kazał powstać i obrócić 
się twarzą ku wschodowi. W tej postawie polecił być niewzru- 



1U» 



3zenie i natężać myśl jedynie w przedmiot, co mnie najwięcej 
zajmował. 

Potem zerwał się pod wpływem szczególnego natchnienia, 
począł zataczać pastuszym kijem łuki, koła, i jakieś figury ka- 
balistyczne. Następnie wyszukawszy znanego sobie zasuszonego 
liścia, zemlił je między dwoma kamieniami na proszek, natarł 
mi nim skronią i dłonie, a skutek się objawił. 

Uczułem lekkie wstrząśnienie w całem organizmie, powoli 
traciłem przytomność i zasnąłem. 



XL 

SEN MAGNETYCZNY. NA RAZ DWIE 
KOCHANKI. WALKA SIŁACZY. 



XI. 



\J jakże błogo marzyłem ! . . . 

Ubiegłe pi*zygody życia topiły się na tle najfantastyczniej- 
szej dekoracyi. Zdało mi się, że jasnowidzenie było na jawie, że 
na pół senny pragnąłem nie ocknąć się na zawsze. 

Parła mnie niewidzialna siła ; szybkie poloty unosiły gdzieś 
nad poziomem — leciałem w przestrzeń, na której słońce i 
gwiazdy gasły — a chmury żeglowały za mną, jak smutki za 
tułaczem. 

To znowu z wysokości spadałem ku ziemi, i czułem, że 
skoro się nią skalam, skończy się marzenie, — martwe me 
zwłoki włożą do trumny, w którą Libia i Fatyma pochylone 
wpatrywać się będą. 

Wtedy wstrząsnąłem się sprężyście, i w inny leciałem prze- 
stwór, z taką lekkością, z tak miłą swobodą, jakby duch mój 
wyzwolił się całkiem z doczesnej skorupy. 

Pędząc nad pieczarami, przepaściami, szczytami gór niebo- 
tycznych, zwyciężając żywioły i przeszkody, ujrzałem się nagle 
w komnacie przybranych sióstr moich. 

Nic się tam na pozór nie zmieniło. Siostry spoczywały tylko 
na jednem łożu pogrążone we śnie. Też same co i dawniej blu- 
szcze rozpinały się na ścianach. Zefir uchylił okienko, wionął 
firanką, wpadł do komnaty, dmuchnął, zaszeleścił liściem, i pie- 
ścif się zalotnie rozplotami warkoczy dziewiczych. 

Zimny jego pocałunek, ziębiąc łono Fatymy, ocucił ją 
z uśpienia. Usiadłszy na łóżku, prześlicznemi rączkami odgar- 



124 



niała włosy co jej na twarz spadały. Zadrżała nieboga od 
chłodu, oczyma w pół zmrużone mi spojrzała na Libię, otuliła ją 
kotarą, i zstąpiła bosemi nóżkami z pościeli, aby wygonić 
Zefira. 

Tylko matka piękności, estetyczna fantazya, w niedokończo- 
nych zarysach może stworzyć podobieństwo uroczego obrazu, 
na który patrzyłem. 

Skrzypnęło okienko , — natrętny Zefir zmuszony był lecieć 
do swych zwiędłych kwiatków i trawek; — kołysał je chwilę, 
nareście rozgniewany zmarszczył zwierciadlaną płaszczyznę 
wody i utopił się z rozpaczy. 

Fatyma powróciła na łoże, głucho westchnęła, sięgnęła pod 
poduszkę, dobyła krzyżyk i medalik z Częstochowy. Ściskała 
łkając tę drogą pamiątkę daną Libii. « O biedna, kochana sio- 
stro! — szeptała — śpij słodko, słodko spoczywaj; o! nie do- 
myślaj się mych uczuć dla Jusufa, o których on sam nie wie. 
Czyż do twoich bólów brakuje nadmiaru zazdrości? Boże! cze- 
muż ja nie mogę umrzeć?)) ... 

Piersi jej śnieżne wzdęły się gwałtownie, spieczone usta wy- 
dawały gorące tchnienie. Głowa ujęta w dłonie dopełniała po- 
sągu rozpaczy upadającego pod ciężarem nieszczęścia, walki 
tajemnej, miłości tłumionej , której ciągle z tryumfem anielskiej 
cierpliwości znosić nie była w stanie. Te oczy wyraziste, wielkie, 
jak szafiry, ocienione ciemną rzęsą, wylewając łez strumienie, 
czyniły jej postać stokroć piękniejszą niż wszystkie podparte 
Magdaleny. 

Płakała jeszcze czas jakiś , coraz to ciszej , słabiej , wolniej, 
aż rączęta obwisły, osunęła się głowa pod brzemieniem tęsknych 
mrzonek i utonęła w miękkiej pościeli. 

Taką była owa obojętna niegdyś dla mnie Fatyma! 

Libia zaś spała snem tkliwego dziecięcia, co zmęczone kwi- 
leniem zapomina o troskach w czasie lubego spoczynku. 

Nastąpiła zmiana w mojem widzeniu. 

Ta sama moc niewidzialna, co mnie zaniosła na drogę nie- 
spodziewanego odkrycia, porwi^a mnie na nowo. Usiłowałem 
się jej wydrzeć, ałe niepodobna było ! Pędziłem po lodowatych 
skałach, tarzałem się we wrzącym piasku gdzieś — na pustyni; 
wdrapywałem się na obeliski na cmentarzu Egipcyan ; krążyłem 



125 

w wilgotnych obłokach, pioruny krzyżowały się nade mną. To 
znowu szumiąc wśród zeschłej trzciny, pobiegłem- czarodziej- 
skim cugiem nad rozhukany Ocean. Widziałem dziwolągi i 
ptaki morskie, co. na pryskających i spienionych bałwanach 
chwytały ukazujące się ryby i ze zdobyczą ulatały. 

Nagle uniesiony po nad dziewicze lasy Ameryki, wtajemni- 
czałem się w dzieje i prawa natury, w miejscach, gdzie ręka 
człowieka władzy swej jeszcze nie rozpostarła. Rozglądałem 
walki zwierząt, przemoc panującą nad słabością, chytrość i 
podstęp nad nieudolnością, rozum nad brakiem zmyślnosci. 
Tak nikczemny robak połknąwszy dopiero jakieś żyjątko mi- 
kroskopowe, z kolei zostaje ściśnięty strasznym dziobem no- 
cnego korwina, który pada pod szponami drapieżnego puhacza. 

Zaledwie noc się skończyła, inne następowały' sceny, a każda 
była napiętnowana dwiema ostatecznosciami : śmierci i odro- 
dzenia. 

Jaki ma zaki'es dziedzina ducha w przyrodzie , nie mogłem 
zbadać. Poznałem tylko, że ze wszystkiem, co istnieje i czuje, 
zostaję w bliższem lub dalszem powinowactwie. 

Zarozumiałość ludzka myli sję, twierdząc, że świat organi- 
czny wyłącznie jest obdarzony własnością życia. Przymioty 
kruszców nawet przeświadczają nas, iż musiały i one mieć po- 
czątek, wzrost i rozwój, choć są pierwiastkami zwane, i przeko- 
nywają o ich życiu i czułości. 

Z połączonych skutków walk ustawicznych doskonalą się 
dzieła stworzenia. 

— A cóż ? czy dobrze spałeś ? — zapytał mnie magnetyzer 
kaukazki — Jeżeli wcieliłem cię do pewnych tajemnic, uczyni- 
łem to z miłości bliźniego. Miłuj naturę, a ukochasz Boga i 
nauczysz się wyrozumiałości. 



Powróciwszy na kwaterę, znalazłem odpowiedź na mój list. 
Mustafa uprzedził mnie o swem mającem nastąpić przybyciu 
wraz z ciotką i dwiema siostrami, Fatymą i Libią. 



126 



Lezginki odbywają, wycieczki nie w powozach jak nasze 
damy, którjrm podróżne dormeuzy są niezbędne. Góralki po- 
deszłego wieku jeżdżą na osiełkach, a młodsze konno. 

Ilekroć tedy razy tuman kurzawy w oddaleniu zwiastował 
podróżną kalwakatę, serce mi biło w oczekiwaniu drogich osób. 
Nie przybywały atoli, a różne sprzeczne domysły wstrząsały 
mną na przemiany. Człowiek, wyglądając ziszczenia nadziei, 
zasmuca się i cieszy jak dziecko, jakieś domysły i kombinacje 
roi, jak gdyby one mogły przyspieszyć spełnienie jego żądań. 

Atoli pewnego poranku oczy mnie nie zawiodły — ujrzałem 
upragnionych gości. 

Z razu poskoczyłem na ich spotkanie — lecz nie ! — jakiś 
dziwny głos wewnętrzny nakazywał mi uciekać ztamtąd , schro- 
nić się w najgłębsze ustronie, nie widzieć ich nigdy... 

Przeklęta chwila nieszczęsnego żywota ! — krzyknąłem mi- 
mowolnie — co mi każe walkę popędu serca z przeznaczeniem 
powołania, z poczuciem obowiązku staczać... 

Nie miałem komu się zwierzyć, chaos myśli uginał mnie, tra- 
pił , tłoczył ku ziemi , na której uglądałem otchłani — lecz i ta 
mi nie wystarczała. 

Czyż ochydna śmierć moja mogła stać się tem koniecznem 
dopełnieniem, któremu rozum podołać nie zdołał, nie umiejąc 
pogodzić przeciwności tak dziwacznych? 

Libię kochałem nad życie; — Fatymie wszakże należała się 
jeszcze większa w^zajemność, cześć, uwielbienie. 

Obiedwie zajechały już w gościnę, gdy błądziłem po ogro- 
dzie w stanie godnym politowania. Aliści nadbiega znany mi 
goniec z poleceniem Daniel-Baszy, abym stawił się jak naj- 
rychlej w obec niego. Zdumieni goście mem nagłem zniknię- 
ciem, dopytują gdzie jestem? czynią w ogrodzie poszukiwania, 
słyszę wołające mnie po imieniu głosy, a z tych dwa, jak dwie 
iskry elektryczne, wpadły w słabe oh ! tak słabe serce moje. 

Trudno jest wyrazić owego drgnięcia, którem cię przeszywa 
dźwięk najmilszy, znajomy, magnetyczny, upragniony, a któ- 
rego unikasz, lękasz się, nie możesz, nie powinieneś słuchać ... 
który chcesz gwałtem wydrzeć sobie z duszy, zapomnieć! ... 

Stanąłem na koniec w roztargnieniu obok przybyłego gońca, 
towarzysza broni, w obec rodziny Abbasa. Fatyma była drżąca. 



127 



Libia zdawała mi się być zawsze taż sama. Obiedwie miały za- 
słony na licach. Nie tracąc czasu, posłuszny srogiemn rozka- 
zowi , podziękowałem gospodarstwu za gościnność. Nie śmieli 
mnie zatrzymać, gdyż Czerkiesi znaj%, co to znaczy rozkaz? 
Przycisnąłem w objęciach po przyjacielsku Mustafę, skłoniłem 
się ze złożonemi na krzyż rękoma staruszcze ciotce, a otrzyma- 
wszy od niej błogosławieństwo, pożegnałem dziewice wyrazem 
«do widzenia)) bez nadziei zobaczenia ich kiedykolwiek. 

I puściłem się w drogę jak strzała , nie uważając na nic co 
mnie otaczało, nie widząc nic, nie słysząc nic. Chaos był w mej 
głowie. 

Pędziłem z powrotem a — kiulek mój, jak gdyby czuł pie- 
kło, co mnie parło, zżymał się, potrząsał grzywą i przyspieszał 
biegu. Sadziłem przez płoty, bryły, jak cień zaklętego rycerza 
na okulbaczonym lucyperze. 

Bieg mi ten był jeszcze za powolny, wiatr nie dosyć przeci- 
wny, droga nie dość kamienista, towarzysz nie dosyć gniewny, 
któremu, o przyczynę raptownego pędzenia draśnięty, ucińkowo, 
dośliwie, obrażająco odpowiadałem. 

Wymyślałem niepojęte słowa, bluźniłem, złorzeczyłem wszy- 
stkiemu , byłem wściekły, byłem szalony. 

Precz z żalem niemęzkim ! Choć cierpień tyle tysięcy sypało 
fatum na mą duszę, na me ciało, ja wołałem: jeszcze więcej ! 
jeszcze więcej! ... 



Znowu mury Keremzeaułu, powitanie kdlegów i nowa wy- 
prawa z Szamylem. 

— Wiesz co Jusufie? — mówili do mnie. 

— Nic nie wiem . . . 

— Dziś będziemy mieli widowisko, walki pelwanów (siła- 
czy) — chodź ! zobaczymy, czy nasz dzielny Isa pokona sławnego 
przybylca z Teheranu ? 

Pelwany czy nie pelwany, szatani czy opętańcy, wszystko 
dla mnie jedno! Potrzebowałem roztargnienia, za jakąby nie 
było cenę; potrzebowałem zagłuszającej rozrywki; szedłem 
więc na igrzyska z szałem pewnego rodzaju rozpaczy, którą sili- 
łem się przezwyciężyć. 



128 



Cziahyr (wódka lub wino) jest u Czerkiesów synonimem 
diabła. Ale ów asmodeusz był mi niezbędny, konieczny jak tm- 
cizna, odczynnik drugiej trucizny. Tak dusza, znękana szarpa- 
niem wewnętrznem, serce ściśnięte, toczone ścierającemi się 
ostatecznościami , co jak upiory je dręczę i krew z niego wysy- 
sają, upada nakoniec, szuka gorzkiej zabawy w kielichu, aby 
odurzyć się i usnąć choń na chwilę , nie mogąc na wieki. 

Wychyliłem skórzaną torebkę cziahyr u. Przyjaciel G... 
postrzegłszy mnie rozmarzonego, ujął pod ramię, pocieszał, i 
zawrócił na ustronie, gdzie sen wytrzeźwił mnie i przyniósł 
nieco ulgi. Zjadłszy kilka aromatycznych owoców, oswobodzi- 
łem się ze znaków pijaństwa i poczułem wstręt ku niemu. 
Głowa mi ciężyła, bolała, z tem wszystkiem udałem się na wi- 
dowisko, będące oryginalnością Wschodu. 

Na placu broni wznosiło się podwyższenie z tarcic, z lożami 
urządzonemi dla kobiet, ozdobionemi draperyą z perskich ko- 
bierców. W jednej z nich zasiadły żony Szamyla, w drugiej 
Opaczyńskiego. 

Kasz pelwan, chluba okolicy, był wzrostu średniego. Po- 
mimo uwydatnionych muskułów, przypominających Herkulesa, 
członki jego ciała odznaczały się szczególną proporcyonalno- 
ścią; a gibkość, lekkość i zwinność dodawały powabu męzkiej 
postaci. 

Przeciwnik jego z Teheranu wystąpił groźny wzrostem i 
sławą nabytą. Na twarzy ostatniego malowała się zarozumisJość 
i duma w obec zapaśnika, na którego zdawał się z politowaniem 
spoglądać. 

Dwa stronnictwa za i przeciw natychmiast się utworzyły, 
i poczyniono zakłady na korzyść walczących. 

Potem na środku placu ukazał się siwy staruszek , pierwszy 
z przybocznych dworskich Szamyla, a obwoławszy widzom 
imiona pelwanów, dał hasło do zapasów. 

Przeciwnicy powitawszy się wzajemnie, obnażeni jak gladya- 
torowie rzymscy, rzucili się zamaszyście na siebie. Siłacz z Te- 
heranu kilkakrotnie uniósł w powietrze Isę, lecz napróżno uąiło- 
wał powalić go na ziemię. Isa, jak kot spychany z wysokości, 
padał zawsze na nogi. Powodzenie obydwóch długo było nie- 
pewne. Różnie różni wróżyli. Nareszcie Isa, odetchnąwszy 



129 

trochę, upatrzywszy sposobność, zachwiał i powalił z taką mocą 
pysznego atłet§ , że krew gębą i nosem mu pociekła. Isę ma się 
rozumieć ogłoszono zwycięzcą. 

Pelwani mają swoje oddzielne prawa i przywileje. Sława 
pelwana uzacnia stanowisko rodziny, do której należy. Pobity 
utracą one przywileje w miejscu, gdzie go upokorzenie dosię- 
gło, i zwykle takich feralnych miejsc na przyszłość unika. 

Celem moralnym i politycznym Czerkiesów jest podnosić do 
stopnia zasługi i zaszczytu łudzi celujących w szermierce, a 
młódź z zapałem ćwiczy się u nich w gimnastyce. 



GoRDOH, Kaukaz. 



XII. 



DERWISZE. MOJE ODZNACZENIE 8Ę. 



9* 



XII. 



(Jto druga strona tej powieści wschodniej. 

Po walce pelwanów wystąpili w długie przyodziani szaty, 
z poważnemi brodami, bladzi derwisze. 

Obniesiono publiczności miedzianą miseczkę, każdy w nią 
rzucił brzęczącą monetę. 

Derwisze pojedynczo podróżujący, skutkiem opowiadania 
ciekawości , zyskują poważanie i korzyści pieniężne u narodów 
wschodnich. Lecz zdarza się, że dwóch derwiszów z różnych 
stron przybyłych się spotyka i następuje pomiędzy nimi spór 
nader pocieszny. Sąd wydaje opinia publiczna. Na czyją stronę 
zapada wyrok pierwszeństwa, ten otrzymuje nagrodę obok po- 
chwał i pochlebnych okrzyków. 

Pokonany derwisz musi spiesznie uchodzić z miejsca, unika- 
jąc śmieszności, złośliwości, a często i niebezpieczeństwa bycia 
poszturchanym. 

«Ja jestem derwisz z derwiszów I » — wołał pierwszy — 
"Ród mój w starożytności był odroślą królewskiego tronu, zgłę- 
biłem wszystkie nauki — zwiedziłem zamorskie kraje, zyskałem 
szacunek i uwielbienie nietylko bogaczów, możnych, książąt i 
duchownych, lecz nadto monarchowie przypuszczają mnie do 
swego towarzystwa i zaufania. 

u Dawne szczątki znakomitości mego rodu, jeden z moich 
podniósł świeżo do nowej sławy przez zaślubienie księżniczki 
arabskiej . . . 

a buchajcie mnie obecni tu w ogóle i każdy po szczególe 1 



134 

((Głos mój jest oparty na sławie, wielkości, rozumie. Eto 
mi nie wierzy, jest źŁyza muzułmaninem — kto mi zaprzeczy 
lub nie uszanuje wieczystych słów moich, będzie brutalem i 
głupim. Ci, co mnie usłuchają, dowiedzą się wielkich rzeczy, o 
których mało kto miał wyobrażenie, ci zaś, co dorzucą jeszcze 
coś do tej miseczki, zjednają sobie imię porządnych ludzi! ... 

((Wędrowałem ja wiele po szerokim świecie — byłem nawet 
między wielkoludami! — wszędzie mam zwolenników — wi- 
działem Paryż, Rzym, Stambuł i inne stolice — zbadałem oby- 
czaje różnych ludów; — a co tylko mądrość moja za stosowne 
uzna, to wam do wiadomości podam... dla dobra waszego! 

((Zapiszcie sobie dzień dzisiejszy jako szczęśliwy dla was, że 
tu przypadkowo jestem, i nie traćcie z uwagi tego, co wam dalej 
powiem : 

(( Rozmaici są mocarze ziemszy, za górami i wodami. 

((W jednym kraju rezyduje Sułtanka, która ma wielu do- 
radców i wezyrów. Z tych naczelny bardzo wiele lat żyje i cho- 
ciaż tak stary, rozumem nikomu wyprzedzić się nie da ; a z ży- 
dem, co ogromne skarby posiada, oszukują wszystkich. 

«0n to mi mówił, żeby wam oznajmić, iż o was wie, pa- 
mięta i usługi wam wyświadczy, skoro tylko mnie usłuchacie , i 
rozumie się, dobrze wynagrodzicie. 

((Inny jest pogański Paddi-szach, przed którym drżą królo- 
wie. Wystawcie sobie, on berła rozdaje; o co się jeden z obda- 
rzonych ze swoim bratem pobił. 

((Ten wielki mocarz zo^ie mnie przyjacielem swoim, po- 
wiernikiem , u niego najwięcej doznałem względów i protekcyi. 
On na moje żądanie wojska wystawi i wojnę będzie prowadził. 
Zanotujcie sobie me wyrazy. Tylko poczekajcie, a przekonacie 
się — cierpliwości, trochę cierpliwości! ... Dla czego nie po- 
czekać , kiedy kto dobrze radzi ? . . . 

((Jest jeszcze jeden, który się złączył z innymi i chcą świat 
zawojować. Chociaż to są rabusie, ale mają tak obszerne pań- 
stwa i posiadłości, że wobec nich najlepiej jest cicho się spra- 
wiać, bo ci panowie nie lubią hardości. Owszem, trzeba im od- 
dać hołd i posłuszeństwo. U nich kto tylko nie jest dziwakiem, 
uprzedzonym i ograniczonym na umyśle, może znaczny majątek 
zrobić i żyć jako tako. Ludy, co przeciw nim same powstają, 



135 

upadają i mamie giną. Oni tych, co im wiernie służą, sowicie 
nagradzają. Przeciwko nim fiie radzę teraz wojować, a korzy- 
stniej zdać się na łaskę; kto pierwszy będzie, ten lepszy, i wię- 
cej zarobi ...» 

((Łżesz najszkaradniej ! » — przerwał dragi derwisz — a 
zmierzywszy wzrokiem przeciwnika, obrócił się do zgromadze- 
nia i zaczął namiętnie deklamować: 

«Goś ty mi za derwisz? co prawisz o krajach zgangrenowa- 
nych i do zdrady namawiasz! 

«Wiem dobrze, kto był twój ojciec. Nie żaden książę, jak 
głosisz, lecz syn nieprawy Urusa ! 

((Podbudzasz współbraci moich, aby biegli poddawać się 
obcym mocarzom ; każesz rachować na pomoc jakiegoś sułtana, 
któren to dał sprzymierzeńcowi , co wydarł bliźniemu , a czego 
dla siebie be% strachu zatrzymać nie mógł. Śliczna mi hoj- 
ność ! . . . Wynosisz się sam nad drugich, ale ciebie chrząszczyku 
dziś nikt nie wyniesie. Upadniesz, jak ów pieniądz z fałszywym 
dźwiękiem, którym ludzie poczciwi gardzą i nikt z przecho- 
dniów po niego się nie schyli.. . 

«Ja zwiastuję wam rodacy ważniejsze rzeczy. Posłuchajcie: 

(c Widziałem mędrca i proroka. 

c(Ten mnie do was przysyła, aby wam objawić, że człowiek, 
którego tu przed sobą widzicie, który do was teraz przemawiał, 
co się wieszczem, derwiszem zowie, jest podstępnym szal- 
bierzem. 

((Mędrzec i prorok kazał wam objawić, że będą obfite uro- 
dzaje, choć nastąpi trzęsienie ziemi; — że powietrze złe nas nie 
porazi; — a w końcu, że Kaukaz od krańca do krańca wol- 
nym i swobodnym będzie! 

((Lecz pamiętajcie wszyscy napisać do przyjaciół i znajo- 
mych zachęcając ich, aby pracowali, nie nadstawiali ucha 
zgubnym podszeptom i wróżbom; aby chodzili do meczetów, 
cierpliwie czekali przyszłości w imię Ałłaha, i byli zawsze w po- 
gotowiu na rozkazy Szamyla.» 



136 

Nazajutrz, skoro zabłysła ranna zorza, Szamyl znowu pro- 
wadził nas na wojnę. T% raz% kilka tysięcy rycerzy wyległo 
w pole. 

Jakie były plany i zamiary naczelnego wodza, trudno było 
przeniknąć. Oddziały rozeszły się w rozlicznych kierunkach. 
Po kilku dniach koczowania stanąłem z jazdą dowodzoną przez 
Szamyla pośród Czeczenii , gdzie wydarzył się następujący wy- 
padek : 

Zaledwie zaczęliśmy popasać, znaki wedet naszych ostrzegły 
o nadchodzącej Moskwie. Dano znać, źe siły jej były za nadto 
przeważne , abyśmy mogli ostać się na placu. Opuściliśmy więc 
niebezpieczne stanowisko. 

Pospiech w odwrocie był nagły, nie wszyscy zdążyli zabrać 
nawet swoje manatki. 

Ubiegłszy ze trzy wiorsty, zdołaliśmy sformować się w szyk 
bojowy, zawsze jednak cofając się w porządku. 

W tem Szamyl zapytał przybocznego oficera o papiery szta- 
bowe, i dopiero postrzeżono z przerażeniem, źe zapomniano je 
w domu, gdzie wódz kwaterował. 

— Na ochotnika! — zawołano. 

Wyskoczyłem naj pierwszy. 

Objaśniony, gdzie się znajdują owe ważne dokumenta, pę- 
dem udałem się do obielonego aułu , uszczęśliwiony ze zdarzo- 
nej sposobności... 

Wpadłem tam jak szalony, jednocześnie z kozakami czamo- 
morskiemi, którzy już rozbiegli się po domach, szukając nas. 

Ze zwyczaju, czy z potrzeby, stałem się obojętnym na śmierć, 
której w początkach mego przybycia na Kaukaz tak się oba- 
wiałem ! . . , 

Zatrzymawszy się przed eks-rezydencyą Szamyla, ubrany 
podobnie do kozaków, w zamieszaniu zdołałem przesunąć się 
między nimi, wpaść do mieszkania, pochwycić ze stołu blaszana 
puszkę z papierami, wybiedz z nią do bramy i wskoczyć na 
k i u 1 e k a. 

W pierwszej chwili Moskale nie poznali mnie i może osądzili 
za miejscowego lub do nich należącego; gdym jednak zaczął 
się wymykać jak zając z pomiędzy chartów, kilka strzałów padło 
za mną i kilku konnych puściło się w pogoń. 



137 

Źle ze ma%, myślę sobie; lecz gdy się ujrzałem na drodze, 
jakoś począłem, że mi nic nie zrobią. W rzeczy samej , kozacy 
na swych szkapach straciwszy nadzieję dognania mnie, za¥nrócili 
się nazad. 

Atoli jeden z nich uparty, na wrony m rumaku, nie zaprzestał 
ścigania. Zauważyłem, że musi mieć rączego bieguna turko- 
mańskiego, bo coraz bardziej ku mnie się zbliżał. ]Nie tracąc 
przytomności, popychałem naprzód kiuleka za pomocą bodź- 
ców umieszczonych przy strzemionach. 

Gdy obejrzałem się, kozak tuż za mną! już celował z pisto- 
letu... Migiem przewinąłem się pod siodło, dwie kulki świ- 
snęły. 

Teraz — pomyślałem — jeszcze nie zginąłem. Zaczem wróg 
zdąży włożyć naboje, zawrócę raptem i zmierzę się z nim na 
pałasze... Któż mnie jednak zaręczy, że siła dojrzałego męż- 
czyzny nie łączy i zręczności wyrównywaj ącej mojej? Trzeba 
jeszcze uciekać . . . 

Draśnięciem w szyję skaleczywszy zmordowanego kiuleka 
co już bokami robił, resztki sił wydobyłem z niego. Uniósł 
mnie jak z procy na wzgórze, z którego wypadło się spuszczać 
po nadzwyczaj przykrej spadzi stości. 

Wygrałem! 

Koń czerkieski na takiej tylko drodze jest niepokonany. 
Więc przysiadłszy mu krzyżów, zsunąłem się z nim na dół. 
Ktoby z cudzoziemców to był widział, wziąłby mnie był za wi- 
dziadło fantasmagoryczne. 

Nie tracąc drogiego czasu, zeskoczyłem z chwiejącego się 
już kiuleka, schowałem go w krzakach, sam zaś przyklękną- 
łem , odwiodłem gwintówkę i sparłszy ją na pieńku , czyhałem 
na kozunia. 

Nie długo dał na się czekać. Niebawem ukazał się na szczy- 
cie góry, wspięty na strzemionach upatrując, gdzie mogłem mu 
się podzieć ? Dopuściłem go na sto dwadzieścia kroków, i wy- 
paliłem ! 

Drgnięcie jego gwałtowne okazało, że go kulka dosięgła. 
Wypuścił cugle i wsparł się rękoma na grzywie. Zwierz nie 
czując hamulca uczynił skok, wtedy trup stracił równowagę i 
stoczył się na ziemię. 



138 



Przywiązany czworonogi zatrzymał się obok swego pana i 
opuściwszy łeb wąchał martwe jego członki. 

Podbiegłem, zobaczyłem ranę, kozak ugodzony został w serce, 
ani ziewnął. 

Zabrałem pistolety, ładownicę, szlify i kindźał — jeden z tych 
kindżałów, co mają pochwy z jaszczuru w srebrne arabeski, rę- 
kojeść ze słoniowej kości wysadzaną turkusami, a których war- 
tość szacują na Kaukazie: cztery konie i dwie niewolnice. 

Trupa nie zabrałem, ani też trzosu, co miał na sobie. Zosta- 
wiłem pieniądze na pogrzeb, który zapewne koledzy później mu 
wyprawili. 

Siadłem na zdobytego źrebca, dałem mu piętą pobudkę; po- 
znał, z kim ma do czynienia, był zmuszony opuścić nieboszczyka 
i zaciągnąć się do nowej służby. 

Lecz inny kłopot! Mój poczciwy ki u lek biegący luzem rzu- 
cił się na nieznajomego i zacz^y się wspinać i kąsać między 
sobą. Zaledwie byłem w stanie dać sobie z nimi radę przy po- 
mocy kańczuga. 

Dopiero w nocy szczęśliwym trafem dopędziłem oddział 
Szamyla. 

Stanąłem przed wodzem — wręczyłem mu papiery. Eiwn^ 
tylko głową, ja zaś udałem się na właściwe stanowisko. 

Jeden z Baszów przystąpił do mnie, złożyłem mu szlify z za- 
bitego oficera i pistolety takoż. Konia zaś z całym rzędem i 
siodłem byłbym zatrzymał dla siebie, lecz znacznie roślejszy od 
mego, nie był mi dogodny — zresztą kiulek nieprzeźyłby tego, 
gdyby mnie był obaczył jeżdżącego na tamtym. 

Pomimo utrudzenia spać na przystanku nie mogłem. Wy- 
znaję, że przykrą mi się wydała obojętność ze strony Szamyla 
za tak wielkie me , poświęcenie. Stłumiłem żal w sobie i nie 
wspomniałem o nim nikomu. 

Nazajutrz nastąpiła rozprawa ze szpiegami. Trzeba wiedzieć, 
że mieliśmy naszych szpiegów w obozach Moskali, jak zarówno 
oni mieli swoich pomiędzy nami. Szpieg nieprzyjacielski ujęły 
przez jedne lub drugą stronę podlegał niezawodnej karze 
śmierci. 

Pomiędzy Czerkiesami mi mym i zamieszkałymi po większej 
części na równinach pod pilnowaniem Rosyi, a przybywaj ącemi 



139 

na jarmarki do miast rosyjskich ze swojemi towarami, poja- 
wiają się często i przybysze z gór, Gzerkiesi, niepoddani. Roz- 
poznają się oni między sob% z łatwością, ale się nie zdradzają 
w obec rządu najezdniczego, wtedy nawet, gdy niepodlegli gó- 
rale rozpoczną rzeź w mieście. 

Szpiegi o których mowa, co ich na drodze pojmaliśmy, byli 
wyrodni machometanie, znani z wielu zbrodni. Stawiono ich 
przed baszą. Ten przyjął ich w milczeniu, roztworzył księgę ko- 
ranu i kazał odczytać artykuł, gdzie powiedziano jest: ze każdy 
muzułmanin walczący przeciwko muzułmaninowi, podpadnie 
karze śmierci. Potem przyzwał wykonawców sprawiedliwości 
z toporami i oddał im złoczyńców dla spełnienia wyroku. 

Po zgonie szpiegów spotkała mnie nader miła niespodzianka, 
jakby dla zatarcia cierpkiego wrażenia. 

Byliśmy na polu rozwinięci w szeregi, Szamyl czynił prze- 
gląd. Przejeżdżając koło mnie, osadził wierzchowca i zawołał : 

« Jusuf Polak przed front ! » 

Wystąpiłem. 

Tu dopiero basza dworu, dobywszy pargamin opatrzony go- 
dłami Kaukazu , podpisem własnoręcznym i pieczęcią Szamyla, 
mianował mnie chorążym ; a wódz zdjąwszy z palca srebrny ze 
stalową emalią pierścień, obdarzył mnie nim na znak zaszczytu. 
Nadto trzydzieści dukatów tureckich wyliczono mi za zdobytego 
konia, który będąc poprawnej rasy, przeznaczony został do 
stajni wodza. 

Takie były wawrzyny moich trudów wojennych, lecz w sku- 
tek pasowania mnie na rycerza doznałem później więcej przy- 
krości niż szczęścia. 

Umieszczonemu w świcie Szamyla zazdrość niektórych ko- 
legów niejednokrotnie mi dokuczyła; a co więcej, oddaliła od 
stosunków poufałości, jakiemi się poprzednio cieszyłem. Starszy 
od nich stopniem, choć młodszy wiekiem, postawiony zostałem 
w konieczności zachowywania pewnej powagi, która, będąc 
przeciwną nie tylko wiekowi ale nawet czasem i usposobieniu 
• mojemu, ciężyła mi, krępując błogą dawną swobodę. 

Mnóstwo bitew, wypraw i utarczek zaszło w następności. 
Niektóre z nich wyryły się żelaznemi głoskami na skarbnicy 



140 



mych wspomnień. Opis ich atoli przeszedłby zakres niniejszego 
pisma ... 

Opaczyński wnosił na walnych radach wojennych o potrze- 
bie urządzenia piechoty, lecz doznał na tym punkcie silnego 
oporu ze strony muzułmanów. 

Szamyl osądził, że działania ważniejsze nie mog^ się obyć 
bez artyleryi. Postanowił zatem porozumieć się z Turcyą 
w celu dostania dział. Wysłano posłów do Stambułu z prośbą 
do Paddi-szacha o odstąpienie takowych. 

Smutna była odpowiedź. Sułtan żądał córek Czerkiesów do 
haremów w zamian za działa. 

Wiedział dobrze Szamyl , że Lezgini nie przystaliby na fry- 
markę własnemi dziećmi, choćby w celu zbawienia ojcz3'^zny. 
Dla pokonania jednali trudności, cześć cudownie pięknych dzie- 
wic została nabytą u innych kaukazkich pokoleń, część wykra- 
dziono, i wszystkie razem, strojne w drogie materye i klejnoty,, 
wysłano jako towar do stolicy tureckiej. 

W zamian za dziewice przybyły armaty, lecz ileż niedogo- 
dności przy tem ! . . . 

Były to armaty po większej części ogromnego kalibru, któ- 
rych windowanie ze skały na skałę przedstawiało nadzwyczajne 
wysilenia. Tylko poświęcenie się bez granic biednych Czerkie- 
sów, owa mocna wola wspierana wiarą w pomyślny skutek, mo- 
gły wydołaó nadludzkiemu przedsięwzięciu. 

Z drugiej strony, brakowało uzdatnionych kanonierów; a 
jiowierzenie d^iał Czerkiesom, którzy nie mieli dostatecznego 
pojęcia o sztuce artyleryjskiej , usunięcie dla jakiejś wschodniej 
podejrzliwości od tego Polaków, pomiędzy którymi byliby się 
prędzej znaleźli tacy, co służąc w wojsku rosyjskiem, obeznali 
się z tym rodzajem broni; wszystko to sprawiło, że szturm 
z bombardowaniem miasta Baki przez Szamyla spełznął na ni- 
czem , osłabił zaufanie w narodzie, a wywołał zwątpienie. 

Pewnego razu, kiedy po całodziennym ogniu, granaty nasze 
nie dość skutkowały do zdobycia tej fortecy, pozostawiono 
w nocy działa na szczycie góry z garstką ludzi przeznaczonych 
do ich pilnowania, gdy hufce nasze zaległy przestrzeń na do- 
linie. 



141 



Noc była nieznośnie zimna i tak ciemna, że z trudnością 
przychodziło rozeznawać najbliższe przedmioty. 

Kanonierzy czerkiescy, ludzie bez doświadczenia i znajomo- 
ści podstępów artyleryjskich, odstąpili od dział i jaszczyków o 
kilkadziesiąt kroków i rozłożyli ognisko, nie przewidując na- 
stępstw. 

' Zdawało im się , że dosyć jest zachować ostrożności od po- 
żaru , bo dział nikt nie uprowadzi ... 

Na raz słyszą kilkakrotne uderzenie młotkiem , stuk powta- 
rza eię, zdumieni biegną do dział, lecz już było za późno — za- 
gwożdżone zostały. 

Rozszarpali na miejscu moskiewskich ochotników, którzy 
zrobili tak zwaną wyłazku, z wyjątkiem jednego, co, choć ra- 
niony, zdołał im się wymknąć. 

Smutno pomyśleć, że był nim Polak, Chmieliński, oddany za 
przestępstwa polityczne w sołdaty na Ivaukaz, któremu jenerał 
przyrzekł awans, powrót do praw szlacheckich, chresty i łaski, 
jeźli wyłazku dobrze poprowadzi. 

Za gwożdżenie dział naszych było stanowczym wypadkiem. 
Zdobycie Baki sami Moskale uważali za możebne dla Szamyla. 
Gdyby się było udało, tedy przystań morska powrócona Czer- 
kiesom , tudzież starożytna warownia ważna położeniem strate- 
gicznem, nadto zamek Sunguli-hana ostatniego tamecznego 
władcy, ten relikwiarz pamiątek dla Czerkiesów; wszystko to 
okryłoby było nową sławą oręż Szamyla, ogarnęło świeżym po- 
rywem patry o tycznym ludy kaukazkie i przyciągnęło do jego 
osoby. Moskwa utraciłaby była podstawę dzieła stuletnich za- 
biegów. 

Niestety! Chmieliński nie przewidział skutków, a tęsknota 
za krajem i życie w ciężkiej niedoli dla człowieka z uczuciem, 
rzuciły go na drogę bohaterstwa tak opłakanego. 

Dowiedzieliśmy się później, że krzyż Sgo Jerzego, gratyfika- 
cya, policzenie lat wysłużonych za dostateczną wysługę, obda- 
rowanie sprzączką i droższa nad nią dymisya, były nagrodą nie- 
powetowanego ciosu, jaki nam zadał. 

Odwrót nasz zpod Baki skończył się klęską. 

Żelazna atoli siła niezłomnego charakteru Szamyla uczyniła 
go jeszcze niezupełnie pokonanym. Uzbroiwszy się w wytrwa- 



142 

łość, użył ostatniego środka — sfanatyzowania rodakowi po- 
bratymczych plemion. 

Kto zna historyą Kaukazu, ow% zajmuj%cą z wielu względów 
mozajkę, musi odgadywać, ile napotykał zawad do urzeczy- 
wistnienia swych zamiarów. Nadzieje te były jak odbłyski zwo- 
dniczego słońca pośród chmur nagromadzonych nad jego głową. 
Zdawało się, źe szczęście wypowiedziało posłuszeństwo swemiK 
wybrańcowi. 

Oddziały wtgąc propaganda muridyzmu, udało mu sig 
wprawdzie zjednać sobie wielu zwolenników, nawet pomiędzy 
mimymi Gzerkiesami, którzy go do końca podtrzymywali; lecz 
dla innych, mianowicie dla zepsutych Gruzynów, Ormian, Ady- 
gów itd. oddziaływania były w rezultacie zbyt słabe, aby mogły 
wywołać pospolite ruszenie, na które najwięcej rachował. 

£miu Basza użyty głównie do propagandy, nie zdołał w kraju 
niejednolitym, wśród nieprzyjaznych okoliczności, ustalić wła- 
dzy i powagi imama Szamyla. 

Chrześcijańskie, a raczej chrześcijańsko - machometańskie 
plemiona Kaukazu okazały się zdradzieckiemi w chwilach 
upadku ojczyzny. 

Potrzebaby uchylić zasłonę archiwum petersburskiego, aby 
módz zgłębić rozległe plany zręcznej polityki caratu dotyczącej 
Kaukazu. 

Nie podpada wątpliwości, że książę Worońców, namiestnik 
ówczesny, był najwięcej wcielony do owych planów. 

Mając on na celu wyłącznie Kaukaz, obchodził się przynaj- 
mniej dobrze z Polakami, jakby chciał przez to pokazać Paskie- 
wieżowi, że w Azyi są oni lepiej traktowani, aniżeli w War- 
szawie. 



XIII. 

POCHWYCENIE KSIĘŻNICZEK ORBELIANI I 

CZAWCZAWADZE. 



XIII. 



(jrdy kto obsypany darami fortuny, a do tego nosi szumny 
tytuł księcia, barona lub markiza, niech no mu się wydarzy jakie 
nieszczęście, jaki przypadek, wówczas rozgłos idzie daleko i 
współczucie łatwo się zdobywa. 

Wówczas dzienniki szeroko się rozpisują, współbracia kasty 
noszą żałobę, filantropi się rozkwilają, gładkie panie w czarnej 
krepie jawnych łez nie szczędzą. 

Wówczas ofiarę rozpowszechniają w illustracyach, fotogra- 
fiach, w statuetkach; widzisz ją na ekranach, na kominkach, na 
świecznikach, wszędzie, gdzie się obrócisz. Słowem, o mało jej 
za życia nie kanonizują. 

Lecz czy się kto zapyta , co to są za karawany biedaków pę- 
dzone przy żelaznym drągu w strony podbiegunowe? A ileż to 
w owych ponurych procesyach bez końca znajduje się niezna- 
nych a rzeczywistych wielkości, których imiona winny być wy- 
ryte na pomnikach dla pamięci świata? ... 

Jeden powie, że imiona te nie miały praydomków, brako- 
wało im mitry, i dla tego o nich nie słychać ; — drugi rzecze, 
że osoby co je nosiły nie miały pieniędzy dla dania o sobie roz- 
głosu ; — trzeci zanuci zwrotkę : 

Ani cię rozum zaleci, 
Ani cię cnoty wzbogacą, 
Kto niema pierza, nie wzięci 
Gdyś goły, zawsześ ladaco ! . . . 

GoBDOK, Kaukaz. 10 



146 



Intryga zazwyczaj odmawia biedakom nie tylko gałązki wa- 
wrzynu, ale i palmy męczeńskiej. 

Biedak musi połykać w cichości łzy swoje. 

Żadna sława ziemska go nie nagrodzi, żadna trąba czynów 
jego nie rozgłosi. Pokryty chmurą niewidzialności , istnieje i 
ginie bez śladu na bezbrzeżnym stepie, jak kwiat co rozkwitli 
woniał samemu tylko Bog^ ! 

Świat wie o porwaniu przez Czerkiesów dwóch księżniczek 
moskiewskich: Orbeliani i Czawczawadze; choć cała ich zasługa 
(jeśli to można nazwać zasługą) mieściła się w tern, źe krążyły 
po Kaukazie dla nabrania wrażeń. 

A czy też wiedzą obce narody np. o wieszczce naszej Deo- 
tymie ? 

Zaprawdę, oddalony auł tatarski Kazańskiej g^bernii, opu- 
szczona w nim chata o oknach z pęcherzy końskich, gdzie zna- 
komita wygnanka, schylona nad kotliną, nieci ogień dla ogrza- 
nia krzepnącej krwi ojca swojego, — obrazek to stokroć wznio- 
słej szy od ofiary Eneasza! 

Ileż to podobnych mamy obrazów męczeństwa? ... Nie po- 
trzebujemy porwania księżniczek brać za materyał do naszego 
dramatu... 

Tyle już o nich pisano, że dalszą wzmiankę uważałbym tu za 
zbyteczną, gdybym ich nie był widział przy Szamylu. 

Smutno pomyśleć , iż Aleksander Dumas , klejąc z ich przy- 
gody romans cały, wystawił Lezginów jako rabusiów, ludożer- 
ców, chociaż ich z bliska nie widział. 

Prawda, że Dumas zwiedził tylko częć Kaukazu podbitą 
przez Moskwę — zwiedził ją kosztem rosyjskim; — wszędzie 
był girlandowany po drodze — odbierał cenne pamiątki od je- 
nerałów tak greckiego jako i machometańskiego wyznania. — 
Nie znając języków miejscowych, posługiwał się tłomaczem ro- 
dowitym Moskalem i pożyczał od niego okularów — a wszystko 
to mogło wpłynąć na jego giętkie pióro, maczane w kałamarzu 
nie jednego gubernatora. 

Nie przeczę . . . 

Ale wystawiać lud pierwotny, niepodległy, jako bandę zbój- 
ców i złodziei ; a spodlone niewolą plemiona kaukazkie za wzór 
cnót publicznych i domowych — to za zbyt czelnie na autora 



147 

powieści historycznych ! — tem więcej , gdy autor nie schodzi 
do źródła złego i obok przypisywanych błędów, nie wyka- 
zuje przymiotów narodu, przeciw któremu się uprzedził albo go 
uprzedzono. 

Oto słowa francuskiego pisarza: 

«Vous sayez ce que c^est que ces hommes, ces betes, ces 
« hyenes , ces tigres , ces coupeurs des mains qu'on appelle les 
((Lesguiens.)) 

Bez wątpienia, dla wypieszczonych magnatek na salonach 
petersburgskich cierpką była konna przejażdżka w objęciach 
kawalerzy stów czerkieskich. Doświadczały one smutnego losu 
starożytnych niewolnic opiewanych przez Homera. 

Atoli na pochwałę górali, panie Orbeliani i Czawczawadze 
powróciły całe. Nic tak dalece im się nie stało, aby tytułem 
nieszczęśliwej podróży z musu mogły sobie okupić nieśmiertel- 
ność na kartach literatury dziejowej. Byłoby to za tanie pienią- 
dze wnijść do królestwa sławy. 

Dotąd podziwiają w Homburgu przy rulecie drobne nóżki 
jednej z tych jesiennej piękności księżniczek, już nie pomnę 
której. 

Wprawdzie książęta tatarscy porywają niekiedy kobiety 
z pewną gwałtownością; lecz jest to u nich w zwyczaju. Mnie- 
mają oni, że czynią przez to zaszczyt swym namiętnościom ry- 
cerskim. Namiętność taka jest owym diabłem Wolterowskim, 
który wedle zdania filozofa z Ferney ma stanowić wartość męż- 
czyzny . . . 

Co gorsza, że obudzą ją czasem chęć zysku. Łatwiejszy targ 
o haracz , gdy się trzyma zdobycz ! 

Łatwiejszy układ o posag z tatuniem, gdy się ma jego có- 
reczkę. To smutno, ale tak jest! 

Czerkiesi, którzy nie są w tym względzie Serafinami, pozwa- 
lają sobie tych wybryków, nawet między sobą. I na słońcu są 
plamy ... 

Lecz czyż w Europie podobnie się nie dzieje, tylko na inny 
sposób? 

Dziki Czerkies jeśli chwyta piękność, chwytają całkowicie; 
gdy tymczasem Europejczykowi zależy na zgrabnem wykradze- 
niu serca panienki cichaczem, za nim przystąpi do intercyzy... 

10* 



148 



Go kraj to obyczaj 1 . . . 

Lecz wróćmy do księżniczek : 

Daniel-Basza w czasie swej wyprawy złożonej z kilkunastu 
tysięcy górali, głównie z Lezginów, odniósł świetne zwycięstwo, 
przywiódł wiele zdobyczy, łupów i mnóstwo jeńców nieprzyja- 
cielskich. Pomiędzy innemi , dwie siostry, dystyngowane biało- 
głowy, księżna Orbeliani i Czawczawadze, uwiezione zostały ze 
swego pałacu na Kaukazie, gdzie czasowo przebywały wraz 
z dziećmi , rodzin% i służbą,. 

Za przybyciem do rezydencyi Szamyla, były ogromnie stru- 
dzone, blade i przestraszone , spodziewając się w królu kaukaz- 
kim ujrzeć herszta rozbójników, straszniejszego jeszcze, niż go 
w salonach carskiego grodu przedstawiano. 

Intendent wprowadził je do seraju bańskiego. 

Podano im płow i inne przysmaki krajowe, tudzież placek 
nie o solony, ser, herbatę i wodę. 

Przy tej skromnej uczcie czyniły honory trzy żony Szamyla. 

Kazał on przeprosić uprzejmie gości, że, będąc sam ubogim 
i naczelnikiem kraju biednego, nie jest w stanie przyjąć ich 
wytworni ej szym posiłkiem. 

Po obiedzie uproszono panie do przywdziania przygotowa- 
nego dla nich ubioru wschodniego , włożenia czerwonych safia- 
nowych mesztów i zarzucenia zasłon na twarze. 

Prorok nie mógł oglądać ich inaczej. 

Po dopełnieniu tej formalności wyszedł on uroczyście z dwo- 
rem całym na ich spotkanie. Jeden z giermków trzymał rozpo- 
starty parasol z frandzlą nad jego głową. 

Czarna chorągiew, sztandar Kaukazu, powiewała przed 
oknami domu. 

Szamyl zwrócił się do księżnej Orbeliani z na pół przymru- 
żonemi oczyma i w te ozwał się słowa : 

((Barbaro! Mąż twój był zaciętym wrogiem moim. Pojma- 
łem go, wtrąciłem do więzienia i skazałem na śmierć. Śmierci 
tej on się nie uląkł; ja zaś oceniłem w wnim prawość i nieza- 
chwiane męztwo, pokochałem go, darowałem mu życie i odesła- 
łem na rodzinną ziemię. 

« Wiadomo ci Barbaro, że sułtan rosyjski zabrał mi najstar- 
szego syna. Rodzicielka jego umarła z boleści. 



149 



«Ż%dam, aby mi oddano syna mojego! 

« Wszak jesteś wnuczką byłego sułtana gruzyjskiego — Mi- 
kołaj cię więc usłucha... Wolność twa od ciebie samej zależy... 
lecz głowffza głowę! Napisz, wraz z siostrą, do Mikołaja, aby 
mi oddał dziecko moje, a ja za to was wszystkicli powrócę na 
łono krewnych waszych. » 

Po tych słowach prorok oddalił się z powagą, i godnością. 

Dżemmal-Eddin, o którym poprzednio wspominaliśmy, co 
dostał się w dwunastej wiośnie życia do niewoli moskiewskiej 
podczas oblężenia Akulgo w 1839 r., był właśnie owym opłaka- 
nym od wielu lat synem, o którego dopominał się stroskany 
ojciec. 

Chłopiec zawieziony do miasta nad Newą, wychowywał się 
pod okiem Cara. 

Pobierał on edukacyą w korpusie paziów. 

Gdy wyrósł, Car mianował młodego Kaukazczyka półkowni- 
kiem i adjutantem przy sobie. 

Car został wielce strapiony, gdy się dowiedział, że potrzeba 
oddać pazia-półkownika-adjutanta w zamian za księżne zabrane 
w jasyr. Duma carska bardzo na tern cierpiała, ale wypadało 
zrobić ustępstwo przez wzgląd na wysokie usługi , jakie mężo- 
wie branek wyświadczyli różnemi czasy tronowi. 

Pułkownik-adjutant odesłany więc został. 

Tymczasem księżne gościły u nas. 

Widywałem je często rozmawiające w ogrodzie z Szamylem. 
Lubiąc namiętnie dziatwę , kazał on sobie przynosić ich synków 
i córeczki, pieścił ich, przepędzał długie chwile na zabawkach i 
figlach z niemi , i odchodząc zawsze im coś podarował. 

Dzieciaki , przyzwyczaiwszy się do Szamyla , płakały potem 
przy rozstaniu. 

Sam także niekiedy towarzyszyłem niewolnicom wśród prze- 
chadzki. 

Z początku były zamyślone, melancholiczne , narzekały, że 
zbywa im na książkach i gazetach. Zbywało im też na zbytko- 
-wych wygodach, do których przywykły od powicia. Nadto, nie 
mogły przyzwyczaić się do nowego ubioru, którego nigdy da- 



150 

wniej nie nosiły. Przeszedłszy nagle z krynoliny do szerokich 
szarawarków, nie umiejąc w nich stąpać, niecierpliwiły się, 
chód ich nieco śmiesznym się- być wydawał. 

Powoli jednak zaczęły przywykać do swego stanu i godzić 
się z losem. 

Wiadomość o zbliżeniu się syna Szamylowego napełniła 
wszystkich niewypowiedzianą radością. 

Szamyl nie posiadał się z uciechy, chociaż starał się tego nie 
okazywać. 

Muridzi przygotowywali biesiady i turnieje na przyjęcie 
Dżemmal-Eddina po tylu latach niewoli. 

Nasza sotnia polska była nader ciekawą ujrzeć jak najprę- 
dzej wychowańca korpusu paziów, na którego rachunek różne 
szepty krążyły między memi koleżkami. 

Ale otóż i goniec przypędził z depeszą ! 

Depesza zwiastowała, że Dżemmal przybył do stóp gór oj- 
czyzny swojej, w towarzystwie księcia Gzawczawadze, męża je- 
dnej z branek i licznej świty. 

Porozumiano się i zgodzono obustronnie na wybór miejsca, 
gdzie zamiana miała nastąpić, 11 marca 1855 r. 

Z gór kaukazkich zstępowały księżniczki rosyjskie z paradą, 
dążąc na oznaczony punkt zborny, otoczone hufcem Czerkie- 
sów, któremu przewodniczył na białym rumaku Hadżi-Moha- 
med, młodszy syn Szamyla, żywy portret ojca. 

Uchodził on za najurodziwszego mężczyznę na Kaukazie. 
Postać jego przypominała błędnego rycerza z czasów feodalnych. 

Jednocześnie, od strony Rosyi maszerował na dolinie kon- 
wój moskiewski, równy siłą hufcowi czerkieskiemu. Orszak 
ten pod dowództwem księcia Gzawczawadze wiódł na punkt 
zborny najstarszego syna Szamyla, Dżemmal-Eddina. 

Dwaj bracia ujrzawszy się zeskoczyli z siodeł i uścisnęli spo- 
łem. Nastąpiły wzajemne komplementa między zgromadzonemi. 
Potem poczwórna kareta z forysiami na przedzie potoczyła się 
z księżniczkami drogą do Tyflisu , — gdy kawalerya czerkieska 
powracała do siebie, wraz z dwoma oficerami, którzy wedle 
umowy winni byli wręczyć Dżemmal-Eddina ojcu. 



151 

Jednym z tych oficerów był baron Frederiks, dzisiejszy jene- 
rał- major, oberpolicmajster Warszawy. 

Nie szczędzono po drodze okrzyków w imię Allaha, na przy- 
jęcie następcy tronu kaukazkiego; nie szczędzono prochu na 
salwy i ognie sztuczne, chociaż pomimo rękodzielni prochowej 
założonej w górach, nigdy nie mieliśmy ładunków zbywających. 

Szamyl nie mógł wyjść na przyjęcie następcy swego. Duma 
wschodnia i powaga religijna nie pozwalały mu na to, pomimo 
najgorętszych chęci. 

Z pozornym pokojem w duchu siedząc w milczeniu w gro- 
nie muridów pokrytych szronem lat podeszłych, nieszczęśliwy 
ojciec oczekiwał z niecierpliwością na przybycie syna. Tak był 
wówczas patryarchalnie piękny i w prostocie swojej wspaniały, 
że po^y moskiewskie za wnijściem stanęli jak wryci z podziwie- 
nia i uszanowania. 

Na widok syna Szamyl nie mógł oprzeć się wzruszeniu, objął 
go w swe ramiona i przycisnął do serca. W myśli jednak poha- 
mowania pierwszego uczucia oddalił się do swego pokoju, aby 
w samotności obetrzeć łzy spływające mu po licu. 

Ale jakaż to zniewaga dla starego ojca! ... Upragniony 
Dźemmal przedstawił się spięty w mundurze moskiewskim, 
obrzucony jak arlekin akselbantami, z czubem na głowie, gdyby 
kogut rozgniewany. 

Widząc to Opaczyński, przeniknął myśl starca, a korzystając 
z jego wyjścia, zaprowadził ex-adjutanta do swego mieszkania, 
przebrał go w czerkieskę, kazał mu ogolić głowę i nakrył ją 
turbanem. 

Opaczyński przyjmował Frederiksa w swych komnatach — 
ukazał mu zbiór rzadkich starożytności kaukazkich, indyjskich 
i chińskich, które posiadał. 

Do odprowadzenia Frederiksa wraz z jego towarzyszem, ja- 
koteż pozostałych jeszcze osób należących do familii i świty 
księżniczek, naznaczono jak gdyby umyślnie eskortę wybraną 
z sotni polskiej. 

Siedliśmy więc na nasze wierzchowce zdobne w czapraki 
z szalów tureckich i w galowe azyatyckie rzędy, brzęczące od 
srebrnych blaszek, i puściliśmy się z jeńcami w podróż aż do 
granicy rosyjskiej. 



152 

Przyznaję, że nie wybieraliśmy najkrótszej drogi, bo nas ba- 
wiło ich towarzystwo. 

Pan Frederiks, adjutant cesarski (urodzony z Górowskiej), 
przejęty duchem północnej siedziby carskiej, był pyszny, udawał 
odwagę, choć wcale nie potrzebował jej udawać. .. 

Obeszło nas, ludzi wolnych, jego postępowanie i ów ton roz- 
kazuj ąco-chełpliwej mowy, któz^r dziwnie nieprzyjemnie brzmiał I 
nam w uszach. I 

Z drugiej strony, cywilizacya nakazywała mu galanteryą dla 
dam, w której , o ile się zdawało, chciał się szczególniej odzna- 
czyć. 

Na przestanku, pragną;C im wyświadczyć niektóre grzeczno- 
ści, zżymał się, że nikt z nas nie stał przed nim na usługi, wy- 
ciągnięty jak struna po sołdacku. 

— Co to za nieporządek — rzecze z przekąsem — że nikogo 
nie mam na usługi ? 

Jednocześnie, odwróciwszy się do kobiet, dodał: 

— Mesdames, je Yous demande pardon pour ces barbares! 

— Kto najstarszy między wami? zawołał. 

— Wszyscy jesteśmy młodzi! odpowiedziano. 

— Kto między wami dowodzący? 

— Jesteśmy równi. 

— Kto tu oficerem u czarta? 

— Wszyscy. 

— A więc kto żołnierzem ? 

— Tylko oficer pokojowy, co nie walczył, nie może nazywać 
się żołnierzem. 

— Czy panowie (grzeczniej) nie chcecie mieć względu ua 
prawa gościnności i pozostać barbarzyńcami w mojem przeko- 
naniu? 

— Pułkowniku I — odezwał się mój przyjaciel G... czystą 
francuzczyzną — Gościnność nakazuje wiele względem gościa, 
lecz niegrzeczność pozbawia prawa żądania od nas ze strony 
pańskiej tego, co niewolnik jeno z przestrachu pałek na skinie- 
nie wykonywuje. Pod tem niebem, które widziało może rozwi- 
jającą się kolebkę rodu ludzkiego, jesteśmy wszyscy braćmi — 
jesteśmy równi — jesteśmy wolni ! 

Baron zmienił nagle pojęcie swoje o dzikich Czerkiesach i 



153 



zaczął obchodzić się z nami po koleżeńsku; my zaś odtąd uprze- 
dzaliśmy się w usługach dla dam i dla niego. 

Nastąpiła nietylko zgoda ale i różne pogadanki tak z baro- 
nem jako i z paniami. 

Zapytaliśmy, czy pozwolą uprzyjemnić sobie śpiewem po- 
chód wśród posępnych wąwozów ? 

Uprzejmie o to proszono. 

Tedy cały chór naszych zuchów zanucił kilka tęsknych śpie- 
wek tatarskich , a na przysmak ucięliśmy : 

((Jeszcze Polska nie zginęła !» ... 

Pustynia wtórowała nam wdzięcznie, jak gdyby nawet mar- 
twe żywioły kaukazkie poczuły rozrzewnienie wygnańców, i 
przyjmując w niem udział, protestowały przeciw Kainom roz- 
ćwiertowanej Polski. 

— Jakaż to śliczna melodya! — rzekł wzruszony poseł do 
pań swoich. 

(d Frederiks słuchał... coś się bardzo zdumiał, 

((I chociaż Niemiec, głos prawdy zrozumiał. » 



XIV. 

UPADEK SZAMYLA. UDUSZENIE :FEG0 

SYNA. 



XIV. 

JMłody Szamyl otrzymał wychowanie, jak mówiliśmy, w kor- 
pusie paziów w Petersburgu. 

Kto zna ten zakład naukowy, przyzna, że nie ma on na celu 
głębokiej nauki, lecz powierzchowną ogładę i wszczepienie 
w młodzież zasad mających stworzyć wybornego niewolnika. 

Jeżeli gdzieindziej kuratorzy i wizytatorowie szkół moskie- 
wskich powtarzają bezustannie: «Car nie potrzebuje mądrych 
lecz wiernych » — to tutaj słowa te nie zosts^y czczemi słowami, 
lecz jako zasada w czyn wprowadzona przelewały i przelewają 
po wszystkie czasy w wychowańców tego zakładu próżność , za- 
rozumiałość i pychę przy poniżającej zależności w widokach 
osobistej karyery. 

Gdy młodzian przyuczył się żyć w dostatku, opływać w roz- 
rywki, wywyższać się nad jednych a uniżać przed drugimi, mó- 
wić po francuzku i po niemiecku, zgrabnie stąpać po ślizgich 
posadzkach; gdy przerobiono go na maszynę, na istotę bierną, 
bez zapachu, koloru i smaku ; gdy mu w miejsce mózgu włożono 
gąbkę i nakładziono w nią ćwieków — edukacya jego jest skoń- 
czoną. 

Wydalają go wtedy z szlacheckiego zakładu i oddają w ste- 
rujące czynowniki. 

Wychowanie takie miało stępić wrodzone skłonności Dżem- 
mal-Eddina i wystrychnąć go na dworaka. 

Niecne to było przedsięwzięcie i mozolna praca. W chłopcu 
drgała często żyłka góralska. Potrzeba było powoli tłumić 



158 

w nim zarody wyssane z mlekiem macierzyńskiem. Lecz ponie- 
waż najwyższy rozkaz wydany z góry orzekał : syn Szamyla ma 
się stać salonowym adjutantem, syn Szamyla jstał się więc adju- 
tantem. 

Upewniają jednak, że, za otrzymaniem tej godności trącił 
jeszcze czas jakiś dziczyzną, dopóki frejliny i damy dworskie 
nie wzięły go pomiędzy siebie dla okrzesania. 

Upewniają, że gdy rozmawiał z którą z owych pięknych frei- 
lin i przeszywał przenikliwym wzrokiem jej gorset, czuć o sobie 
dawał człowieka z lasu i mimowolnie nasuwał myśl o rękach i 
uszach oberżniętych przez Czerkiesów lub o rozbitej poczcie na 
gościńcu. 

Dźemmal dla uzupełnienia edukacyi przeznaczony został do 
wojska. 

Wcielono go do pułku ułanów. 

Koczując z miejsca na miejsce, jak to czynią zwykle woj- 
skowi, był z pułkiem swoim i w Królestwie Polskiem, stał kwa- 
terą w miasteczku Łęczycy, gri^ w karty, pił, korki od szam- 
pańska w o pukały; słowem, niszczył zdrowie na hulaszczych 
zabawach kawalera przy ostrogach. 

I z czemże wrócił do ojczyzny po świetnem wychowaniu, 
które wspaniałomyślny monarcha w szczodrobliwości swojej mu 
udzielił, jako wziętemu do niewoli, synowi swego przeciwnika 
w obronie własnegu kraju? 

Bząd każdego innego narodu byłby się bez wątpienia go- 
dniej wywiązał z podobnie delikatnego zadania — a przynaj- 
mniej nie zastosowałby był swego postępowania do systematy- 
cznego wynarodowienia i zepsucia przyszłego wodza Kaukazu. 

Moskwa nie przewidziała, że, pomimo wszelkich jej zabie- 
gów, pomimo moralnego zabójstwa Dżemmala, Szamyl me zej- 
dzie bezpotomnie z powierzchni globu ziemskiego; bo każdy 
wielki mąż znajdzie swoich naśladowców, duchem bliżej z nim 
spowinowaconych, niżeli syn rodzony ale zmarnowany. 

Syn ów nie mogąc dostać w aule rozpalających napitków, 
nie mogąc także znaleśó Prozerpiny, Wenery i Bachusów do 
urządzenia biesiad wedle swego gustu, ani też towarzysza do 
sztosa lub faraona, doświadczał trawiącej tęsknoty za ohydnemi 
nałogami życia. 



159 

Skromne, rycerskie, a sarowe obyczaje, poważne rozmowy 
z naibami i achuntami, nudziły nieboraka. Był obojętny i 
niezadowolony ze wszystkiego. Wzdychał , zwracając oblicze ku 
Rosyi, zamiast do księżyca. Uśmiechnął się na widok obrzędów 
religijnych i nazywał gusłami i przesądami to, do czego krewni 
jego i współobywatele cześć przywiązywali. 

Nie dostawało tylko, aby odszczepieniec wszedł był do świą- 
tyni pańskiej i wobec ludu pobożnego zdeptał przykazania pra- 
wodawcy-proroka i urągsJ się z bóstwa! ... 

Stary Szamyl widocznie był zmieniony i jakieś złowróżbe 
przeczucie malowało się wyrazem głębokiego cierpienia na jego 
zżółklej twarzy o zawiędłych policzkach. 

Uczyniono jeszcze wyprawę, która choć dosyć pomyślnym 
uwieńczona skutkiem, prowadzoną wszakże już była z wysile- 
niem trudnem do zatajenia. 

Na domiar niepowodzenia stracił wódz w pierwszej poty- 
czce swego ulubionego konia. Stratę tę uczuliśmy wszyscy, 
cośmy od tylu lat przywykli widywać pogromcę, ukochanego 
naczelnika zwyciężającego na nim. Był on tak ścigły, że żaden 
inny mu nie wyrównał. Jeden tylko murzyn potrafił chodzić 
około niego, pielęgnował go też z całą troskliwością. 

Do owego konia przywiązana była pewna przepowiednia. 

Osmutniał nasz auł ; Szamyl , oddany nabożeństwu i pokucie, 
więcej się nie pokazywał, a osłabiony duch męztwa i poświęce- 
nia między Czerkiesami dogorywać zaczął. 

Pewnego feralnego wieczora jeszcze muezyn stojący na 
krużganku minaretu nie skończył wezwania na modlitwę swoim 
głośnym, tęsknym, przeciągłym, płaczliwym wHillalli hał- 
łała!», a słońce zaledwie schylające się na spoczynek rzucało 
krwawe promienie, gdy głucha pogłoska rozeszła się szybko 
między nami, iż coś strasznego zaszło w pałacu Szamyla. 

Noc przepędziliśmy w niepewności i oczekiwaniu. 

Nazajutrz dopiero dowiedzieliśmy się, że wódz odkrywszy 
zamiary zdradzieckie w synie, który zniósł się tajemnie z Mo- 
skwą, zmuszony został ukarać śmiercią wyrodne dziecko. 

Jakie było ostatnie m om en ta zajść pomiędzy nimi — nie 
wiadomo. Lecz to pewna, że uduszonego kazał zawiązać w wo- 
rek i rzucić do podziemnego lochu na wieczną niepamięć, 1858 r. 



160 

Ze drżeniem słuchaliśmy tych okropnych nowin. 

Od tego też czasu niczyje usta me ośmieliły się wymówić 
imienia Dźemmal-Eddina; tak, jak gdyby go nigdy na świecie 
nie było, 

Dżuwani i pasterze nie przechodzili więcej ścieszką około 
lochu — pokryły j% manowce, zarośla i chrapy. Każdy uchodził 
ztamtąd , jak od zapowietrzonego miejsca. 

I na tern miejscu pojawiły się strachy. 

I stało się smutniej i puściej w naszym aule. Jakaś złowroga 
cisza okryła go żałobą. 

Jednego razu, jeszcze na twardem posłaniu leżeli rycerze, 
gdy straże dały ognia i krzyk «6iaury! giaury! giaury!» 
rozległ się po koszarach. 

Każdy z nas chwycił za oręż i wypadł na dziediniec; a 
wtedy, nie dowierzając z początku własnym oczom , ujrzeliśmy 
z przerażeniem naj oczy wis tszą zdradę. 

Pobliskie wzgórze, po którem wijąca się dróżka prowadziła 
do ukrytej bramy aułu , błyszczało od ł)agnetów moskiewskich, 
w bramie zaś nieprzyjaciel już w bębny uderzył. 

Nie było czasu do stracenia. 

Opaczyński walki nie zwlekał. « Jeźli zwyciężą — wołał — 
hańba nas czeka ; uderzmy razem na wroga ! » 

Tu nastąpiła rozpaczliwa utarczka. 

Trzask kruszących się pocisków, huk bębnów, wycia i wrza- 
ski, posoka i pył pobojowiska wśród pożaru, przedstawiały 
szermierkę piekielną; a szczegóły zapasów prawie niepodobne 
do opisania. 

Opaczyński wpada do Szarayla i zastaje go zgarbionego, zi- 
mnego, ponurego — z oczyma w jeden punkt utkwionemi. Było 
to jakieś śmiertelne zamyślenie się. 

Opaczyński błaga go i zaklina, żeby siadł na koń co prędzej 
i wyruszył z nami. Nie pozostawało nic innego jak przerżnąć 
się przez bagnety sołdackie. 

Lecz o dziwy 1 . . . Szamyl powstawszy, aby uścisnąć wiernego 
towarzysza broni, podziękował mu za dowody wieloletniej przy- 
jaźni, a ostatnie wyrazy jego oznajmiły rozkaz pozostawienia go 
samego na śmierć lub niewolę, wszystkim innym ratowania się 
ucieczką. 



161 



Opaczyński zdumiał. Nie dowierzając temu, co usłyszsi 
z ust proroka, błagał go jeszcze wszelkiemi sposoby, aby po- 
szedł za zbawienną radą, lecz próżne były przedstawienia. 

Szamyl ponowił swój rozkaz. 

Tymczasem w podwórcu odbywała się rzeź zapamiętała. 

Już pierzchnęli Gzerkiesi, gdy nasza sotnia nie mogąc znieść 
podobnego zgorszenia, nie mogąc opuścić naczelnego wodza 
w chwili najwyższego niebezpieczeństwa, znagliła Opaczyńskiego 
do udania się jeszcze raz, pod gradem kul, do Szamyla z zape- 
wnieniem , że i z pośród tych larw piekielnych wydobyć go jest 
gotowa, byłe tylko na to dozwolił: że zginiemy wszyscy lub 
szczęśliwie żywcem go uprowadzimy. 

Opaczyóski tą rażą zastał proroka klęczącego, jak posąg 
bronzowy, na środku jednego z dziedzińców, z rękoma na pier- 
siach złożonemi, zatopionego w uroczystem rozpamiętywaniu, 
z twarzą ku Mekce obróconą. 

Na kilkokrotne nalegania nie otrzymał żadnej odpowiedzi, 
prócz stanowczo polecającego znaku ręką , aby się oddalił i nie 
przeszkadzał modlitwie. 

Opaczyński przybiegłszy do nas zadyszany zwiastował nie- 
szczęsną wieść i dał hasło do boju. 

Rzuciliśmy się tedy jak lwy rozjuszone na szeregi moskie- 
wskie. Kindżały nasze i jatagany świszcząc ścinały bagnety jak 
szparagi. Siekąc wrogów na prawo i na lewo torowaliśmy so- 
bie między nimi przesmyk. Padały łby wkute w mosiężne koł- 
paki, o pierś naszą roztrącała się zajadłość dziczy. 

Przerżnąwszy się przez pierwszą linię, świeże przed sobą na- 
potkaliśmy zastępy. 

Jak piorun, co prując chmury, uderza nareście w miejsce 
naznaczone, z taką gwałtownością wyskakując okopceni dymem 
z jednych plutonów wpadaliśmy na drugie. 

Waleczni nasi Ukraińcy zginęli najpierwsi po dokonanych 
cudach odwagi. 

Oprócz tej straty i kilkunastu poległych z nas koroniarzy, po- 
zostały hufiec wyrwał się na wolność wśród ogólnego popłochu. 

Oswobodziliśmy też z sobą kilka Lezginek, dzielnych ama- 
zonek, które umiały dosiedzieć na bystrych biegunach. 



60RDOK, Kaukaz. 11 



162 



Owa bronzowa, oniemiała, nieruchoma postać króla Ean- 
kazu, składającego w ostatniej godzinie dziękczynną ofiarę Naj- 
wyższemu za długoletnie błogosławieństwo — owa korna, bole- 
jąca postać najnieszczęśliwszego ojca godnego lepszego losa, 
ojca dzieciobójoy, dotąd tkwi mi w wyobraźni. 

Wkorzeniona wiara w mieszkańcach Wschodu w przeznacze- 
nie zwichnęła ostatecznie, złamała tę olbrzymią postać. 

Kibitka do Kaługi i niewola, wraz z pozosts^ym synem, były 
wynikiem poddania się bez szemrania obrońcy niepodległych 
górali (1859). 

W dniach upadku swojego za zbyt wiele on cierpiał , za zbyt 
dotkliwe były rany serca jego, aby nie miał był wyrzec z rezy- 
gnacyą: Niech się dzieje wola Boża i 

Pomimo to, miecz rycerza-patryarchy przekazany został na- 
stępcom. 

Z prochów jego powstaną kiedyś mściciele! 



XV. 



NA TUŁACTWIE. CZCICIELE OGNIA. 



n* 



XV. 



• 

— JLJ śpisz Jusufie ? . . . 

— Jażbym miał spać? — nie do snu nam, mój bracie... choć 
miałem zamrużone oczy, różne układałem plany. 

— I cóż postanowiłeś? ... Gdzie się teraz udać? zgubiliśmy 
drogę, zabłąkaliśmy się zupełnie, noc żadnego nie ma względu 
na nas ... w któr% stronę się obrócić? . . . 

— Ku Polsce, mój przyjacielu ! ku Polsce ! 

— Droga daleka i śliska. 

— Prawda, do tego nieszczęścia chłoszczą, nas na wszystkie 
strony^ zostaliśmy sami, jak opuszczone pieńki na pustyni; 
z tern wszystkiem , naprzód ! w imię Opatrzności na los szczę* 
acia! ... Ostatnie schronienie zawistne losy nam wydarły, nie 
mamy więc już nic do stracenia, a wszystko do zyskania . . . 

Taką prowadziłem rozmowę z moim najlepszym przyjacie- 
lem G . . . wyrwawszy się z nim razem z kleszczy nieprzyjaciół. . 

Tymczasem szumiał wiatr gwałtowny nad grzbietami wynio- 
słych gór, kołysał stuletnie dęby i miotał słabym płomykiem 
ognia, około którego spoczywaliśmy zmęczeni wraz z naszymi 
czworonogimi towarzyszami. 

Wpatrując się w mego poczciwego ki u lek a klęczącego 
przy mnie, zdało mi się dostrzedz łzę w jego oku. Był nieco 
draśnięty bagnetem w szyję, zdjąłem chustkę i obwiązałem mu 
bliznę. 

O ! życie ludzkie — jakżeś ty utkane ? co w tobie dziwów. 



166 



co cudów jest w tobie? Bóg nas jeszcze raz wybawił od wi- 
docznej śmierci. 

Rzeczywiście, ocalenie nasze przypisać można cbyba cudowi. 
Jak rozproszone stado ptaków, które pod gradem z ołowiu roz- 
latują się w różne strony, tak nasza sotnia polska zmuszoną 
była , chroniąc się przed ściganiem i naciskiem wrogów, rozsta- 
wionych na licznych punktach, rozproszyć się na tułactwie. 

Ptaki przynajmniej uleciawszy pod inne niebo, znajdują tam 
swobodę ; zwabiwszy się zaś głosem opiekuńczej natury, znowu 
żyją społem na nieznanych niwach, a czyste krynice zaspoka- 
jają ich pragnienie. 

My zaś, ludzie, ileż to napotykamy zawad, jakże długo stą- 
pać musimy po cierniach i głogach, zanim zbliżymy się do świę- 
tego zdroju pragnień naszych?! Częstokroć, po pielgrzymce 
niemal całego żywota, przed zawarciem powiek, zdrój ten wi- 
dzimy jeszcze zdała przed sobą jakby mamidło, zjawisko ma- 
jaka. Ostatnie natężamy siły, by dojść do niego, lecz w miarę 
zbliżania się naszego ucieka przed nami! 

Polacy rozproszeni na Kaukazie przez jakieś ciężkie na nich 
losów zagniewanie ; ciż sami, którzy tak długo walczyli na dro- 
dze dobrowolnego ofiarnictwa, pozazdrościli w końcu mężnym 
ziomkom, którzy usnęli na wieki w mogiłach. 

— Uchodźmy bracie z tych miejsc nieszczęsnych , uchodźmy 
co prędzej ! — rzekłem do przyjaciela — gdyby można dostać 
się do Baki , tam znaleźlibyśmy zapewne punkt oparcia i chwi- 
lowy przytułek. 

Po kilku dobach niebezpiecznej wędrówki, acz o mało nie 
byliśmy nie raz pochwyconymi , udało nam się przecież przybyć 
bez przypadku pod mury tego miasta. 

Jedną z ciasnych uliczek wjechaliśiiay do niego. 

Nastąpiła zmiana dekoracyi. 

Oko me zachwycone zostało wspaniałym gmachem dawnego 
zamku Sunguli-hana, ostatniego bohatera i niezależnego wła- 
dzcy tego kraju. Zamek panuje dumnie nad całą okolica, choć 
część jego spoczywa już w rumowiskach. 

Ale jakże przykrego podróżny za zbliżeniem się tam doznaje 
wrażenia ! 

Przez różnoszybne okna wyglądały ostrzyżone, wąsate głowy 



167 

z ponsowemi kołnierzami — paine hański zamieniony został na 
koszary sołdackie, arsenał i składy wojenne. Znikła czystość, 
świetność i powaga niegdyś szczęśliwego przybytku. 

Plugastwo nasuwało się przed oczy na wstępie i woń dziegciu 
uderzała powonienie. 

Zamek ten można przyrównać do postaci głośnego imienia 
potomka, cuchnącego zepsuciem poniżającego despotyzmu. 

Jakkolwiek mogliśmy uchodzić w mieście za Czerkiesów 
mirnych, których mnóstwo napotykaliśmy na placach, atoli 
z obawy, aby rana kiuleka nie wzbudziła podejrzenia policyi, 
zostawiliśmy go wraz z pobratymcem jego rasy w zajezdnym 
tatarskim domu na przedmieściu Baki , a sami pieszo udaliśmy 
się w głąb miasta. 

Mówiąc płynnie językiem perskim, podstąpiłem śmiało do 
stających gromadką kilku mieszczan muzułmaninów i zapytałem 
na chybił trafił, czyliby nam nie wskazali domu od wielu lat za- 
mieszkałego w tem mieście Abduł-Bega? 

Uczynili to chętnie. 

Proszę sobie wystawić mą radość, gdy dowiedziałem się, że 
istotnie były rotmistrz czerkieski, stający niegdyś główną kwa- 
terą w Polsce, pozostał w swej rodzinnej Bace od czasu przyby- 
cia mego z nim na Kaukaz. 

Koiłem w sobie wzruszenie , żeby w obec nieznanych mie- 
szkańców nie rzucić się koledze na szyję, aby mu zwiastować, iż 
jeszcześmy nie utonęli w zamęcie wypadków, bo nam pozo8t8J'a 
kotwica w osobie dawnego znajomego z Sochaczewa. 

Doprowadzono nas do schludnej willi z płaskim dachem o 
zielonych okienicach. Krzaki wyszukanych kwiatów wyrastają- 
cych z wazonów balkonu spadały w splotach aż do ziemi; ogró- 
dek otoczony sztachetami z frontu mieścił szpaler z jaśminów, 
mirtów i cyprysów; fontanna lubieżnie szemrała; dwa kotki 
igrały przed furtą. 

Wszedłszy do sieni, dostrzegłem w tylnym podwórcu ko- 
bietę w tatarskiej opończy siedzącą na ławie opartej o gołębnik 
z dwojgiem dzieci, z których starsze miało minę podlotka. 

Domyślając się, że musi to być gospodyni domu, dawna 
moja przyjaciółka, Andzia Szymańska, z którą zapoznałem czy- 
telnika w pierwszym rozdziale tego opowiadania, zwróciłem się 



168 



do niej z powitaniem ; lecz jakież było me zdziwienie, gdy nie- 
wiasta zasłoniła się woalem ? 

Miałaźby to być inna, co zastąpiła po śmierci Andzi jej 
miejsce? ... 

Nagle okrzyk wydobywający się z pod zasłony wywiódł mnie 
z błędu. Poznałem głos Andzi, będąc przez nią poznany. Zbli- 
żyłem się, chwyciła mnie z ukontentowaniem za rękę, przedsta- 
wiłem jej mego przyjaciela, mowa perska między nami przeszła 
na polską, po kilku grzecznościach Andzia wprowadziła nas do 
pokoju męża swego. 

Abduła-Beg przyjął nas z całą serdecznością. Podstarzał się 
znacznie, ale nie przestał kochać Polaków. Przywiązanie jego 
do małżonki i do dzieci było widoczne. Jedna rzecz, która mi 
się nie spodobała, była owa nieszczęsna zasłona pokrywająca 
główkę blondynki Warszawianki przez cały czas naszej roz- 
mowy. 

Przypomniałem sobie z boleścią o Libii i Fatymie, a myśl o 
nich zatruwała mi przyjemność obcowania w nowem towarzy- 
stwie. 

Abduła-Beg, jakkolwiek poddany rosyjski, uczuł klęskę, 
która dotknęła Kaukaz w osobie Szamyla. Wypytywał nas o 
najdrobniejsze szczegóły ostatniego oblężenia, a podczas opo- 
wiadania smutno potrząsał głową. 

Widząc nas bez przytułku, nie tylko ofiarował gościnę 
w swoim domu , ale i rozciągnął nad nami opiekę zupełną. 

Zauważyłem, że sumienie mu wyrzucało uwięzienie mnie 
podstępem z kraju rodzinnego. 

Rozlokowaliśmy się po żołniersku, dni zaś całe i wieczory 
zaledwie nam wystarczały do zwierzania się z przygód wzaje- 
mnych. 

Wśród częstych narad , co nam dalej robić wypada, głos do- 
świadczonego ex-rotmistrza był przeważnym. Kadził on, aby- 
śmy nic nie przedsiębrali czas jakiś, dopóki rzeczy się nie wy- 
jaśnią po ostatnich wypadkach; nadto, abyśmy nie zdradzali 
naszego charakteru i w obec obcych osób odgrywali rolę istnych 
mirnych Czerkiesów. Co też uczyniliśmy. 

Towarzystwo i gawędy z kilkoma oficerami zamieszkałymi 
w Bace, którzy odbyli wraz z Abduł-Begiem kampanią wę- 



169 

gierską w r. 1849 i stali załogą w Warazawie, Sochaczewie, 
Gombinie, mile mi przypominały ojczyste strony, ponad które 
myśl moja teraz częściej niż kiedykolwiek ulatała. 

Pomimo tego unikałem naszych gości, ilekroć razy zasiadali 
do preferansa lub też trącali kieliszkami, czego Abduła-Beg, 
noszący godność duchowną mułły, gorszący dawał przykład. 

W postępowaniu ich w ogóle przebijało, że tak powiem, 
zarwanie maniery europejskiej, w łączności z rozmaitemi wa- 
dami, które i Polacy, niestety I w różnych czasach pod różnemi 
wpływami, przejmowali od Zachodu. 

Trafny tego obrazek skreślił nam Wojciech Potocki w wier- 
szu pod tytułem: «Do grających w karty.)) Nie jest to satyra, 
lecz jęk duszy, piastujący miłość ojczyzny w tej samej czystości, 
jaką n^odzian był przejęty, gdy porwany z grona kochających 
go kolegów i uwięziony na Kaukaz, zmuszony w nim był zosta- 
wać aż do chwili dosłużenia się stopnia pułkownika i tytułu 
rządcy kraju Imertyńców. 

W poezyach jego widać natchnienie, a więcej jeszcze głęboki 
sąd i znajomość ludzi nabyta wśród licznych zawodów życia i 
podczas długiego pustelnictwa na Wschodzie. 

Dla czegóż wielu innych cnotliwych i znakomitych mężów 
rozumu i serca, gdy możność im dozwoliła, nie powracali z ob- 
czyzny do kraju dla przyspieszenia w nim rozwoju postępowego 
na podstawie zdrowych zasad, dojrzałości politycznej, na której 
głównie nam zbywało ? . . . 

Byłoż to z powodu zwątpienia w pomyślny skutek pod ci- 
snącem berłem? Byłżeto brak zaufania w siebie samych? 

Tymczasem zgnębione i zgnuśniałe umysły możnej braci 
szlachty zasypiały w dobrobycie i zmysłowości , zamiast stanąć 
jak namaszczeni posłannicy, jak wzór cnoty i oświaty dla na- 
rodu. 

. Niedołężne głowy postradały w ucisku głos i słuch razem. 
Głuche zostały na wołanie boże: « Czuwajcie! bo nie wiecie 
dnia ani godziny» . . . głuche na wszechstronne krzyki : Obudźcie 
się ! pojednajcie się z ludem pracującym w pocie czoła, wycho- 
wujcie na zacnych obywateli dzieci wasze, dając im z siebie do* 
bry przykł^ ! 



170 



Pozostały szkółki włościańskie w zaniedbaniu , pozostało 
wszystko jak było . . . 

Przygrywała balowa muzyka szczebiotaniu francuskiema^ 
kołysała drażnione zbytkiem namiętności. Zebrał się poczet 
sędziów z samolubów i pasożytów, i ochrzcił cierpiących współ- 
braci pogardliwem mianem demagogów. Tymczasem nad areo- 
pagiem gromadziły się chmury.. » 

Lecz wróćmy do Czerkiesów. 

Zachowali oni szczególny stosunek polityczny względem nas. 
Marz%, że przyjdzie on czas, gdzie tylko wolny od Urusa 
Wscfiód wyzwoli lud nadwiślański. 

Czyżby przepowiednia Wernyhory przeniknęła i serca kau- 
kazkie? ... 

Nie wyprzedzajmy wyroków Opatrzności. Nie ma nic nie- 
podobnego w czasie niemającym granic. Wszystko się jakoś 
dziwnie kojarzy na tym padole. Przyszłość tylko okaże pra- 
wdziwość czy mylność powyższego proroctwa...] 

Boże, daj nam cierpliwość! 



Anna Szymańska zajmowała pierwsze miejsce w domu. Dwie 
drugie żony Abduł-Bega były nie jako zmuszone do podległości 
względem niej. Spokój ich jednak nie znamionował zazdrości. 
Przewyższała je rozumem, dowcipem i wdziękiem. Jednostajne 
ustępy domowego życia, które można przyrównać do długich, 
nudnych antraktów melodramy, umiała zapełnić przyjemną i 
zajmującą rozmową. Wszyscy ją kochali, co się zbliżyli do niej. 
Chód jej posuwisty i każdy ruch ciała, uwydatniający się pe- 
wnem niedającem się wyrazić zaokrągleniem , oznajmiały dobry 
gust, delikatność i jakąś słodką miękkość, czyniącą nader miłą 
jej postać. 

Andzia (gdyż tak przywykłem ją nazywać) jako odaliska 
przyjęła nietylko strój wschodni, ale i zastosowała się do zwy- 
czajów miejscowych. 

Wiadomo, że była ona niegdyś dosyć emancypowaną damą; 
nakazany zaś tu przez religią zwyczaj zasłaniania twarzy pod- 
niósł jej wstydliwość niewieścią i powagę do tego. stopnia, że 
daremne były moje żartobliwe nalegania, aby starym zwyczajem 



171 

pozwoliła zajrzeć sobie w szafirowe oczęta. Udało mi się parę 
razy obaczyć znane oblicze Warszawianki i zdumiony zostałem 
pięknością, jaką jaśniała wśród dobroczynnego południowego 
klimatu. 

Muszę też oddać sprawiedliwość rodaczce, że uwiedziona 
miłością dla Abduł- Bega uległa wpływowi, jaki człowiek uro- 
dziwy i wykształcony może wywrzeć na słabej istocie, nie zapo- 
mniała jednak o wierze przodków swoich i przywiązaniu do ro- 
dzinnej ziemi. Modliła się nie raz ze mną w ojczystym języku, 
a synków, których w tajemnicy przed mężem z wody ochrzciła, 
nauczyła pacierza po polsku. 

Abduł-Beg był wielce dla niej wyrozumiały, nie chcąc w ko- 
biecie niszczyć tego, czego w inny sposób odbudowaćby nie był 
w stanie. Filozofia jego tolerowała zasady katolicyzmu zaszcze- 
pione nawet w jego potomków; gdyż niewątpliwie przenikli- 
wością wrodzoną ludziom wschodu odgadł wszystko. Powierz- 
chownych form zmuszony był pilnować, w czem pojęła go 
Andzia najzupełniej. 

W krótkim przeciągu czasu porobiłem znajomości z najzna- 
komitszymi właścicielami w mieście, należącymi do poufnego 
kółka mego gospodarza i dobrodzieja. Pod płaszczykiem tych 
znajomości pobyt mój w Bace stał się bezpieczniejszym; na po- 
licyjnych kruczków poglądałem z góry — czapkowali przede- 
mną na ulicy. 

Naczelnik powiatu Bakińskiego h)ył także Polak i często nas 
nawiedzał. Zwrócił również moją uwagę pewien kupiec tata- 
rzyn, który poprzestał na jednej małżonce, — a chociaż bez- 
dzietny, tak wysoko ją miłował, że upatrywał w niej wszelkie 
doskonałości i, pomimo zabiegów starych swatek, nie chciał się 
więcej żenić. Nie jedna panna żałowała, że nie mogła zwabić 
w swe sieci bogatego papę. 

Był on krotofilny w swych pociesznych gawędach. « Jeżeli 
przeznaczeniem jest — mawiał — wybierać jedno z dwojga 
złego, lepsze mniejsze złe niż większe, — lepsza jedna żona 
niźli dwie razem. » 

Rozmaite projekta przychodziły do głowy Abduł -Begowi. 
Chciał mnie wraz z kolegą ożenić i przeistoczyć nas na obywa- 



172 



teli żyznej prowincyi, gdzie zamieszkiwał, obfitą roślinnością 
podobnej do raju utraconego. 

W przechadzkach codziennych z przyjacielem G . . . zwiedza- 
liśmy wszystko, co było ciekawe do widzenia w mieście i w oko- 
licach. 

Baka jest sławną źródłami oleju skalnego, będącego głó- 
wnym artykułem jej handlu zewnętrznego. Olej ten jest czysty 
jak woda; świece wyrabiane z niego są przezroczyste, podobne 
do alabastru, przewyższające taniością, jasnością i pięknością 
najlepszą stearynę. 

Oglądaliśmy posiadłości mieszczańskie. Wygodny dom mu- 
rowany z sadem, ogrodem warzywnym i polem ryżowem, około 
trzech włok rozległem , nie kosztuje tam więcej nad 300 rubli 
srebrem. 

Nadmorskie okolice Baki są bardzo malownicze i mieszczą 
w sobie rożne szczególności. Najgodniejszą uwagi z wielu 
względów jest bez zaprzeczenia świątynia pogańska, zburzona 
do reszty ostatniemi czasy przez sołdatów moskiewskich. Na- 
leży ona nadto do rzędu najciekawszych przedmiotów Kaukazu. 

Odwieczna ta budowa z granitu szanowaną była przez ty- 
siące lat od starożytnych Medów, Persów i ich następców. 
Chronili oni pamiątkę, która w niczem im nie przeszkadzając, 
drogą dla nich była, jako świadek upłynionych wieków. 

Świątynia stała spokojnie na miejscu wulkauicznem, wydają- 
cem bezprzestanny płomień ze stu kraterów. 

Ogień ten, uważany za święty, miał swoich czcicieli od nie- 
pamiętnych czasów. 

Byli nimi Indyanie zamieszkujący w świątyni, zupełnie od- 
dzieleni od świata, wiodący życie pustelnicze. Gdy jedni wymie- 
rali , przybywali ich zastąpić drudzy. 

Dzisiejsi ich następcy, w liczbie trzech, nie mogąc już w zwa- 
liskach znaleść schronienia, pokutnicy, pod gołem niebem peł- 
nią obowiązek swego powołania. 

Język ich jest niezrozumiały, a z nikim obcym rozmawiać 
nie lubią. 

Postacie tych męzkichWestalek obnażone, ogorzałe, opiekłe, 
nieruchome, strzegące dzień i noc wiekuistego ognia , zaklętych 
duchów przedstawiają widok. Jak skielety obciągnięte w paiga- 



173 



minową skórę, przerażają swoim mistycznym , niezgłębionym 
obrzędem. 

Pokarmem ich są uzbierane zioła i jarzyny, odzieżą cieplik 
żywiołu przez nich ubóstwion^ego, obroną i bogactwem mil- 
czenie. 

Strzegąc biedaki owego wulkanicznego ognia (który i bez 
nichby nie zgasł) narazili się niejednokrotnie na napaść hord 
sołdackich plądrujących Kaukaz podczas najazdu. 

Zdawe^o się zabobonnemu żołdactwu, że ((starykin niewątpli- 
wie posiadają skarby ukryte w świątyni. Szukając 'ich , mury 
tego przybytku obrócili w gruzy, a nic nie znalazłszy, skrzy- 
wdzili niewinnych sekciarzy. 

Upewniają, że owi dzisiejsi czciciele ognia są ostatnimi ma- 
gami pozostałymi ż sekty Zoroastra, którym się zdaje, że ogrze- 
wają się przy tym samym dobroczynnym gazie, przy którym 
się niegdyś ich mistrz ogrzewał. 

Wiadomo, że uczniowie Zoroastra, doznając w skutek re- 
formy swego nauczyciela najokropniejszych prześladowań od 
starowierców braminów, a następnie i od machometan po zdo- 
byciu Persyi przez Aleksandra W. , schronili się w części ponad 
brzegi morza kaspijskiego, jako też do Bombay, gdzie byli pro- 
tegowani przez rząd angielski. 



XVL 

POWIEŚĆ O 8UNGULI-HA!«IE. UWAGI NAD 

P0EZY4 WSCHODNIĄ, 



XVI. 

Jbizadko zdarzało mi się na Kaukazie słyszeć podanie, coby 
nosiło rzeczywisty charakter legendy. Powieść , którą przypad- 
kowo usłyszałem w Bace, godniejszą jest pod tym względem 
uwagi, aniżeli wiele innych opowiadań czerkieskich. 

Jestto tradycya o Sunguli-hanie. 

Choć człowiek obarczony dolegliwościami, choć dusza jego 
cierpi, nie może przecież odwrócić ucha od wspomnień prze- 
szłości : tyle one zwykle maj% dla nas powabu 1 

Udawszy się z przyjacielem G... na przedmieście Baki, — 
ja, w celu odwidzenia ranionego kiuleka, — on, aby obaczyć 
ulubioną klacz swoją zwaną bibisz — z wnijściem do karczmy 
zjawił się przed nami derwisz, a powitawszy nas zwyczajnem 
<(8ellam allejkiml» zmusił do odpowiedzi uallejkim sellam!)> a 
następnie do słuchania, co nam prawić zacznie. 

Derwisz, ów koczujący piewca, postawił długi swój kij w ką- 
cie, wydobył z płóciennej torby kilka owoców i częstował nas, 
mówiąc : 

— Chcecie moi przyjaciele dowiedzieć się o tem, o czeme- 
ście w życiu swojem nie słyszeli i o czem bardzo mało komu 
wiadomo? Złóżcie mi po srebrnym pieniążku, a odkryję wam 
tę wielką tajemnicę. 

Wyznaję, że zrazu nieciekawy byłem słuchać owej wielkiej 
tajemnicy; myśl moja była zajęta czem innem; z resztą, nie 
miałem bynajmniej ochoty tracić pieniędzy na dowiedzenie się 
jakiej cudownej powiastki, odgrzewanej ze starych książek 

GoRDOK, Kaukaz. 12 



178 



arabskich pozostałych po upadku Kalifów, lub też jakiego na 
prędce skomponowanego kłamstwa, w czem derwisze celują. 
Już wstawałem, aby odejść, gdy brzęk dwuzłotówki rzucony 
hojną, ręką mego przyjaciela na talerzyk podany przez derwisza, 
zatrzymał mnie w karczmie. 

Derwisz skłoniwszy się, rozpocz^ w te słowa: 

((Była gwiazda, która jasno i uroczo świeciła, dopóki na 
czystem niebios sklepieniu spoczywała. Przeleciała drogi nie- 
bieskich obszarów i zachciała jaśnieć na ziemi , jak jaśniała na 
niebie. 

«Lecz czy widzieliście kiedy spadające gwiazdy? Stają się 
one błędnemi ognikami, skoro dotkną bagnistej kałuży... 

((Był człowiek urodziwy, rozumny i mężny, który zdradzał 
nadziemską wielkość swoją blaskiem dwóch gwiazd tryskają- 
cych promienie mądrości, gdyby snopy słoneczne, z pod wynio- 
słego i szlachetnego czoła. 

((Baka zawdzięcza mu ostatnie chwile niepodległości, a 
świat podziwia w nim postać, która okryła w dziejach wieńcem 
chwały bohaterów Kaukazu. 

((Kiedy to miało miejsce? — nie potrzebiyę wam mówić. 
Wielkie czyny i znakomite zdarzenia obejmują jak wieczność, 
chwile następujących po sobie pokoleń rodu ludzkiego. 

((Posłuchajcie dalej bracia moi: 

(• Skwar słońca dopiekał na pustyni , osuszał zwiędłe latoro- 
śle, źródła i strumienie, podobnie jak boleść wysusza przed zgo- 
nem łzę konającej z zawiedzionej miłości dziewicy . . . 

((Uragan, duszący i zabójczy wichrzyciel, rozpoczął swe 
harce. Toczyły się kłęby gorącego piasku za uciekającą kara- 
waną, piętrzyła się sucha nawałnica piekielnej zawiei. 

((Ile sił starczyło w koniach, wielbłądach i wędrowcach, wy- 
dobywali je z siebie dla wspólnego ratunku. Grzęźli po pia- 
szczystym oceanie, krew pryskała z nozdrzy zwierzęcych, a z ust 
jeźdźców wydobywały się błagalne wzywania litości Allaha... 

((Z rozdętym uraganem pędził na wyścigi rycerz zaklęty. 

(( Jego skrzydlaty rumak zdał się na wolę wiatrów. Niczem 
były dla niego wędzidła. Przebijał lotem parzącej kurzawy 
chmury, gryząc je wściekłemi zęby. 

((Nieszczęśliwy rycerz, skazany na tułactwo, na próżno wzy- 



179 



wał śmierci. Rumak chrapał i mruczał: tobie potępieńcowi 
umrzeć nie wolno . . . nie zasłużyłeś na śmierć czynami żywota ! 

«Ilycerz obejrz^ się na przeszłość i zadrżał z przestrachu. 

« Skrzydlaty koń nie folgował biegu. 

(( Część karawany pozostała w tyle, zziajaua jej reszta zdąź^a 
jeszcze. 

u Ale otóż omdlewająca białogłowa na wielbłądzie wypuszcza 
z wielkiego burnusa swoje niemowlę. Dziecię pada na ziemię, 
karawana rusza dalej. Allah wie, co się z nią stało. Znikła 
w odmętach tumanu. 

u Zaklęty rycerz schyla się z wysileniem, chwyta za pieluszki 
porzucone dziecię, tuli je do łona i wyprzedza wszystkich. 

<( Wpina w szatańskie boki bieguna ostrokończaste żelaza, 
przebiega niezmierne przestrzenie ; — ale dziecina słabnie mu 
w objęciach, spieczone wargi jej zamieniają się w węgiel. 

« Rycerz nie miał krwi, nie miał łzy, ażeby nią otrzeźwić nie- 
mowlę. Głucha bezbrzeżna puszcza roztaczała się do koła. Nie 
widać było żadnej istoty ludzkiej, coby mogła przyjść w pomoc 
malutkiemu — nie było krynicy, w której by mógł go zanurzyć 
zrozpaczony rycerz. 

((Boleść targała jego wnętrzności. 

u Wtem straszliwe jak huki gromów, przeraźliwsze niż łomot 
walącego się sklepienia, rozlegały się w dali odgłosy rozburzo- 
nych żywiołów, które zdawały się gruchotać w posadach. 

u Potem ustały nagle świsty i wycia zawieruchy, cisza nastą- 
piła zupełna — uragan się udobruchał i do snu ukołysał. 

u Krwawą łuną gorzał zachód na niebie, lecz ostatni promyk 
słońca, żegnającego to morze bezwodne, miał pożegnać dziecię 
na zawsze, potępieńca zostawić bez nadziei . . . 

((Niespodzianie napotyka on żałośnie ryczącą lwicę. Nurzała 
ona paszczę w rozpalonym piasku obok uduszonych swych 
szczeniąt. 

u Z zachodzącem słońcem przeznaczeniem potępieńca było 
zapaść się w nieznane otchłanie na męki i katusze. Zmuszony 
powierzyć pustyni ofiarę, którą napróżno usiłował jej wydrzeć, 
naciągnął majdan i napiętą strzałę zwrócił ku lwicy. 

((Rycerz i drapieżny zwierz spojrzeli sobie oko w oko. 

12* 



180 



Wzrok ich był piorunujący, groźny, jaskra wszy od błyskawicy, 
ostrzejszy od sztyletów. 

((Lwica uległa potędze czarodziejskich oczów, a zwiesiwszy 
łeb, leniwo rozciągnęła się na płaszczyźnie. Wezbrane, przepeł- 
none wymiona przejęły boleścią osieroconą samicę. Ryknęła 
jeszcze tak okropnie, że ziemia zadrżała, jęk gdyby od grzmotu. 

((Wejrzenie zaklętego jeźdźca nie ustępowało jej, chroniąc 
od pożarcia dogorywające dziecię. Lecz o cuda ! wiedzione ono 
instynktem podpełznęło do piersi przybranej macochy, i kiedy 
słońce tonęło już gdzieś za krańcami świata, malec karmił się 
wyssanem mlekiem, a straszna macocha nabrawszy dobrego hu- 
moru , pieszczotliwie go lizała. 

((Wtedy jeździec wydał okrzyk radości, rozstał się na zawsze 
ze złym duchem, swoim szatańskim biegunem, po latach stu po- 
kuty pierwszy raz zapłakał — i dosyć było szczęścia dla niego! 
Łzy jego tworzące się z pozostałego ciała rozpłynęły się w mi- 
ryady kropel wieczornej rosy, gdy kości unosiły sępy o złoco- 
nych dziubach, żeby je złożyć w grobie hadżichw Mekce. 

(( Ubiegło lat wiele od tej epoki. 

(( Chłopiec chowając się w pustyni ze lwami wyrósł na mło- 
dzieńca, siłą i męztwem stał się olbrzymem okolicy. Był on nie- 
pokonanym dopóty, dopóki zgon lwicy, na której jeździł, ściga- 
nej przez rzeszę strzelców, nie wtrącił go do niewoli Arabów. 

(( Stary władzca Beduinów zdumiony widokiem niezwykłego 
jeńca, którego pojmał na łowach, obdarzył go \^iedzą mało 
komu znaną, nazwał Sunguli-hanem i mianował szeikiem ple- 
mienia. 

((Plemię to rozrodziło się i wydało wojowników, którzy 
w Persyi bogatej , gdzieś nad brzegami rzeki, zgromadzili hufce 
i ruszyli razem walczyć przeciw zastępom Urusów. 

(( Sunguli-han , doświadczony szeik Baki , z wysokości baszty 
zamczyska poglądał na czyny młodych bohaterów, wydawał roz- 
kazy, kierował wojną ; następnie witał swych wycho wańców po- 
wracających zwycięzcami. 

((Ale niestety, zazdrość ludzka niszczy często krwawą pracą 
zebrane owoce. 

((Tak się na ten raz stało. 



181 



((AUah odmówił błogosławieństwa powaśnionym i skazał ich 
na zatratę. 

« Ten sam hetman , co z ramienia głównie-dowodzącego Sun- 
guli-hana wiódł zbrojne szyki do boju, po dokonanych cudach 
waleczności chciał spocząć na zdobytych wawrzynach przez wy- 
powiedzenie posłuszeństwa prawemu zwierzchnikowi. 

«W zgorszonych tym przykładem hufcach nastąpiło rozdwo- 
jenie. Rozsypały się one radząc, co czynić wypada, gdy tym- 
czasem Urus korzystając z nieładu, zagarnął wszystkich. 

u Czy widzicie tę basztę ? . . . W niej to marzył niegdyś nie- 
zwyciężony szeik o wyzwoleniu Kaukazu. Sterczy on*a dziś sa- 
motnie, jak piramida na mogile, jak umarły sztandar hetmań- 
skiej dumy! 

((Zdradzony Sunguli-han powrócił między dzikie zwierzęta i 
zginął bez wieści. » 



Poezya wschodnia, nie obfita w legendy, zdruzgotana przez, 
smutną rzeczywistość, upadająca pod obuchem przemocy, two- 
rzy zazwyczaj dziwne, nadprzyrodzone, czarodziejskie światy, 
lecz jakże świetne i wspaniałe ! Jak szatan Miltona, co jednem 
skrzydłem dotyka piekieł a drugiem niebiosów, tak owa poezya 
jednoczy na ziemi otchłań cierpień z rajem; wprowadza na wi- 
downię piękne i zadziwiające istoty, które , choflaż należące do 
krainy duchów, pojawiają się między ludźmi, obcierają się o 
nich, żyją z niemi, kochają ich i działają przez ludzi dla ludz- 
kości. 

Trudno jest człowiekowi zpod ołowianego nieba północy 
ocenić należycie poemata wschodnie ; prostota w nich rozlana 
dochodzi do naiwności dziecięcej, zwyczajna miłość zamienia 
się w namiętną, nienawiść w zemstę — a w tych ostateczno- 
ściach widać wszędzie naturę potężną, pierwotną, dziewiczą. 

Nie można się dziwić, że muza takiej poezyi zamyka po- 
dwoje swej świątyni przed czcicielami arytmetyki, nieloicznymi 
sekciarzami loiki, słowem, przed owymi pseudo-mędrcami, co to 
są ani zimni ani gorący, lecz ckliwo letni — dla których błę- 
dnym rycerzem, najznakomitszym rycerzem XIX wieku jest... 
żandarm ! 



182 



Nie wątpię, że gdyby się znalazł między nami marzyciel, 
coby kreślił obrazy współczesne na sposób wschodni, uśmiecha- 
noby się słuchając go, możeby nawet powiedziano, że ma bzika. 

Jestto skutkiem przytępienia smaku, uczucia piękności, 
który zwykle cechuje czas tranzycyi, przejścia z jednej epoki do 
drugiej , w jakim właśnie jesteśmy. 

W dzisiejszym przedświcie odśpiewaliśmy hymn pogrzebowy 
na gruzach przeszłości, nie mogąc jeszcze wznieść nowej bu- 
dowy z nagromadzonego stosu odwiecznych materyałów leżą- 
cych odłogiem. Zżymamy się, napotykając ku temu przeszkody, 
a skarłowaciała wyobraźnia nasza, niezdolna stworzyć brylanto- 
wego pałacu, usuwa cuda, krąży po nad zgliszczami i opiewa 
ruiny. 

Zkądinąd nawykli do życia sztucznego, oddaliwszy się od 
macierzyńskiej przyrody, nie postrzegamy w niej z łatwością 
tego, co prawdziwie lubujący ją synowie na pierwszy rzut oka 
widzą. 

Nauczyliśmy się przytem najpiękniejsze dzieła stworzenia 
ważyć niejako na szali, kłaść, że tak powiem, w chemiczny ty- 
gielek i uwielbiać je w nagich rozczynach. Rajska sukienka 
ułudy mało ma dla nas powabu. 

Trudne zaiste zadanie artysty, przedstawiciela wieku niema - 
jącego wydatnych zafysów, wśród ścierających się tysiącznych 
opinii ! . . . 

Zamiast on wzmacniać zdrowemi pokarmami siły nasze, 
orzeźwiać wyobraźnię, rozwijać stronę duchową, zmuszony jest 
przede wszystkiem cucić omdlałych od znoju, jak ów lekarz, któ- 
remu gdy nie wystarczają balsamiczne wonności, zastępuje je 
wezykatoryami lub rozpalonem żelazem. 

Lecz kto raz oddalił się na chwilę od ogniska teraźniejszej 
cy wilizacyi, czyja stopa zabłądziła do kaukazkiego lądu , ten do- 
znał błogiego pokoju ducha, ukochał prostotę i poczuł poezya 
wschodnią. 

Widzieć pasterski lud potomków Dżengishana koczujący na 
rozległym stepie ponad morzem Kaspijskiem, pośród zburzo- 
nych karawanseraj ów; mierzyć okiem niebotyczne skały Dage- 
stanu , kryjówkę walecznych górali ; słyszeć tentent dzwonków 
poruszanych przez wielbłądów postępujących poważnie po spie- 



183 



kłej murawie; spoczywać swobodnie w namiocie na widno- 
kręgu przedstawiającym obraz nieskończoności, wszechświata, 
po nad którym orły zataczają koła — a wszystko ujęte w ol- 
brzymie ramy malowniczych okolic, o! jestto majestatyczna 
panorama , która nasuwa się nam przed oczy za każdem ze snu 
przebudzeniem . . . 



XVII. 

WIADOMOŚĆ O LOSIE LIBII. HANDEL NIE- 
WOLNIKAMI. BAZAR W BACE. 



xvn. 

Derwisz, co nas zapoznał bliżej z bohaterem Kaukazu, Sun- 
guli-hanera, należał do liczby tych ludzi, którzy się nie zrażają 
przeciwnościami. W całej jego powierzchowności przebijała 
się silna wola i pogarda niebezpieczeństwa. Był on z urodzenia 
Lezginem, — i nawet po upadku Szamyla roznosił propagandę 
szamylowską w krajach muzułmańskich podbitych przez Mo- 
skwę. 

Włos długi, srebrny, nfe piersi mu spływał; na powiastki 
jego zbiegały się dzieci, gromadzili ich ojcowie, starce, i młódź, 
która porzucała zabawy rada usłyszeć derwisza, co wieku pa- 
miętał początek, co obszedł w życiu i morza i kraje, przyniósł 
w zamian naukę za lata, i składał pieśni z dawniejszych pa- 
miątek. 

Przybył on niedawno z gór i wkrótkim czasie zjednał sobie 
słuchaczy. 

Nie obeszło się jednak, aby nie zwrócił na się uwagi i poli- 
cyi, która zaczynała go tropić. Powziąwszy ja o tem wiadomość 
na wieczorze u Abduł-Bega, pobiegłem szukać czcigodnego pie- 
wcę, przestrzegłem, aby się miał na ostrożności i zaprosiłem go 
do siebie. 

Abduł-Beg był ciekawy ostatnich zdarzeń. Dowiedzieliśmy 
się z przerażeniem , że po uwięzieniu do Kaługi ^zamyla , Mo- 
skwa, korzystając z chwili, napadła jednocześnie z wysileniem 
na mnogie auły, a ogniem i mieczem w perzynę je obróciła. 



188 



— Czy — zapytałem — nie słyszeliście przypadkiem zacny 
staruszku o rodzinie Lezgina Abbasa? 

— Abbas, Abbas, dawny druh ! . . . już kilka miesięcy minęło, 
jak anioł Gabryel uniósł go na skrzydłach do siódmego nieba. 

— A jego rodzina? ... 

— Młody Mustafa zginął wraz z innymi w obronie swego 
aułu. 

— A Libia, Fatyma, Assya? ... Przebóg! co się z niemi 
stało ? . . . 

— O losie Assyi i Fatymy, to tylko wiadomo, że znikły 
z aułu wraz z wielu innemi niewiastami... Libia zaś wolała 
ciało swoje zagrzebać w przepaści, niżeli je oddać na pastwę 
sołdactwu. Około ogrodu Abbasa znajduje się wąwóz, którego 
dna ludzkie nie dojrzy oko, a ucho słyszy tam tylko łoskot roz- 
bijającego się w ciemności potoku. Po zdobyciu aułu kilku żoł- 
nierzy postrzegłszy dziewicę kryjącą się w ogrodzie pobiegło 
ku niej. Nieszczęsna chroniąc się od napaści... 

— Przestań, przestań, derwiszu! ... zawołałem — i pomimo 
rezygnacyi, którą uzbroiłem się od dawna na wszystkie ciosy 
zawistnego losu, opowiadanie jego na wskroś mnie przeszyło. 

Gdyby nie otaczające mnie kółko poczciwych ludzi , gdyby 
nie wysokie współczucie i poświęcenie się przyjaciela G . . . , tu- 
dzież męzkie perswazye Abduł-Bega, tkliwe pocieszania Andzi, 
mądre rady derwisza, który pojął stan mój, możebym był upadł 
pod ciężarem boleści. 

Później rezygnacya moja była większą niż zwykle , ale też i 
większa niż kiedykolwiek obejmowała mnie melancholia i nie- 
pohamowana, niemal chorobliwa, żądza powrotu do Polski. 

Po zgonie Libii, po zniknięciu Fatymy i mych najdroższych 
opiekunów i przyjaciół, cóż mogło mnie wiązać z opanowanym 
przez wrogów, zamienionym w spustoszony cmentarz Kauka- 
zem, oprócz wspomnienia? ... 

Taż sama Libia, na którą gdy patrzyłem, wzrok jej ożywiał 
się niewinnym, świętym zapałem ; gdy słuchała mowy mojej, du- 
sza jej tkwiła na mych ustach ; gdy przywoływała mnie po imie- 
niu, twarz jej jaśniała radością — ta sama Libia zagrzebana ży- 
wcem w skalistych szczerbach Kaukazu, po którym pozostał 
cierń w sercu mojem ! 



189 

Tak straszny uragan powala młodociane drzewo, wynioały 
jego wierzchołek zgina nielitosciwym zębem, tarza po ziemi 
odrosła okryte pączkami i kwieciem ! 

Dobroczynna dłoń stawia podporę, zwolna prostuje zgnę- 
bioną, roślinę i kilkokrotnem węzłem ustala jej trwałość. 

Płacze obwisłemi gałązkami drzewina, utraciwszy wśród 'za- 
mieci pierwotne zawiązki. Jedne z nich sponiewierane, zeschłe, 
odcięto od niej ; inne porwane burzą z ułomkami gałązek zanie- 
sione zostały gdzieś w otchłań i pogrążone w odmętach, a jako 
ślad swego istnienia zostawiły w rdzeniu łodygi głębokie rany, 
które deszcz z gradem jątrzy i omywa. 

Miotane nową zawieruchą szamota się nieszczęsne drzewko, 
w boleści i rozpaczy usiłuje zerwać pęta powstrzymujące je od 
upadku, pragnie, aby mocniejszy uragan wyrwał je nakoniec 
z posady i wtrącił w tę same przepaść, gdzie listki jego błogich 
nadziei zatracone zostały. Skrzypi, rzuca się, wstrząsa, przywią- 
zane do podpory — wreszcie zmordowane, z uciszeniem burzy 
staje się bezwładnem, osłupiałem, żyjącem o tyle, o ile jeszcze 
cierpieć może. 

Wtedy boska przyroda rozciąga nad niem swą opiekę. Opa- 
trzność przyszedłszy w pomoc, kładzie balsam uzdrawiający na 
jego blizny; — i oto drzewo zaczyna się znowu rozwijać, po- 
dnosić do jaśniejszego błękitu niebios, zielenieć i uśmiechać 
wdziękiem świeżości, woni i niewinnego odrodzenia. 

Wiaro! gdy Twórca natchnie tobą człowiecze jestestwo, 
przyjaźń i poświęcenie braterskie uleczy upadającego bliźniego. 
Nie zginie on w przepaściach rozpaczy, nic złamie się na bez- 
drożach przeciwności, powstanie duchem, bo znajdzie podporę 
drzewka . . . 

Oby te słów kilka, przypisane koledze G... przyjęte przez 
niego zostały, jako wieniec mej wdzięczności niezwiędłej wielu 
latami czasu ! . . . 



Oczekując sposobności nąj prędszego powrotu do Polski na 
łono rodziców, przechadzki nadmorskie w Bace były dla mnie 
pożądaną rozrywką po otrzymanych wstrząśnieniach . . . 

Port miejski różny od przedmieścia przedstawiał widok. 



190 

Ruch, zgiełk, kramy, przekupnie, las masztów wyglądających 
z przystani, wszystko znamionowało, że handlarze założyli tam 
swoją siedzibę. 

Wychowany u Lezginów, gdzie głównym warunkiem bytu 
człowieka jest koń, zamiłowany w nim, z przyjemnością zwie- 
dzałem targowisko końskie. Przedstawia ono nader ożywiony 
obraz. Tu Grek w białej tunice rozprawia z Turkiem w zawoju, 
dalej Tatarzyn z Kacapem, Czerkies z Gruzinem — widać tam i 
żydka berdyczowskiego, jak na maskaradzie. Patrząc na nich, 
zdawałoby się, że zbratali się ogniwem miłości i zgody — gdzie 
tam! to tylko pieniądz kojarzy ich na jarmarku w jedną sprzęźę, 
a jutro znowu za łby się pobiorą. 

Turkomańcy o wklęsłych, oliwkowych policzkach z wystają- 
cemi kościami pod oczyma, o spłaszczonych nosach , czarnych, 
malutkich, bezustannie ruchomych oczach, wyglądających z po- 
łyskującej skóry (czysty typ mongolski!), odgrywają ważną rolę 
na bazarze Baki , jako handlarze hurtowni tabunów koni , które 
z łatwością i korzystnie spieniężają. 

Turkomańcy ci są to korsarze z powołania. Mieniąc się 
kupcami , zdobyte prawem chytrzejszego zwierzęta aż do Baki 
sprowadzają. Są oni dalecy od oszustwa, ale jako zawołani ra- 
busie stają się niebezpiecznemi sąsiadami dla Persów. Wojna 
między nimi nie ustaje nigdy — raz zaczepna, ta znowu w od- 
porną przechodzi. — Turkomańcy umieją zawsze kosztem Per- 
sów osiągnąć materyalne korzyści. 

Kradzież koni w krajach stepowych nie poczytuje się za 
grzech. Ludy w nioh osiadłe celują w tej kradzieży. 

Eoń turkomański (ardamak) zdaje mi się być szczytem ideała 
tego zwierzęcia. Rosły i wysmukły, przyzwyczajony do łoju ba- 
raniego za pożywienie, może wytrzymać w biegu odległość mil 
kilkudziesięciu. Przy tem jest nadzwyczaj zwrotny i zręczny. 
Kształty jego ciała są zgrabne, muszkuły rozwinięte, a żyłki po- 
wlekające ciało znamionują wytrwałość i siłę. Noga sucha koń- 
czy się gładkiem a drobnem kopytem, które rzadko opatrują 
podkową. Maść złoto -gniada, szerść miękka i lśniąca, włos 
grzywy delikatny, łeb i uszy małe, oko wielkie, pełne ognia, cha- 
rakter żywy lecz łagodny, skoki sporsze od czerkieskich a na- 
wet arabskich koni, cechują szlachetny ród ardamak a. 



191 

Nie było wypadku, aby zdołano uciekającego w stepie na 
nim Turkomana dopędzić na perskim lub innej rasy rumsUcu. 

Dagestan, obfitujący w stada dzikich koni, nie jest zapewne 
kolebką ich rodu. Turkiestan tak pod względem klimatu jako i 
bujnej paszy na równinach, odpowiada lepiej warunkom doty- 
czącym wychowania końskiego. 

Frymarka atoli ludźmi dostarcza znaczniejszych zysków 
haadlarzom aniżeli końmi. Sprzedaż niewolników w Bace od- 
bywa się na rozległą stopę z wiedzą władzy moskiewskiej, która 
w pewnych formach zewnętrznych stosuje się do praw między- 
narodowych. 

Handel niewolnikami jest tam publiczny, lecz ograniczony o 
tyle, że ten, kto kupił mężczyznę lub kobietę (za cenę od 50 do 
100 rubli), nigdzie w środkowej Rosyi sprzedawać mu ich nie 
wolno. 

Niewolnicy ci w ogóle nie doznają złego obchodzenia, czę- 
stokroć nawet zebrawszy własnym trudem lub przemysłem 
kwotę pieniężną wykupują się na wolność od swych posiadaczy^ 

Byłem raz świadkiem zajścia między niewolnikiem Arabem 
i Czerkiesem: 

Arab wyciągał najspokojniej ze studni kubeł napełniony 
wodą. W tern nadbiega Czerkies i rozkazuje, aby tę wodę wlał 
do jego wiadra. Arab zrobił napastnikowi uwagę, że nie jest 
jego sługą. Rozgniewany tem Czerkies chwycił za kańczug z za 
pasa i chciał nim upokorzyć murzyna. Ten dotknięty do ży- 
wego tak krzyczącą niespawiedliwością , nie widząc naprędce 
innego środka obrony, porywa ogromny kamień, i podnosi 
w górę w zamiarze strzaskania czaszki zuchwałemu przeci- 
wnikowi. I 

Nie przypuszczałem, aby taka siła fizyczna mieściła się 
w człowieku, gdyż później trzech ludzie nie było w stania unieść 
tego kamienia. Stąd przyszło mi na myśl , że nadużycie niewol- 
nictwa może zgotować w społeczeństwie nieprzewidziane wstrzą- 
śnienia i zetrzeć głowy ciemiężców, czego ów Arab karawanowy 
chciał dać przykład. 

Nadbiegający Czerkiesi pociągnęli za sobą zagrożonego 
współziomka . . . Arab długo jeszcze trzymał wyciągniętą rękę 
uzbrojoną zabójczym głazem, żyły wystąpiły mu po czarnej 



192 

skórze, wzrok zaiskrzał oburzeniem, a z pomiędzy białych jak 
kość słoniowa zębów wypadły klątwy i bluźnierstwa. 

Ten sam jednak niewolnik, jak się później dowiedziałem, był 
zazwyczaj cichym , łagodnym i bardzo przywiązanym do swego 
pana, który się z nim dobrze obchodził. 

Oprócz targowiska na konie i ludzi, wielki bazar Baki obej- 
muje rzędy sklepów po obu stronach ulic, jakoteź kramiki prze- 
noszone z miejsca na miejsce przez tragarzy. Na pierwszy rzut 
oka postrzega się , że bazar ów należy do dziedziny azyatyckiej, 
zmoskwiczonej cokolwiek , lecz która nigdy nie stanie się euro- 
pejską. 

Przekupnie noszący na głowach donicę z lodami , baraniemi 
pierożkami, szyszlikami, wodą rozmąconą z miodem, zachęcają 
tam przechodniów do pokosztowania tych łakoci. Biegające 
kupczyki, wrzeszczą zachwalając swe towary. Przypominają oni 
żydków warszawskich przesuwających się na ulicach Miodowej 
i Senatorskiej, którzy, zaledwie przewiną się koło przechodnia, 
muszą mu wypowiedzieć , że mają różne fanty, perły, fałszywe 
brylanty, lornetki, łańcuszki, pachnidła, mydła, angielskie mu- 
chy, scyzoryki, szuwaks, szczoteczki, i jeszcze coś więcej . . . 

Kwartalni i czastne prystawy o argusowych ślepiach 
krążą po bazarze jak bociany na żerowisku. Potrącają i są po- 
trącani. 

Arystokracya tylko kupiecka jest wolną od szturchańców. 
Panie kupcowe, półtoraczne jejmoście, siedząc za kramem przed 
kipiącym samowarem, piją spokojnie czaj ze spodków od fili- 
żanek; spoglądają pysznie, każda za swej sklepowej ramy, na 
szanowną jarmarkową publikę, jak gdyby się nie troszczyły o 
sprzedaż. t 

— Oto towar, weź go, jeśli ci się podoba, zapłać i idź z Bo- 
giem; w przeciwnym razie obejdę się bez ciebie! — Są to słowa 
dające się wyczytać na ich twarzach. 

Szopy mieszczą w sobie wystawę kobierców perskich, kindża- 
łów, siodeł, poduszek, lakierowanych kuferków, kudłatych cza- 
pek czerkieskich , lezgińskiego sukna, któregoby wilk nie prze- 
gryzł, pierścionków^ bransoletek, naszyjników tatarskich złożo- 
nych z kilku sznurków nawleczonych srebrną monetą, itd. 

Lecz cóż to za wrzawa odbywa się na środku bazaru ? Ciżba 



193 

uliczników otoczyła czterech Czerkiesów przybyłych z gór na 
jarmark. Jeden z nich , chwyciwszy za uzdę konia jakiegoś jeź- 
dźca, zatrzymał go na miejscu. Co chciał od niego? trudno 
było dosłyszeć. Nieznany jeździec straszliwemi zionął groźby; 
górale zagłuszyli go krzykiem. Napadnięty uderzył batogiem 
w głowę najbliższego przeciwnika, który omdlawszy od silnego 
razu, potoczył się na ziemię. Jeździec spiął rumaka ostrogą, ru- 
mak stanął dęba, ciekawi widzowie się rozpierzchnęli , koń i 
jeździec puścili się cwałem ścigani przez Czerkiesów. 

Co się z nimi stało? nikt się nie dowiadywał. Podobne go- 
nitwy, bitwy i harce na batogi i noże są na Kaukazie tak po- 
wszechne, że nie tylko pospólstwo, ale i policya z obojętnością 
na nie patrzy. 

Rzeczywiście, życie ludzkie na Kaukazie można nazwać mi- 
giem. 



GoEDOM, Kaukaz. 13 



XVIIL 

POLACY W WĄWOZACH KREDOWYCH. 

GÓRA ARARAT. 



13* 



xvm. 

Mowę wieści powzięte od Persów, zamieszkałych w Bace, 
zrządziły mnie i memu przyjacielowi słodką nadzieję ujrzenia 
przed opuszczeniem Kaukazu kolegów naszych rozproszonych 
po ostatniej bitwie. 

Dowiedzieliśmy się, źe w okolicach okręgu Bakińskiego 
istniało od dawna towarzystwo Polaków, którzy z niedostę- 
pnych kryjówek niekiedy wychodzili na łowy, i że towarzystwo 
to właśnie po rozbiciu Szamyla powiększyło się i stało czynniej - 
szem. 

— Może też tam znajdziemy ojczulka Opaczyńskiego — rze- 
kliśmy do siebie — i zamiar podróży w celu odszukania go po- 
stanowiliśmy niezwłocznie wprowadzić w wykonanie. Co się 
stało z Opaczyńskim, jego żonami, dziećmi i majątkiem, nie 
wiedzieliśmy na pewne, oprócz, że widziano go po przerżnięciu 
się naszej sotni z Eeremzału wracającego napo wrót w tamtą 
stronę. Niespokojni więc byliśmy, czy kulka moskiewskiego ka- 
rabina nie skróciła dni naszego dowódzcy, i daliśmy sobie słowo 
nie szczędzić wszelkich trudów w celu przekonania się stano- 
wczo o jego losie. 

Abduła-Beg udzielił nam przestróg niezbędnych do odbycia 
tej wycieczki; nadto kazał wyszukać swego dawnego sługę 
Alabendę (moją znajomość z Polski), który następnie będąc czas 
jakiś majtkiem na okręcie perskim , mógł nam wielce być uży- 
tecznym , jako obeznany doskonale z miejscowością i przesmy- 
kami kontrabandzistów. 



198 

Zjawił się Alabenda, prz}'pomniał mnie sobie; — tak był za- 
chwycony naszym projektem, iż obiecał, w razie gdyby się 
udało odkryć oddział polski w górach, zaciągnąć się chociaż 
nie młody, doń na ochotnika. 

Alabenda udzielił nam bliższych szczegółów o owem stowa- 
rzyszeniu Polaków, a mianowicie: że jestto bractwo zbiegów 
z szeregów rosyjskich, że wszyscy należący do niego są bez- 
żenni, żyją społem dzieląc się równo łupami zdobytemi na Mo- 
skwie, na którą ciągłe wyprawy czynią. Rząd moskiewski na- 
zwał ich rozbójnikami, lecz Czerkiesi a nawet Persowie nie 
uważają ich za takich, albowiem zostają z miejscowymi w naj- 
lepszych stosunkach. 

Opowiadał dalej, że jaskinie ich i kryjówki są w górach kre- 
dowych, że utrzymują branki moskiewskie, których na usługi 
swoje używają do czasu, lecz gdy zajdą one w stan poważny, 
wydalają je, dając pewien fundusz na drogę, do miast perskich, 
gdzie te wdowy następnie z pracy rąk dzieci swe wychowują. 
Wiedzą dobrze o miejscach pobytu tych dzieci, a skoro który 
z synów wzrośnie, stanie się zdolnym do jeżdżenia na koniu, po- 
rywają go podstępnie matce z niesłychaną zręcznością i wcie- 
lają do swego kółka. 

Straszni to mają być dla Moskwy prześladowcy i mściciele. 
Dopuszczają się nawet barbarzyńskich okrucieństw, podobnie 
jak Czeczeńcy, na schwytanych popach, a zwłaszcza na koza- 
kach, z których żadnemu życia nie darują. Stałe punkta ich 
oparcia pokryte są najgłębszą tajemnicą. Mieszkańcy sąsiednich 
okolic, jedni przez obawę , drudzy przez współczucie, nie śledzą 
ich i nie zdradzają. 

Droga prowadząca do gór kredowych, którąśmy przebyw^ali, 
wydała nam się nader malowniczą. 

Z jednej strony rozpościergJ: się łańcuch skał, których cie- 
mne wierzchołki zdawały się być wystrzyżone z papieru i przy- 
lepione na tle błękitnem. Gdzieniegdzie z pomiędzy tych skał 
wyglądały ruiny świątyń, fortyfikacyi i karawanserajów. Ze 
szczelin brunatnych murów wychylały się krzaki, krążyły ja- 
skółki około gniazd przyklejonych do starożytnej płaskorzeźby. 

Naprzeciwko, podobne do zwierciadła o niezmiernych roz- 
miarach, jaśniały spokojne wody Kaspijskiego jeziora. Wielkie 



199 

białe ptaki unosiły się ponad 8rebrzyst% płaszczyzną, wróżąc 
niespokojnością lotu o nadchodzącej burzy. Statki rybackie o 
rozwiniętych na pół masztach zdążały do brzegów. 

Słońce dopiekało gwałtownie. 

Lekki wietrzyk zaczął muskać liście i trawy na górach, mar- 
szczyć przezrocza toni morskich; wsunąwszy się między pia- 
sczyste pagórki, podnosił słupy kurzawy i obracał niemi. Za- 
sypy pyłu niesionego z wysp pokryły nas wkrótce powłoką. 

Z nadciągaj ącemi cieniami wieczoru, chmury rozpostarły 
szary płaszcz na horyzoncie, wiatr się wzmacniała wyjąc po pu- 
stych galeryach i sklepieniach zwalisk, uderzyły grzmoty, pio- 
run narysował się ognistym gzygzakiem , lunęła nawałnica , sta- 
czały się z omszałych murów rumowiska i zdi^o się nam słyszeć 
szczęk oręża w podziemnych pieczarach, westchnienia duchów 
pokutujących w rozpadlinach, na które spienione fale od chwili 
do chwili rykiem odpowiadały. 

Przyspieszaliśmy biegu uchodząc przed nawałnicą, co nie 
chciała rozstać się z nami. Gwiazdy się pochowały na widno- 
kręgu, z trudnością rozeznawaliśmy drogę, koniom było duszno, 
cokolwiek bądź, w pospiesznym pochodzie wyczerpywaliśmy 
z nich sił ostatki. 

Z oddaleniem się od brzegu morskiego wjechawszy w szero- 
kie wąwozy ciągnące się równolegle do rzeki Aras, podróż od- 
bywaliśmy nieco wygodniej. Szczęściem, że ulewa nie długo 
trwała, bobyśmy w nich byli utonęli. Spady wód, śniegów i ka- 
mieni, są to znane trzy plagi Kaukazu. 

Alabenda rozpatrzywszy się i zaciągnąwszy rady od przejeż- 
dżającej karawany, zwrócił nasze kroki ku górze Ararat. 
Rzadko kiedy wstępowaliśmy do chat zamieszkałych, unikając 
podejrzenia, na jakie zbytnie wałęsanie się w tamtych stronach 
łatwo narazić nas mogło. 

Przybyliśmy nakoniec do stóp owego historycznego Araratu . 
rozłożyliśmy się taborem, wypocząwszy zaś podczas noclegu, 
umyśliliśmy zrobić wycieczkę piechotą na wierzchołek. - 

Ararat nie należy do rzędu najwyższych gór Kaukazu — ol- 
brzymem tam jest Elborus wysokości 17,000 stóp, odziany nigdy 
nietopniejącemi śnieżnicami i lodem , na którego szczycie nie 
postała jeszcze niczyja noga, oprócz bajecznych gryfów, przy 



200 



których orzeł wydaje się być tak mały jak koliber, i oprócz go- 
łębia, co uleciawszy z arki Noego, złożył na nim gałązkę oliwną. 

Przekazane nam zostało podanie o morzu bezbrzeźnem i o 
niezmiernym okręcie. Tem morzem był potop, tym okrętem 
arka. Na 2350 lat przed narodzeniem Chrystusa arka ta zatrzy- 
mała się na stałym lądzie Araratu — zawiązki przyszłego orga- 
nicznego świata ocalone zostały. 

Obecnie ludzie panują nad tym samym żywiołem, który nie- 
gdyś ród ich zniweczył. 

Słysząc pogłoskę , jakoby na wierzchu Araratu znajdowały 
się szczątki nawy pozostawionej przez Noego, staraliśmy się ko- 
niecznie tam dostać, atoli pomimo wszystkich usiłowań nie osią- 
gnęliśmy pożądanego skutku. Wyprawa na Ararat przedstawiła 
niepokonane trudności dla niezaopatrzonych w potrzebne ku 
temu przygotowania. Wierzchołka nawet dojrzeć nie mogli- 
śmy, pokryty był kotarą gęstych chmur — pomimo tego, zdało 
mi się, zapewne złudzeniem wyobraźni, dostrzegać na nim coś, 
niby przedmiot wzbudzający tyle we mnie ciekawości. 

Zeszedłszy na dół, dostaliśmy się po długiem kołowaniu do 
wąwozów kredowych, lecz nigdzie nie znaleźliśmy braci na- 
szych. Podróż okazała się daremną, doznawaliśmy atoli wewnę- 
trznego zadowolenia, uczyniwszy krok, który, jako prawi Po- 
lacy, winniśmy byli w tej okoliczności uczynić. 

Jako słaby ślad bytności naszej w górach kredowych i usi- 
łowań zobaczenia się z rodakami, wyryłem na opoce w miej- 
scach najwięcej widocznych napis: «Jusuf i G... szukali waslw 

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy udać się do Tyflisu, a 
ztamtąd do Polski. Nieprzewidziane przygody i niebezpieczeń- 
stwa dalekiej podróży nie zajmowały bynajmniej umysłu mego, 
gdyż lube marzenie ujrzenia domowej strzechy przejmowało 
mnie słodką nadzieją . . . 

Przybywszy szczęśliwie do stolicy Gruzyi, Alabenda, któremu 
Tyflis był dobrze znanym, umieścił nas w części miasta osiedlo- 
nej wyłącznie przez Czerkiesów. 

Nie posiadając żadnych zasobów, ogołoceni ze wszystkiego, 
ścigani losem, mając długą drogę przed sobą, zmuszeni zostaliś- 
my spieniężyć konie. 

Rozstanie się moje z kiulekiem było tkliwe. Nic bole- 



201 

śniejszego nad ów momeDt, gdy uprowadzano go odemnie ! Jak 
on się biedny prosił ! . . . To się spinał, kąsał, wierzgał, wydawał 
rżenia rozpaczy, tak mu żal było opuścić swego pana, z którym 
się razem wychował. 

Już kiulek zniknął mi z oczu na zakręcie ulicy, obcą kie- 
rowany ręką, a jeszcze przypominał mi się odgłosem swych ko- 
pyt. Odgłos ten robił na mnie takie wrażenie, jakie czyni stuk 
bryły rzuconej na wieko od trumny grzebanego towarzysza 
broni. 

Z Tyflisu umyśliliśmy udać się nad morze Czarne, do miasta 
Poti, następnie popłynąć do Odessy. Spotkaliśmy się z niektó- 
rymi rodakami, co podobnie jak my uchodzili od prześladowa- 
nia Moskwy. Zasiągaliśmy u nich wiadomości o Opaczyńskira, 
lecz nic prawdopodobnego nie umieli o nim powiedzieć. 

Widok ziomków, z którymi się dzieliło tyle trudów długo- 
letniej wojaczki, wspomnienia różnych wypadków doświadcza- 
nych razem, oraz doznanych dowodów przyjaźni, złączyły nas 
w jedną spójnię. 

Opuściliśmy gościnne domy Czerkiesów i przeszliśmy na 
kwaterę do współkolegów zajmujących okazały, najęty aparta- 
ment pierwszego piętra przy jednej z głównych ulic Tyflisu. 

Każdy Polak jest jaśnie wielmożnym Polakiem! ... 
Niechno mu się sposobność wydarzy poszumieć nieco, choćby 
za ostatnie grosiwo, niezawodnie jej niezaniedba. Koledzy nasi 
przeistoczywszy się, podobnie jaki i my, z kawalerzystów na 
piechurów, sprzedawszy swe konie, srebrne ozdoby rzędów i 
broni, zebrali dosyć znaczną sumę, i nuż hulać z bajader- 
kami! ... 

Poczciwy Alabenda nie radził nam dzielić z nimi mieszkania, 
lecz uważając nas za mędrszych od siebie, dał sobą powodować 
i uwierzył, że to jest dla nas koniecznem; musiał jednak mieć 
jakieś złowróżbne przeczucie, bo się bardzo zamyślił, a zpod 
dwóch dzikich oczów stoczyły się dwie łzy zraszające ogorzałe 
lita i utonęły w sumiastych wąsach , które naraz obiema rękami 
zakręcił. 

Pożegnaliśmy się z nim w milczeniu pełnem wzrusz^ia. 

W kilka godzin później zdybaliśmy go podchmielonego na 
frasunek. Siedział nieborak zasępiony przed szynkiem na ła- 



202 

weczce, pijąc z kufelka wódkę zmieszaną z piwem. Każdy łyk 
zakasywał kiszonym ogórkiem. Potem, zwyczajem marynarzy 
zapalił fajkę na krótkim cybuszku, zaciągnął się dymem, i wło- 
żył prymkę do gęby. 

Pijaństwo jest tak upowszecłinione w Gruzyi, że ten, kto naj- 
więcej wychyla batelek i ma nos najczerwieńszy, zdobywa sobie 
przez to uważanie. 

Gdy Car Mikołaj zwiedzał Tyflis, feldmarszałek Worońcow 
ukazał mu księcia Eristowa, mówiąc: 

— Mam zaszczyt przedstawić Waszej Cesarkiej Mości naj- 
pierwszego pijaka w mieście! 

Eristow skłonił się nisko zmrużywszy oczy ze skromności, 
uszczęśliwiony z rekomendacyi. 

Skłonność do kieliszka, jakby epidemia jaka, zaraziła mych 
towarzyszy. Zmieniwszy suknie wojskowe czerkieskie na cy- 
wilne, zapuściwszy czuprynę na ogolonej głowie, uczęszczałem 
czasami z nimi do teatru i na inne zabawy, lecz nie mogłem na- 
wyknąć do wina krajowego. 

Szczęście to dla mnie było wielkie, gdyż trunek osuszając 
piersi, wysuszał też powoli i ich kieszenie, popychał w dodatku 
na drogę rozpusty. 

Nie dosyć na tem : byli między nami i tacy, którym się zda- 
wało, że skoro się jest podochoconym i ma się rubla do strace- 
nia, wtedy wolno obić markiera kijem bilardowym i powybijać 
szyby. 

Uchodziły czas jakiś bezkarnie te i tym podone awanturki, 
nareszcie zwróciły baczność policyi. Trzeba było porzucić ci- 
chaczem apartament pierwszego piętra i znowu ukrywać się 
w domach czerkieskich, aby nie być schwytanym; gdy zaś kry- 
jówki nie zabezpieczały nas dostatecznie od przenikliwego wę- 
chu policyantów, wypadło uciekać z Tyflisu. 

Tak też uczyniliśmy. 

Pewnego poranku rozdzieliwszy się z kolegami, ja i przyja- 
ciel G..., błędni tułacze, z tłumoczkami na plecach, zdążaliśmy 
ku Czarnemu morzu. Myśli moje były zbłąkane, przyszłość tak 
niepewna ! . . . 

Nieprzejrzysta mgła otoczyła nas do koła, gdyby szara kur- 
tyna rozsuwająca się w miarę, jak postępowaliśmy naprzód. 



203 



Zostawio'ny losowi, modliłem się szczerze, chociaż modlitwa 
moja nie dałaby się słowami wyrazić ; G . . . nucił piosenkę na- 
rodową . . . 

Na drodze ku Poii rozmaitego doznawaliśmy przyjęcia, lecz 
nigdzie nie zagrażało nam niebe^ieczeństwo , oprócz jednej 
osady, złożonej z kilku nędznych chat, gdzie osiedlony Moskal 
zapytał nas o paszporta. Był to dymisyonowany oficer z pra- 
wem noszenia munduru. Postrzegłszy . że drwiemy sobie z 
niego, chciał nas aresztować. Wydobyte błyszczące kindźały i 
wyszczerzone zęby po lezgińsku zbawiły nas od nieszczęścia nie- 
woli. Moskal osłupiał, nie wiedząc, czy z ludźmi, czy z tygry- 
sami ma do czynienia. Czmychnął do chałupy i zatrzasnął 
wrota za sobą. 



XIX. 

SEKTA SKOPCÓW. PODRÓŻ DO MORZA 

CZARNEGO. 



XIX. 

Oprócz Syberyi i orenburskich stepów Kaukaz jest uprzy* 
wilejowanym kątem, gdzie car zwykł posyłać na wygnanie. 
W ostatnich atoli latach panowania Mikołaja I, mało tam posy- 
łano na pokutę takich, co przestali uwielbiać carat, a natomiast 
tworzono kolonie z sekciarzy religijnych. 

Wiadomo, że cerkiew prawosławna nie dopuszcza kazań, 
nauk ani katechizmu, podobnie jak rząd nie dopuszcza oświaty. 
Cerkiew, nie mając powagi, lęka się ewangielii i nie tłóma- 
czy jej. 

Otóż jedną z głównych przyczyn odszczepieństwa w Rosyi 
jest ciemnota pod względem religii. Każdy wykłada tam sobie 
wedle upodobania teksta pisma s., wielu wykłada je błędnie: 
mnożą się tajemne towarzystwa owych wykładaczy, zyskują 
uczniów i wzrastają w liczne sekty. 

Obecnie Rosya mieści w swem łonie siedemdziesiąt pięć sekt 
róźifych , złożonych z odszczepieńców od grecko - rosyjskiej 
wiary, których ludność w ogóle dochodzi do dziewięciu milio- 
nów dusz, i dzięki sprzedajności urzędników coraz bardziej się 
zwiększa. 

Fanatycy im więcej doznają prześladowania, tem większą 
tchną zawiścią do swych prześladowców. Obecny rząd, zamiast 
ich karać jak dawniej po ojcowsku: knutem, pręgierzem i pię- 
tnowaniem , a zawsze bezskutecznie, osadza ich na pewien czas 
w więzieniu; po skończonym zaś procesie skazuje na przesie- 
dlenie. 



208 



Kaukaz przedstawia pod względem przesiedlenia tę doga- 
dnośó, że składa się z napływowej niozajki ludów rozmaitych 
wyznań , o różnych językach jak u wieży Babel , zwyczajach, 
obyczajach, charakterach, ubiorach, i nikt tam nie troszczy się 
o sekciarzy, nie zwraca na nich uwagi, a tem samem odjęta im 
jest sposobność szkodliwej propagandy, zwłaszcza między mu- 
zułmaninami. 

' Na drodze do miasta portowego Poti, położonego ponad 
brzegiem rzeki Riony, którą zamierzyliśmy dopłynąć do morza 
Czarnego, znajduje się kolonia zwana Maran, osiedlona przez 
Skopców zesłanych na posilenie. 

Skopcy należą do najobrzydliwszej kasty w Rosyi. 

Opierając się na słowach zapisanych u Mateusza s. : «Gdy 
oko cię gorszy, wyłup jen . . . « Gdy ręka cię gorszy, odetnij ją» . . . 
itd. przyjęli je litei*alnie, wprowadzili w czyn i stali się zabój- 
cami siebie samych. 

Jako dobrowolni rzezańcy, kalecząc się w wieku dojrzałym, 
ponoszą ogromne cierpienia w przekonaniu, że to czynią z roz- 
kazu bożego. Kobiety nie wyłączają się z tej reguły. Tracą one 
płodność w skutek pulardowania umyślnie na ten cel robionego. 

Przykre czyni wrażenie widok kolonii Maran zamieszkałej 
przez kilkuset razem mężczyzn, co przestali być mężczyznami. 

Te automata poruszające się zwolna, znamionują swą bezsil- 
ność przy ładowaniu statków mających być przez nich spławia- 
nemi z biegiem rzeki. Chciwość zysku zastępuje u nich pochop 
do pracy. Zniewieściali , ruszają się przecież, aby cos zarobić. 

Każdy z nich nosi szarą siermięgę aresztancką z numerem 
na plecach. 

Cienki głos piskliwy, zmarszczki i przedwczesna zgrzybia- 
łość, cera pargaminowa, otyłość obwisła, chorobliwa, skóra, 
na której nie znać muszkułów, brak zarostu na twarzy, nadto 
wszystkie błędy kobiece bez przymiotów kobiecych, cechują 
Skopca. 

Są przy tem kłótliwi, lecz spory ich o lada co kończą się 
zwykle na samym tylko wrzasku. Jeżeli się zaś zdarzy, że jeden 
drugiego uderzy, pokrzywdzony zamiast się ująć za obrazę swego 
honoru, ucieka z płaczem i denuncyuje przeciwnika. 

Nadewszystko są skąpi. Niektórzy z nich, pomimo szczu- 



209 



płego zarobku, dorabiają się z czasem kilku tysięcy rubli, które 
najczęściej nikną, z ich śmiercią zakopane poprzednio w ziemi. 

Białogłowy Skopczynie składają oddzielną kolonię. Nie 
byłoby celu łączyć razem szczątków dwóch płci rodzaju lu- 
dzkiego, które się same rozdzieliły. 

Przewoźnicy barki, wiozącej mnie z przyjacielem G .. . do 
Poti, byli Skopcy dozorowani przez podoficera od inwalidów. 
^Nieszczęśliwi ci prawie nic do siebie ani do podróżnych nie mó- 
-wili, odpowiadali z niechęcią na ich pytania, niekiedy nawet 
wcale nie odpowiadali. Zobojętniali na wszystko, co ich ota- 
czało, ze spuszczonemi oczyma uderzali jednostajnie wiosłami o 
płaszczyznę rzeki. 

Nic ich nie jednoczyło z tym światem uroczym, — stali je- 
dną nogą na jego powierzchni, a drugą w mogile. 



Podróż wodą była nader urozmaiconą. 

Dziewicze lasy zpośród wybrzeży zdawały się przesuwać 
obok nas ; ciągle zmieniające się a zawsze świetne widoki okolic 
zachwycały oko. Dzikie kaczki w niezmiernych stadach , ustę- 
pując z prądu, wyciągały złocisto-zielonawe szyjki aby się przy- 
patrzyć podróżnym. Białe czaple na wysokich nogach , z pió- 
rami na głowach, przechadzały się poważnie nad brzegiem — 
szły z nami póki mogły, lecz wyprzedziliśmy je; — zwinny nu- 
rek czatujący na pieńku ściętego drzewa rzucał się co chwila do 
toni i powracał na miejsce zasadzki ze złapaną rybą, i tę naty- 
chmiast połykał. 

Barka była napełnioną wędrowcami w różnobarwnych stro- 
jach. Im bliżej znajdowaliśmy się morza Czarnego, ubiory coraz 
jaskrawsze przybywały z ludźmi oczekującymi na przystankach. 
Kolor szkarłatny królował nad innemi. Zawoje Turków, ku- 
dłate, okrągłe czapki Czerkiesów, szpiczaste Gruzynów, przed- 
stawiały kwiecistą pstrociznę. 

Lecz najwydatniejszą postacią był pewien książę, prawdziwy 
typ Gruzyna. W Gruzyi niemal wszyscy właściciele ziemscy są 
książętami, zrujnowanymi książętami. 

Na ramieniu księcia siedział sokół z kapturkiem na ślepiach. 

GofiooM, Kaukaz. 14 



210 

Ke^żę grał na baiabajce o trzech stranach i nucił piosenkę. 
Dwaj jego wasale w tunikach haftowanych srebrem siedzieli 
w kaczki i słuchali go, patrząc na niego. Ująć tę grupę w ramki^ 
a byłby wschodni obrazek! ... 

Piosenka odznaczała się tęskną, przeciągłą nutą, wszelakoź 
można było przysłuchiwać się jej całą godzinę z zajęciem i przy- 
jemnością. Należała ona do rodzaju tych, któremi matki starają 
się usypiać kwilące dzieci, a które ludzi dojrzałych usposabiają 
do marzeń. 

Po skończonej muzyce książę snąć był głodny, bo wyjął 
z kieszepi kawał bałyka (wędzonego jesiotra), a jeden z wasa- 
lów dobył chleba czarnego. Książę rozerwał ba łyk palcami na 
trzy części — toż samo uczynił wasal z chlebem, i wszyscy trzej 
podzielili się tern skromnem śniadaniem. 

Zgrabność w palcach, któremi wybornie zastępowali użytek 
noży i widelców, dowodziła, że byli wprawni do podobnej ope- 
racyi. 

Nieporządek i nieczystość należy także do malowniczości 
Wschodu. 

Białe jak alabaster zęby Gruzynów stanowiły sprzeczność 
z czarnym razowym chlebem pożywanym przez nich. 

Barka zatrzymała się u brzegu. Książę wyskoczył z niej 
z towarzyszami , aby się udać na polowanie. Wprawdzie brzeg 
był zarosły gęstemi krzakami podobnemi do żywego płotu , ale 
Gruzyni , dobywszy kindźałów, zrobili sobie przeręblę i znikli 
nam z oczu. 

Barka żeglowała dalej. 

Niezadługo zawróciła się ona w lewo na zakręcie rzeki i 
wpłynęła z nami do kanału. Ponad kanałem wiązały się gałęzie 
drzew rozłożystych i formowały szpaler. 

Potem znowu ujrzeliśmy się na rzece, lecz już przy jej szero- 
kiem ujściu — po prawej i po lewej stronie rozciągały się ba- 
gna, pokryte wysoką trzciną. 

Na tem miejscu Argonauci ukryli swe statki, gdy przybyli 
do Kolchidy dla zdobycia złotego runa. 

Byliśmy w Kolchidzie! ... 

Zdaleka ukazywało się kilkanaście szop ozy domów drewnia- 
nych. Sądziłem, że to znowu jaka biedna kolonia wygnańców. 



211 

Przeciwnie, powiedziano nam, że to jest Poti, port i miasto za- 
łożone przez ukaz Mikołaja I. 

Za pół godziny wyrzacono z barki linę. Stojący na lądzie 
majtek pochwycił ją i przyciągnął barkę do lądu. Wysiedliśmy 
— a grzęznąc w błotnistem trzęsawisku , zaszargani po kolana, 
obaczyliśmy się nakoniec w ulicy sławnego miasta założonego 
przez ukaz Mikołaja I. 

Port był bez przystani, a miasto bez mieszczan. 

Nie pozostawało, jak zajść do oberży, aby się przedewszy- 
stkiem osuszyć przy kominie, a następnie posilić. 

Ale gdzie tu szukać oberży ? . . . 

Nie pewni czy w mieście istnieje jaka, zapytaliśmy o to 
chłopca na ulicy; ten nas zaprowadził przed dom o czterech 
oknach rozdzielonych w połowie drzwiami malowanemi na czer- 
wono , ukazał je palcem i oddalił się w milczeniu ; potem się 
zawrócił i zażądał, abyśmy mu zapłacili pięć kopiejek za usługę. 

W dwóch' przednich oknach domu widać było wystawę my- 
dła ułożonego w piramidę, tytoniu w liściach, cybuchów z wiśni 
kaukazkiej, suszonych śliwek, pierników, itd. — zakrawało to 
coś na korzenny sklepik. W dwóch pozostałych, błyszczały dwa 
mosiężne samowary — godło oberży. 

Weszliśmy więc do niej. 

Na wilgotnej, odzianej grubemi warstwami stwardniałego 
błota podłodze, biegały prosięta, kury, i bawiły się dzieci ; u su- 
fitu wisiały poprzy czepiano szynki, pęki świec łojowych, sadła, 
ryby solone, baranie skóry, tudzież wianki czosnku i cebuli. 
Kolchida obfitowała w serowe dostatki 1 ... 

Zaduch w izbie był nieznośny. 

Na środku, przy wielkim stole usadowiło się na ławach bie- 
siadników grono różnej narodowości. Jedni pili wino krajowe, 
drudzy nieosłodzony czaj w prekusku, inni połykali dym 
z fajek i nie wypuszczali go z brzuchów. 

Lecz więcej nad wszystko zajęli naszą uwagę dwaj ludzie 
rozmawiający z sobą w rogu izby, których z razu nie postrzegli- 
śmy. Należeli oni do liczby naszych niegdyś towarzyszy broni. 
Co za spotkanie ! Przebrani po ormiańsku zmierzali takoż do 
Odessy. 

Aby nie obudzić na się czujności nieprzyjaciół mogących się 

14* 



212 



znajdować przy wielkim stole, powitaliśmy się na pozór dosyć 
obojętnie; wyszedłszy zaś na dziedziniec, mnówiliśmy sig razem 
odbywać dalszą podróż. Polacy, jak cyganie, zawsze lubią, być 
razem ! Koledzy mieli przy sobie zbytnią liczbę fałszywych pasz- 
portów, które nam bardzo były na rękę, bez nich bowiem nie 
przyj ę toby nas na statek. 

Społem czas dosyć prędko nam upływał, chociaż w najnu- 
dniejszym kącie świata, jakim jest Poti. 

Potrzeba było oczekiwać na morski statek przez parę tygo- 
dni w nieznośnym klimacie, gdzie tak łatwo nabyć żółtej febry, 
z powodu bagnistego położenia kraju. 

Do tego ciągła niepogoda nas niepokoiła. Wielkie statki nie 
zatrzymywały się podczas słoty przed portem , do którego zbli- 
żyć się nie mogły z powodu płytkości wody; barki zaś, przezna- 
czone do odstawiania podróżnych do wielkich statków, nie 
śmiały wyruszyć z przystani. 

Samo przez się rozumie się , że nic ciekawego w nowo zało- 
żonej mieścinie ani w jego okolicach do zwidzenia nie było; 
oprócz morza gubiącego się w przestrzeni, jako też smętnego je- 
ziora Poti, które powstało, jak twierdzą, w skutek zapadnięcia 
się miasta greckiego Phasis przez trzęsienie ziemi. 

Przypatrzyliśmy się też kobietom Mingrelskim, uchodzącym 
za najpiękniejsze na kuli ziemskiej. Nie rzadko pojawiają sie 
między niemi blondynki z czarnemi, a brunetki z cudownemi 
niebieskiemi oczyma o długich rzęsach. 

Zmuszonych słuchać gawęd karczemnych uderzyło nas po- 
między innemi miejscowe podanie o popie i sołdatach, da- 
tujące się z epoki podbicia części Mingrelii przez Moskwę. Du- 
mas w swem dziele o Kaukazie o niem wspomina. 

Rzecz tak się podobno miała: 

— Sołdaci wkroczywszy do Mingrelii, rzucili się przede- 
wszystkiem, jak drapieżne kruki, na rabunek do obozu baszy. 
Był między nimi pop, rodzaj kapelana, który uczestnicząc w bi- 
twie, chciał też mieć udział i w zdobyczy. 

Traf zrządził, że wpadł on najpierwszy do namiotu skar- 
bnika czy podskarbiego baszy. Stała tam szkatuła i klucz był 
w zamku. 

Pop otworzył szkatułę — pełną złota. 



213 

Lecz była za ciężką, aby ją, mógł unieść — zresztą, widzia- 
noby go, a nie pragnął być widzianym ; — nuż tedy napychać 
złotemi blaszkami kieszenie, kłaść je za pazuchę, w cholewy, 
gdzie się tylko dało ! . . . 

Wtem nadbiegli sołdaci. 

— Do mnie tu, do mnie, przyjaciele! — wołał do nich — 
patrzcie na te marności i bierzcie co wam się podoba! ... bo 
moje dobra nie są z tego świata! ... 

Ukazując skarb pogardliwie, zbliżał się tymczasem ku 
drzwiom. 

Ale tak rzadka bezinteresowność rozczuliła do łez sołdatów. 

— Otóż to pop! — wykrzyknęli — niech żyje taki święty 
batiuszka! ... 

Że zaś lud moskiewski ma zwyczaj porywać i piastować 
tego, kogo ukocha, chwycili więc batiuszkę, podnieśli do 
góry i zaczęli nim potrząsać. 

Nagle cud się zjawił — sołdaci zdumieli — pop zamienił się 
w deszcz złocisty, kapiący im na głowy ; — nuż go więc trząść 
jeszcze bardziej ! . . . 

Postrzegłszy atoli, że ów deszcz rzęsisty pochodzący nie 
z popa, lecz z jego kieszeni, ustał nakoniec, rozczarowali się i 
zrozumieli, że cud ograniczył się jedynie na oddaniu tego, co 
pop zabrał bliźniemu. — 

Wychodziliśmy często ponad morze w nadziei ujrzenia ja- 
kiego statku tureckiego, coby nas zabrał. 

Nic nie ma niebezpieczniejszego nad takowy statek! lecz 
pragnęliśmy porzucić Poti co prędzej. Zdarzają się wypadki, 
że kapitanowie kupieckich okrętów tureckich, porozumiawszy 
się z korsarzami, wydają im za zapłatę podróżnych giaurów, 
których korsarze sprzedają dalej za wyższą cenę od tej, jaką za 
nich dali; — atoli będąc w liczbie czterech, z obosiecznemi pu- 
ginałami za pasem , nie lękaliśmy się muzułmańskiej załogi. 

Korsarstwo w tamtych stronach przechodzi tradycyjnie 
z pokolenia do pokolenia, od najodleglejszych czasów. Wielu 
pisarzy (pomiędzy innymi Emil Souvestre) o niem wzmiankuje. 
Główne punkta oparcia się flotylli rozbójników morskich w sta- 
rożytności były na południowym brzegu Azyi. Kartagina kró- 



214 



lując nad wodami wraz z Tyrem swoim dziadkiem, Aleksandryą 
8w% siostrą i Rodusem, Cyprem i Sycylią, swojemi rywalkami, 
wydala najpierwszych korsary, którzy wszakie nie uznawali jej 
panowania. 

W ślad za Kartaginą poszły pod tym względem inne ludy 
nadmorskie ; — w końcu korsarstwo stało się otwartem polem 
dla wszystkich awanturników. Tysiące nowych Argonautów 
rzuciło się dla poszukiwania Kolchidy i owego złotego runa, 
które pływało dla nich wszędzie. 

Statek ich admirała nosił cechę bogactwa aź do zbytku. Był 
cały w rzeźbie i zdobny malowidłami, wyłożony po na zewnątrz 
blachami z kosztownych kruszców, z których otworów wycho- 
dziły rzędy wioseł. Żagle i liny były koloru purpurowego, flagę 
miał wyszywaną perłami, kotwice srebrną, maszty wysadzane 
złotem , z poprzyczepianem na nich mnóstwem drobnych dzwo- 
neczków wydających miłe dźwięki za kaźdem powiewem wia- 
ton; a ogromny kobierzec perski nakrywał pomost. Na ko- 
bircu rozpościerał się biały jak łabędź namiot z cienkiego 
płótna egipskiego. 

Pokazuje się, że rozbójnicy mieli się dobrze t 

Nad oczekiwanie, pewnego dnia, gdy niebo zdjęło wszystkie 
chmury z siebie, dano nam znaó, że parowiec « Konstantyn za- 
rzucił kotwicę o pięć wiorst od brzegu. 

Ucieszeni tą wiadomością , wezwaliśmy czemprędzej gospo- 
darza do obrachunku. Zdarł nas najbezczelniej za kwaterę. 

W barakach zwykle więcej płacić każą niżeli w hotelach. 

Bądź co bądź, wsiadłszy do barki, odbiliśmy od brzegu. 
Zdała ukazywały się srebrzyste szczyty gór, jaśniejące na niebie 
jakby białe skamieniałe obłoki. 

Piękna a nieszczęśliwa kraino kaukazka — żeg^nam ciebie!... 

Przed nami sunęła się na wodzie plama czarna, jakby gad 
żywy, coraz szerszy i lecący ku nam.- Był to posępny okręt, 
jaki pierwszy raz widziałem, bez płócien i masztów — kołami 
rozbijał modre fale na pianę — a z pośrodka jego buchał słup 
fryzowanego dymu, ulatigący nazad w nieskończoność, i słychać 
było na pokładzie niby zgrzyt łańcuchów. 

Nazywał się on « Konstantyn. 



215 



Barka nasza zbliżyła się pokornie do niego — lecz — co za 
dziwne marzenie ! — mijając zatokę, zdało mi się, że przebyłem 
ogromny cmentarz i że z tyłu za mną wstawali umarli, wołając : 
wyście ostatnie bohatery ziemi! 

Byłoż to przeczucie? ... 

« Konstantyn miał nas unieść do Odessy, gdzie mnie oczeki- 
wały nowe przygody, na zakończenie bolesnego dramatu. 



XX. 



BUKZA MORSKA. PRZYBYCIE DO ODESSY. 



XX. 



J eźeli przykro było Sunguli-hanowi rozstać się ze lwicą co 
go wychowała, to bez wątpienia stokroć przykrzejszem dla mnie 
było rozstanie się z górami, wśród których pozostawiłem naj- 
piękniejszą część mego żywota. Nikły mi one powoli, a na nie 
ciągle się oglądałem — tysiące pamiątek cisnęło się do duszy. 

Patrzyłem, mówię, na miejsca będące świadkami najtkli- 
wszych lat mej młodości, gdzie rosły kwiaty i cyprysy mych 
wspomnień, a które nieubłagany wróg zamienił w przybytek 
umarłych. 

Ach! świat ten tak powabny, tyle ma goryczy, tyle truci- 
zny t . . . Nie powrócę juz zapewne nigdy, aby uronić gorącą łzę 
na grobowcu drogich pamiątek . . . 

Żegnam cię, jeszcze raz żegnam na zawsze nieszczęsna 
kraino — mogiło Libii i współbraci moich! ... 

Myśl moja uleciała znowu ku Polsce. Po latach tylu ileż tam 
zmian zajść musiało! Czyż mnie tam poznają? czy nie zapy- 
tają: czego chcesz człowiecze — gdy przybędę po długiej piel- 
grzymce? 

Nadzieja coraz wyraźniejszą się stawiła ; ależ, mówiłem so- 
bie, człowiek zamyśla, Pan Bóg zakreśla... 

Przyjaciel G... siedząc, jak na koniu, na jednym z dwóch 
moździerzy pokładu okrętowego, służących do dawania sygna- 
łów, śpiewał gółgłosem pożegnanie Bajronowskie: 



220 

« Bywaj mi zdrowy kraju kochany, 
« Już w mglistej nikniesz powłoce, 

«Lecz nie obaczę mej ziemi.)) 

Wzdrygnąłem się mimowolnie. 

Z tern wszystkiem, na morze! pełne zjawisk morze! To 
nowy dla mnie świat! ... Już nie przez ponure bory, duszące 
wąwozy, lecz szybkim i lekkim cugiem suńmy się po przeźro- 
czu wód ! 

Hucznie szumiący potok, spadający z nadbrzeża zatoki, 
grzmiał niby potężny organ na cmentarzu strat moich. Wiele 
przedmiotów sterczało jeszcze wyraźnie, w ostrych zarysach, 
zanim miało zblaknąć i roztopić się w przestworze. 

Nademną powiewał na szerokim płutnie czarny skrzydlaty 
smok o łbie podwójnym. Każdy z tych łbów nakryty był ko- 
roną. Koledzy przebrani po ormiańsku przypatrywali się smo- 
kowi podkurzając go dymem z cygar. 

Usadowiłem się przy krawędzi statku i spogładałem w dal 
na zatokę. Jakiś podróżny a grzeczny sąsiad podał mi lunetę. 
! Podziękowałem za nią, nie widząc go, tak dalece byłem roztar- 
gniony i błądziłem wyobraźnią we wszechświecie bez granic! 
Pomimo tego przyłożyłem machinalnie szkło do źrenicy. Skle- 
pienie niebios było ogromne ; cały amfiteatr niebieski mógł się 
odbić na sercu. 

Spojrzawszy w zwierciadlane wody zdawało mi się postrzedz 
kąpiące się najady, co miały twarze Libii i Fatymy. Stan mego 
umysłu nadał im czarowny koloryt. 

Przede mną stała przyroda poważna, jak kościół, przypomi- 
nająca mi niewidzialne bóstwo. 

— Ho, ho ! obłoczki coś zanadto dziś kędzierzawe, chociaż 
tak cicho do koła! . . . 

Te słowa, wymówione chrapo watym głosem, wyrwały mnie 
z zadumania. Obejrzałem się — moskiewski oficer o sumiastych 
wąsach i rubinowych policzkach rozmawiał ze sternikiem w me- 
kentoszu z kapturem... stali obok przy radiu. 

— To znaczy, że będzie burza, odrzekł sternik oficerowi. ♦ 
'Burza? burza? oh! jakże jej zapragn^em — tak mi .jej 



221 



trzeba było .. . Oby tylko była potężną i wielka jak świat... oby 
wstrząsnęła całą kulą ziemską ! 

I od tej chwili niecierpliwie wyglądałem burzy, ale się nie 
zerwała. Poszedłem spocząć nieco do kajuty. 

Przed wieczorem dopiero wiatr zabębnił w okienko mego 
schronienia, wyszedłem na wierzch. Rodacy już tam byli. Nie- 
którzy z wojażerów schodzili pod pokład, aby się schować przed 
burzą — ja zaś czułem się uszczęśliwiony. 

— Czy tylko przybędzie? zawołałem sam do siebie po per- 
sku , patrząc na niebo. 

— Tak, tak, przybędzie! odpowiedział mi wdzięczny głos 
niewieści. Opodal siedziała na ławie dorodna dama w europej- 
skim stroju, która postanowiła, trzymając się poręczy, bujać ra- 
zem ze statkiem dla nabrania wrażeń. Ani myślała pójść do 
kajuty. 

Miałem więc towarzyszkę, a do tego artystkę ! . . . Powiedziała 
mi, że jest Greczynką, i klasnęła w dłonie, gdy pierwszy bałwan, 
rozbiwszy się o bok parowca, prysnął nam gorzko -słona w ą pianą 
na głowy. 

Niezadługo fale zaczęły podnosić do góry drgający od pary 
nasz statek. 

W dali gromadziły się tymczasem brzemienne chmury, cie- 
mne jak skała, ciskające błyskawice. Oświeciły one inny statek 
płynący przed nami, który w tym samym momencie znikł nam 
gdyby mara w przestrzeni. Wodniste wały tańczyły coraz bar- 
dziej i chlustały coraz mocniej o burty naszego statku ; im zaś 
więcej go biły, tem głośniej śmi£j;a się czarnobrewa Greczynką. 
Można było wówczas podziwiać jej perłowe ząbki. 

Przyjaciel G . . . przyniósł mi blaszankę araku — wychyliłem 
ją duszkiem za zdrowie artystki i burzy. 

Czarnobrewa skinęła z wdziękiem główką, ale nie pomógł 
jej mój toast; wkrótce omdlała, zmuszeni zostaliśmy zanieść nie- 
bogą do kajuty i złożyć na pościeli — burza ciągłe wzrastała. 

Z kolegami palnęliśmy powtórnie łykantego, stuknąwszy się 
ochoczo blaszankami. Napitek miał nas ochronić od nudności 
powstałej w skutek kołysania się. Każdy kto nas widział, mógł 
był mniemać, iżeśmy najszczęśliwsze młodzieńce na tym padole. 
Lecz trzeba było mu zajrzeć do serc tułaczy 1 . . . 



. i 



222 

Nagła ciemność przerwała nam wieczerzę; noc okryła' aksa- 
mitną 8zat% widnokrąg, i w oka mgnieniu zaświeciła na okół 
czerwona błyskawica. Żaglowy okręt co znikł nam był z oczu, 
znowu się pojawił jak widmo tuż obok naszego, i o mało co nie 
trąciły się wzajem. Zalatywał z niego śpiew psalmów. Wtem 
nakrył go ogromny bałwan... Uderzył piorun — schyliwszy 
czoła, przeżegnaliśmy się. Potem nastąpiła chwilowa cisza, i 
tylko rozpalone żużle wytrzeszczały ogniste zęby z kotliny pa- 
rowca « Konstantego. » 

Lecz owa cisza okazała się zdradliwą ułudą. Na nowo za- 
wyła nawałnica, a błyskawice jedna za drugą oświecały bez 
ustanku rozległą szrankę wzburzonych żywiołów. Na wybrzeżu 
półwyspu , gdzie się rozbijały ryczące tonie i gdzie o włos nie 
doznaliśmy rozbicia, ukazał się orszak kobiet, żon rybackich, 
z obrazami świętych. Oczekiwały one w trwodze, zapewne na 
powrót swych mężów, synów i braci. Jedna z nich , siedząc na 
stosie kamieni , trzymała u piersi małe dziecię , a nieco większe 
stało przy niej tuląc się do łona matki. Dzwonek tętnił w ka- 
plicy. Łuna błyskawic rozciągnęła krwawą gazę na owe grupy 
rozpaczliwe. 

Ach ! ten dzwonek . . . 

Wyznaję, że szczególnie błogiego i pocieszającego doświa- 
dczyłem wrażenia na jego dźwięk melancholiczny w uroczystej 
godzinie , gdzie tak łatwo było zostać pogrążonym w głębinie 
niezmierzonej. 

Lecz na tę smutną odezwę ludzką do miłosierdzia bożego 
gwałtowny wicher odpowiadał świstem. 

Potem wszystko znikło, toczące się kłęby popchnęły nas na 
otwarte, pełne morze; lunął deszcz rzęsisty, i słychać było prze« 
raźliwą piszczałkę sternika , bieganie służby okrętowej , brzęk i 
zgrzyt łańcuchów. 

Strasznej tej nocy nigdy nie zapomnę. 

Trzeszczenie wahającego się « Konstantego)), gwizd, skrzyp, 
pluskanie wałów, tworzyły muzykę, którą z trudnością wyobrazi 
sobie ten, kto nie widział trąby morskiej. 

Żaden pędzel, żadna sztuka, oddać jej nie jest w stanie. 

<x Konstanty)) to wznosił się na wyżyny, to leciał w przepaść 
kipiącej piany, gdzie odzywały się zmieszane jęki topielców, 



323 

waywBJących do wspólnej z nimi biesiady. Przechylał się, joź, 
już miał się wywrócić; ale nie stracił równowagi, dzięki do- 
bremu cieśli , i nie wyrzucił nas rekinom i rakom na pastwę. 

Bałwan przeleciał nam wprawdzie często przez głowy, za- 
chwiał nami; lecz, że był łaskawy, czy też, że stracił siłę przez 
wyskok, poprzestał na sprawieniu nam chłodnej kąpieli i ni- 
kogo nie porwał ze Bob% -^ a ściekając po pokładzie, wymknął 
się cichaczem za pomocą otworów w burtach , aby się złączyć 
z falami. 

Odurzonemu nareszcie , zaczęło mi się słabo i nudno robić. 
G... wziął mnie pod rękę, i obadwa, posłizgując się, uchyliliśmy 
drzwi prowadzące do kajut wewnętrznych , i po schodkach spu- 
ściliśmy się na dół. 

Kapitan był gburowaty, lecz jego pomocnik dobroduszny i 
uprzejmy. Powiedział on nam nazajutrz, iż zepchnięci z właści- 
wej drogi błądziliśmy długo, krzyżując po szlakach morskich 
w stronę Konstantynopola. 

Trąba nakoniec ustała, burza przeminęła, podobnie jak wiele 
chwil minęło w mem życiu, zostawiając zaledwie ślad w pamięci. 
Widnokrąg się wypogodził, a biały rąbek jego stał się jaśniejszy 
niż zwykle. Do serca też wstąpiła pogoda. 

Znowu byłem na pokładzie, lecz na ten raz modliłem się 
pod potrójną majestatyczną bramą ze wstążek tęczowych. 

Morze podnosi zawsze myśl do Boga. Niedowiarek niby- 
filozof , co stracił ćwierć życia przy kominku, z gazetą w ręku, i 
który w nic nie wierzy, — niechno się ujrzy na fatalnej desce 
pomiędzy niebiosami i bezdenną otchłanią, wobec ogromu ota- 
czającej go przyrody, a poczuje moc Wszechmocnego ! 

Morze wywiera wpływ na zwierzęta nawet. Gdy pies prze- 
płynie Ocean, przestaje szczekać na zawsze. 

Zaprawdę, polubiłem to morze 1 Podobało mi się ono: 
w czasie swego uśmiechu , gdy spojrzenie me gubiło się w jego 
kryształowych , błękitnych przeźroczach ; jak również w czasie 
dąsania się swego, a wtedy nawet miłowałem je więcej, i z kolei 
uśmiechałem się do niego, podobnie jak się uśmiecha na ka- 
prysy kochanki. 

Lubiłem patrzeć na piętrzące się fale przy księżycu. Jak 
widma rycerzy Ossyana w stalowych pancerzach , o rozwianych 



224 



srebrzystych włosach, rzucały się one do walki z zajadłością, 
ścigały się, i nikły zdruzgotane przez szeregi następujących na 
nie olbrzymów. 

Jeden z tych zwycięzców napadł i na statek, zdawało się, że 
go roztrąci na miazgę. Wezwali pomocy boskiej przerażeni 
podróżni. Wodnisty olbrzym przecięty przez nawę na dwoje 
rozbił się, pierzchnął, i jak zły duch powrócił, sycząc, do 
otchłani , z której powstał ... 

Za przybyciem do Odessy, G... przebudził mnie wołając: 
wstawaj Jusufie I « Konstanty » stał nieruchomy w porcie. 
Słońce zaglądało do nas przez szybę w okienku. 



v: 



XXI. 



FATYMA. WIĘZIENIE. 



GoRDOM , Kaukaz. X5 



XXL 

riie ma co mówić — znać, że Odessa jest miastem moskie- 
wskiem — formalności tam bez liku, zanim dozwolą dostać się 
na ląd! 

Wysiadłszy nakoniec z łodzi, co nas zabrała z parowca 
K Konstantego » , byliśmy napadnięci na wstępie przez uliczni- 
ków: każdy wrzeszczał jak najęty, że jest przewodnikiem i 
chwytał nas za poły. Wybrawszy z nich jednego wesołka, a ogo- 
niwszy się reszcie, kazaliśmy się zaprowadzić do najbliższej go- 
spody : ale w gospodzie taka była ćma rozmaitej maści kacapów, 
taka woń czaju i dziegciu, iż opuściliśmy ją zaraz za przyby- 
ciem , aby się ulokować w hotelu. 

Po obu stronach ulic ciągnęły się wysokie domy z kamienia. 
Tarentasy i karyolki z końmi w hołoblach, z brodatymi izwo- 
szczykami w tołubach, migały w różnych kierunkach; ludzie 
potrącali się na trotoarach ; katarynki przygrywały przed otwar- 
temi sklepami. 

Tak mi się to wszystko dziwnem wydawało, odzwyczajonemu 
od miast widoku! Cylindrowe kapelusze, długie surduty, na 
szyi chustki z wielkiemi kokardami, były śmieszne w mych 
oczach w porównaniu z gustownemi ubiorami mieszkańców 
Wschodu. 

Na wyniesieniu z • tarcic hałasowała cała rodzina pajaców. 
Otyła jejmość w trykotach zwoływała widzów, mąż grał na po- 
zytywce, dzieci bębniły, a jeden z małych kucyków kiwał głową, 

15* 



228 

strzygł uszkami i wybijał takt kopytem , gdy drugi , siedząc na 
tylnych nogach, czytał książkę. 

Roztasowawszy się w hotelu, zrobiliśmy naradę. Koledzy 
moi, jako skompromitowani w obec rządu moskiewskiego ofice- 
rowie, którzy przeszli byli na stronę Szamyla, postanowili opu- 
ścić jak najprędzej posiadłości rosyjskie; ja zaś zamierzyłem 
ostatecznie udać się do Królestwa, obaczyć rodziców, poradzić 
się ich co mam czynić, a jeśli można będzie, zataić przed poli- 
cyą mój pobyt na Kaukazie i pozostać na rodzinnej ziemi. 

Pogrążony w dumaniach, jak każdy człowiek, który czyni 
ważny krok w życiu o własnych siłach , wyszedłem o zmierzchu 
samotnie na przechadzkę, zostawiwszy kolegów medytujących 
nad ogromną kartą Europy. 

Idąc bez celu ulicą wysadzoną podwójnym rzędem latarń, 
ujrzałem się niezadługo nad brzegiem tegoż samego morza, 
gdzie burza dała mi się we znaki. Teraz zupełny pokój panował 
w naturze; zwinięte białe żagle okrętów sterczały jak nagie 
szkielety wśród cieni nocy. Usiadłem na wywróconej starej 
barce, przypatrując się przy księżycu jednostajnemu przypły- 
wowi fal, które, uciekając z powrotem, zabierały z sobą dzwo- 
niące muszle i kamyki. 

Niezwykły szelest sukienki kobiecej zwrócił mimowolnie 
moją uwagę; dziewczyna smagła, zwinna, ukryła się tuż przy 
mnie po za drzewem w chwili, gdy dwaj żołnierze ścigali ją ze 
śmiechem. Straciwszy ślad, pobiegli dalej, dziewczyna wyszła 
z poza drzewa. 

Zapomniawszy, w jakiem położeniu się znajduję w obec miej- 
scowej zwierzchności , a wiedziony nie tyle ciekawością ile my- 
ślą, że może wypadnie zasłonić słabą kobietę od napaści wy- 
uzdanych żołdaków, postąpiłem ku niej; ale za zbliżeniem się 
stanąłem jak porażony — dwa stłumione ach ! wyrwały się ra- 
zem z piersi naszych. 

Owe rysy, tak dobrze mi znajome, jaśniejące niegdyś świe- 
żością, wdziękiem niewinności, obecnie były podobne do kwiatu 
zwiędłego . . . 

Fatyma stała przede mną, w plugawej odzieży, z piętnem 
hańby na czole — z oczyma obłąkanemi. 



229 



— Przebóg! co się z tobą stało? Fatymo... siostro moja!... 
tu . . . sama ... o tej porze ? ! . . . 

— Jusufie ! zawołała drżącym głosem , rodzinną mową wzru- 
szona; zakryła sobie twarz rękoma i tylko ur3rwane słowa: 
uwięziona... gwałt... przemoc... Uru...8y, wydobywały się 
ciężko z uciśnionego jej łona. 

Zrozumiałem wszystko. 

— O! nieszczęśliwa... najnieszczęśliwsza z istot... 

— Ha, ha, hal ja szczastły wa — odrzekła narzeczem ko- 
zackiem — i zaczęła uciekać ode mnie. 

Szyderczy, konwulsyjny śmiech szalonej rozległ się do koła, 
fala morska smętnie mu wtórowała. 

Już jej nie ma . . . pobiegła, lecz dokąd ? Fatymo ! Fatymo ! . . . 

— Ha, ha, hal ... 

— Zgrozo ! to piekło się ze mnie naśmiewa przez jej usta, 
to chichot szatański! . . . 

Zdało mi się , że zmysły mnie opuściły, że byłem za żywa na 
własnym pogrzebie, i że widziałem już nie Fatymę, lecz jej marę 
ściganą przez zawistne fatum nawet i po śmierci. 

Nie wiedząc co czynię, puściłem się za nią w pogoń, biegłem 
ile mi tchu stało z jękiem rozpaczliwej boleści. Zdało mi się 
kilkakrotnie, że ją chwytam i że zawsze wymknęła mi się 
z dłoni. Biegłem zadyszany cora^ dalej ! Wtem mnie ktoś znie- 
nacka łapie za ramię — wKto ty takow!» krzyczy do mnie. 

Odwracam się i widzę przed sobą sołdata. 

Wtedy z oburzenia krew mi uderzyła do głowy, nie umiałem 
panować nad sobą — wściekłość mną ogarnęła. Porywam na- 
pastnika żylastą dłonią za gardło i duszę go jak wijącą się ga- 
dzinę ; drugą ręką dobywam puginał, podnoszę go do góry i już 
go mam zanurzyć po samą rękojeść w przeciwniku, gdy nagle 
ktoś jakby kleszczami obejmuje mnie z tyłu i kilka na raz ciał 
wali się na mnie. 

Był to patrol — obchód nocny — złożony z sołdatów. Chcę 
im się wyrwać, kaleczę ich, gryzę i ranie — potem nie wiem co 
się ze mną stało . . . 

Przyszedłszy do przytomności, czułem dolegliwy ból w ple- 
cach od potłuczenia kolbami karabinowemi, ręce miałem sine, 



230 

pokrwawione , i leżałem rozciągnięty w podartych sukniach na 
tapczanie pomiędzy żołnierstwem odwachu, cegłę maj%c pod 
głową. 

Noc spędziłem gorączkowo. 

Co chwila podchodziU do mnie sołdaci z naigrawaniem się i 
oddalali się z wyrazem : « r a z b o j n i k ! » 

O północy przybył dyżurny oficer nad wartami; pamiętam, 
jak przystąpił do mego łoża i zawołał: pryzwat' cyrulikal 

Ile tylko razy odezwała się godzina spiżowym jękiem na 
froncie odwachu, pragnąłem, aby stała się ona przedostatnią go- 
dziną mego żywota. 

Nazajutrz z rana zjawił się cyrulik, obejrzał mnie i skinął 
ręką, co miało znaczyć, że stan mego zdrowia nie przedstawiał 
niebezpieczeństwa. 

Kazano mi powstać. Uczyniłem to wprawdzie, lecz zachwia- 
łem się na nogach. Podoficer nie zważając na nic dał rozkaz. 
Czterech żołnierzy wziąwszy mnie pomiędzy bagnety, dwóch 
z przodu a dwóch z tyłu, zaprowadziło do bióra policyi z oznaj- 
mieniem, że złowili krepkiego razbojnika. 

Na tą rekomendacyę dozorca policyjny bez oględności na 
stan mój , na zimny pot ciekący mi z czoła, zamknął mnie do 
wilgotnej piwnicy, oczekując na przybycie komisarza cyrkułu. 

Utykając po omacku, przypomniałem sobie, iż miałem kie- 
dyś w kieszeni zapałki. Znalazłszy je , zaświeciłem jedną, aby 
się rozpatrzeć w nowem mieszkaniu. 

Piwnica była zatęchła. Ale w jednym jej kącie coś bły- 
szczało, niby świętojańskie robaczki. Lecz coby one robiły pod 
ziemią? Zaświeciwszy drugą zapałkę poznałem, że owe nikłe 
światełka były ruchome, i dziwna rzecz! chodziły parami. 
Z trzecią zapałką szedłem ku nim , a wtedy kupa szczurów roz- 
leciała się na wszystkie strony. 

Widok szkaradny, obrzydliwy, ohydny! — owe piękne roba- 
czki mej wyobraźni co spacerowały parami , były niczem innem 
jak błyszczącemi ślepiami szczurów. 

Co raz to gorzej się czułem , szczególniej moralnie. Zakoń- 
czyć życie w więzieniu, smutna perspektywa! Cała rzeczywi- 



231 



«tość mego położenia nasunęła mi się i wszystko stanęło przed 
oczy, jak gdyby w godzinie śmierci. 

Postać zmarłej po męczeńska Libii anielskiem wejrzeniem 
przyciągała mnie ku sobie; — blade, zwiędłe oblicze Fatyray 
przerażało i ściskało serce głuchą boleścią i politowaniem. Tu 
ojciec szukał mnie po tyloletniem niewidzeniu; tam matka, o tak! 
matka klęcząca wyciągała dłonie ku mnie z błogosławieństwem 
na ustach. Koledzy, których pozostawiłem w hotelu, stali na 
szafocie' w śmiertelne odziani koszule — stali w milczeniu z go- 
dnością i dumą — na nogach mieli kajdany — kat zakładał im 
stryczki na szyję. 

W tem zabrzęczały wrzeciądze u drzwi sklepienia — poli- 
cyanci przyszli po mnie. — Prowadźcie mnie oprawcy na ten 
sam szafot! wołałem. 

Postępując z nimi ujrzałem się nareszcie w sali widnej, za- 
stawionej do koła szafami pełnemi papierów. Przy stole, na 
którym leżał mój puginał wydarty mi przez patrol, siedział ko- 
misarz policyi. Zmierzywszy mnie chytrym wzrokiem od stóp 
do głowy, zapytał o paszport. Wydobyłem go i pokazałem. 

Pan komisarz włożywszy okulary przyglądał się pilnie pod- 
pisowi i pieczęci przedstawianego sobie dokumentu. 

— Ba, ba! nie tylko sztyletnik — rzecze cedząc przez zęby 
— ale i fałszerz... zaprowadzić do ostrogu... u nas niema 
żelaznej klatki dla takiego ptaszka. 

I nie. czekając mej odpowiedzi,"" napisał kartkę, zacytował ją 
■do sznurowej księgi — i wyszedł z kancelaryi. 

Tymczasem przyzwano konwój karabinierów, i znowu oto- 
czony bagnetami, zmuszony byłem jak złoczyńca jaki, oberwa- 
niec, wyrzutek społeczeństwa, świecić oczyma po ulicach Odessy 
i czerwienić się dotkliwym rumieńcem niezasłużonego wstydu. 

Jeden z przechodniów postrzegłszy mnie pośród moich stró- 
żów, zatrzymał się na trotoarze i rzekł: ktoby się spodziewał? 
taki młody a już zbrodniarz! . . . 

Co się w ówczas działo w mej duszy, wyrazić nie zdołam . . . 

Na zaułku ulicy obok głównego więzienia spotkałem się 
z nowożeńcami zdążającymi z przyjaciółmi na ślubne gody. 
Kzucili mi po groszu. Skrzypiała już przede mną na żelaznych 



232 



hakach furta szarego ostrogu, owego grobowca zbudowanego 
dla żyjących, do którega mnie wiedziono, gdy poza mną roz- 
legała się wesoła piosenka drużbów: 

«Po ulicy Mostowej ! 

«Hi, hi, hi I — ha, ha, hal ...» 



XXII. 



KILKA SŁÓW O JUSUFIE. 



^ I 



XXII. 



Zbytecznym byłby opis długiego więzienia bohatera naszej 
po\neści; raz, że nie ma ono nic wspólnego z Kaukazem, któ- 
rego wyłączny szkic postanowiłem podać czytelnikowi; po- 
wtóre, że nie chciałbym być posądzonym, iż zamierzyłem pie- 
kło czernić; a potrzecie, że żyjemy w straszliwej epoce, gdzie 
niewola stała się niejako powołaniem dla każdego Polaka. 
Gdzież jest choć jedna Polka, co nie opłakuje męża, brata, ojca 
lubeyna, obcierającego się o węzły kraty więziennej, znoszącego 
okropny bój : bój ducha z grubą warstwą cielska , co się zowie 
Moskwą?... 

Jusuf Ostoja należał do rodzaju wyjątkowych istot, które 
mężnie wytrwały cierniową koronę mąk niezasłużonych i nie 
zbryzgały się niewolniczem błotem — słowem, które wyszły 
z tych prób nie zepsute, ale namaszczone! ... 

Straszne są zaprawdę choć ciche dzieje tego młodziana! 

Wtrącony do ostrogu, do kazamaty napełnionej wyrzutkami 
różnego pochodzenia , trawił noce bezsenne pośród ciżby i plu- 
gastwa. Nie mając z nikąd żadnej pociechy, nikogo z rodaków 
lub znajomych obok siebie, doznawał upokorzeń, naigrawań się 
i znęcań od złoczyńców, do których towarzystwa przez opiekuń- 
czą władzę wxielony został. 

Było to towarzystwo o ochydnych obliczach, z ogolonemi na 
pół głowami i brodami, z łańcuchami na nogach. 

Fakt nie do uwierzenia prawie, że Jusuf znosił prześladowa- 
nie od współwięźniów jedynie za to, że nie był zdolnym do 



236 



okradania swych kamratów, jak to oni między sobą mieli zwy- 
czaj czynić. 

Lecz drugi fakt nie mniej ciekawy, że zjednał dla się 
w końcu poszanowanie za pomocą siły fizycznej, jaką szczodrze 
od natury był obdarzony. Jeden z bezczelnych wesołków kaźni, 
uchodzący za siłacza, skradał się raz do kąta, gdzie nieszczę- 
śliwy młodzieniec spoczywał na barłogu, aby mu wyciągnąć 
z pod głowy świeżo upraną koszulę. Wywiedziony z granic 
cierpliwości młodzian rzucił się jak lew na łotra, poczęstował 
go kułakiem , i tak osadził na ceglanej podłodze , że stary zbro- 
dniarz aż jęknął i wytrzeszczył oczy. Patrzący na tę scenę are- 
sztanci zdumieli, poznali mores i odtąd zostawili naszego ro- 
daka w pokoju, nie wyrządzając mu krzywdy. 

Co większa, pozyskał on miłość starosty, to jest najstar- 
szego więźnia , reprezentanta ostrogu. 2s^a pół brodaty starosta, 
niegdyś herszt rozbójników na Wołdze , co nie raz oderwij się 
od szubienicy, nauczył Jusufa, jak się ma tłomaczyć w obec sądu 
i protegował go. 

Tłomaczenie zależało na zaparciu się wszystkiego, o co się 
jest posądzonym ; na wyparciu się nawet swego nazwiska, miej- 
sca urodzenia, a w razie potrzeby rodziców i krewnych, choćby 
ich stawiano oskarżonemu do naocznej konfrontacyi. W^edle 
prawa rosyjskiego człowiek taki, zwany brodiagą (włóczęgą) 
nie podpada żadnej karze, a po prostu jest oddany w sołdaty, 
jeśli młody; w Sybir na posilenie, jeśli stary. 

— Czy byłeś kiedy batoźony? zapytał Jusufa starosta, bę- 
dąc w dobrym humorze. 

— Nigdy I odpowiedział tenże. 

— Ej, powiedz prawdę! Bo zanim cię zwierzchność uzna za 
niewinnego brodiagę, każe cię naprzód zaprowadzić do łaźni 
parowej. Tam rozgrzanego nacierać cię będą suknem i skrobać 
jak marchew. Jeżeli kiedy brałeś pałki, wszystkie pręgi i pasy 
od bizonów wystąpią ci czerwone na skórze. Gdy okażą się one 
na plecach, powie audytor, że jesteś dezerterem z wojska; mu- 
sisz się do tego przyznać lub siedzieć w kozie do nieskończono- 
ści. Jeżeli ślady od chłost okażą się poniżej pleców, będzie to 
znsJc, że jesteś tylko włościaninem, zbiegiem od pomie- 
8 z czy k a. Skoro zaś, co najgorsza! okażą się na rękach i no- 



237 



gach, przekonają się wtedy, iź tęgi z ciebie chłopak (udałyj mo- 
łodiec), bo już nosiłeś kochanku dyby lub kajdanki i należysz 
całkowicie do naszego bractwa. 

Jusuf , po wytrzymaniu operacyi przepowiedzianej przez sta- 
rostę, przyzwany został do protokułu. Uznany za niebitego ni- 
gdy, zeznał on w sądzie, jakoby urodził się w lesie z nieznanych 
mu rodziców i nigdzie nie miał stałego mieszkania ; że tyle so- 
bie przypomina z swej młodości, iż będąc małym chłopcem miał 
wprawdzie jakiegoś opiekuna kotjarczyka, z którym chodził od 
wsi do wsi w celu pobielania naczyń kuchennych, lecz że na- 
stępnie stracił go z oczu i od tej pory sam zarabiał na chleb po- 
wszedni, prowadząc życie koczujące. 

Co do paszportu, oznajmił, że nie będąc piśmiennym sfałszo- 
wać go nie mógł, lecz że mu go dał w szynku na jarmarku pi- 
sarz z jakiejś kancelaryi. Puginału zaś użył jedynie we własnej 
obronie, widząc się napadniętym w nocy nad brzegiem morza. 

Zeznania podobnie improwizowane są zwykle przyjmowane 
do protokułów sądowych w Rosyi. Dla aresztowanego, co się 
przedstawia zabrodiagę, niepamiętającego swojej przeszłości 
(niepomniuszczyj) , więzienie kończy się prędko , gdyż nie pod- 
lega on śledztwu. Z pomiędzy ludności zamkniętej w ostrogach, 
czwarta jej częśś, chcąc zataić dawne grzechy, aby nie być za 
nie odpowiedzialną, w ten sposób się tłómaczy. 

Jusufowi, który umiał się zastosować do roli, jaką na się 
przybrał, uwierzono, że był br o di agą, dano mu nazwisko «Mi- 
kołaj Piatkin» i skazano go na zsyłkę w sołdaty do rot oren- 
burgskich. 

Nieszczęśliwy ziomek nasz wydalony z ostrogu pod rozpo- 
rządzenie etapowej komendy, przyczepiony został do sztaby że- 
laznej i wysłany w podróż do miejsca naznaczenia wraz z knu- 
towanymi towarzyszami niedoli, których zastał na etapie jako 
na punkcie zbiorowym, dokąd sprowadzono rozmaitych wię- 
źniów. 

Jednakowoż byli to przyszli obrońcy kraju, których w tak 
barbarzyński sposób traktowano ! 

Jusuf dowlókłszy się z nimi do najbliższego miasteczka, tak 
miał poobcierane ręce od żelaznej sprzęży, iż dalej iść w niej 
nie mógł bez narażenia się na gangrenę. Doświadczeńsi od niego 



238 

aresztanci podkładali pod kajdany kawały grubej jak podeszew 
skóry, ;iby ochronić swe ciało od uszkodzenia. Jusuf , któremu 
wydarto w policyi w Odessie ostatni zasób pieniężny, nie mając 
za co kupić skóry na podkładkę, został pokaleczony do tego 
stopnia, iż najmniejsze szarpnięcie jednego ze współtowarzyszy, 
z którymi był skuty, sprawiało mu konwulsyjne drgania. 

Oddano go do wojskowego szpitala. 

Zapoznał się tam po pewnym czasie z żołnierzem od wetera- 
nów, przeznaczonym na służbę dla chorych. Młodemu wetera- 
nowi ciężk% się pokazała owa służba; koniec końcem postano- 
wił uciec i zwierzył się z tym zamiarem naszemu ziomkowi. 
Ten zwierzył się też wzajemnie weteranowi , że chciałby także 
ratować się ucieczką, gdyby mu się udało jakim sposobem wym- 
knąć z sali aresztanckiej. Weteran obiecał mu pomódz do tego 
przy naj pierwszej stosownej okoliczności , jaka się zdarzy. 

Jusuf żył nadzieją . . . 

Traf zrządził, że zanim się wyleczył i został wydalony ze 
szpitala na nowe okowy co go czekały, wprowadzono do sali 
suchotnika, któremu się już niewiele na tym świecie należało. 
Jusuf tedy z pilnością oczekiwał na chwilę, rychło suchotnik, 
jego sąsiad, zamknie powieki i przestanie dyszeć. 

Nadeszła ona nakoniec i to podczas nocy. 

Przyzwano felczera, ten opatrzył ciało zmarłego, zdecydo- 
wał, że nieboszczyk rzeczywiście nie żyje i kazał zwłoki wynieść 
do trupiarni. 

Nadszedł dla spełnienia rozkazu weteran, mignął na na 
szego rodaka, ten wsunął się po cichu do grubego siennika słu- 
żącego do wynoszenia umarłych , weteran go zaszył , a na łóżku 
jego złożył trupa i nakrył go kołdrą; wziąwszy zaś na plecy 
siennik, przeniósł go około warty stojącej przy drzwiach w ko- 
rytarzu, bez wzbudzenia podejrzenia. 

Tym fortelem oswobodził się nasz ziomek od służby soł- 
dackiej. 

Lecz gdy kto raz jest strącony z drogi zwyczajnej żywota 
na drogę nieszczęścia, ściga go ono częstokroć aż do zgonu. 
Podobnie się działo z bohaterem naszego opowiadania. 

Przebywszy on ze swym nowym kolegą weteranem kilkaset 
wiorst od miejsca powyższej sceny, weszli obydwa do lasu. 



239 



-W którym właśnie odbywała się obława na zbiegów w nim się 
ukrywającycli. Nie wiedząc o tern wpadli w zasadzkę. Wete- 
rana postrzelono śmiertelnie; Jnsufa zaś, przyzwyczajonego do 
konnej jazdy a nie do biegania piechotą, schwytano i związa- 
nego odesłano do najbliższego więzienia. 

Rzecby można , że zawistne losy sprzysięgły się na prześla- 
dowanie biednego młodziana a tak pełnego zacności ! 

Zwierzchność dostrzegłszy blizny od łańcuchów na jego rę- 
kach, traktowała go jak zbrodniarza i zbiega. 

Opisywać szczegółowo jego więzienie, byłoby toż samo, co 
brać na tortury serca czytelników. Lepiej więc zaniechać tego 
opisu. 

Młodzian trzymany przez kilka lat w okropnym kryminale, 
dowiedziony do ostateczności, wyznał wszystko , skreślił okru- 
tnym sędziom całą swą biografię, począwszy od chwili, kiedy 
dzieckiem uwięziono go podstępnie na Kaukaz. 

Dla przeświadczenia się o prawdziwości jego rodowodu, sąd 
zapytał drogą urzędową ojca Jusufa, będącego dygnitarzem 
w Królestwie Polskiera. Ojciec dowiedział się dopiero z ekspe- 
dycyi o losie jedynego syna, którego mając za zmarłego, opła- 
kiwał oddawna, ciężkiemi dotknięty wyrzutami sumienia. Sta- 
rzec napisał prośbę o powrócenie"^ mu jedynaka, zrosił ją łzami 
i posłał sztafetą do Petersburga. 

Zgon cara Mikołaja dopomógł do tej prośby. W skutek 
amnestyi Aleksandra II powrócił przecież nieszczęsny tułacz na 
łono rodziny ; ale nie długo się nią cieszył. 

Nie zastał już ukochanej matki i westchnął na jej mogile. 

-Siostry, które opuścił dziećmi, ujrzał zamężnemi; cieszył się 

więc widokiem familii i przyjaciół, zostając przy nich aż do 

czasów powstania narodowego wywołanego ostatecznie przez 

proskrypcyę. 

Całe młode pokolenie polskie zaginąć miało ; taki wyrok za- 
padł. Już wróg polował bezkarnie po domach Warszawy z po- 
wrozem i bagnetem na śpiące ofiary. Te z rozpaczą chwyciły 
za oręż, i znowu nastąpiło przedłużenie odwiecznej walki, prze- 
rywanej chwilami znużenia i wypoczynku, jaką nasz naród 
prowadzi z Moskwą, już to na polu bitwy, już w stosunkach ży- 
cia publicznego, w sferze politycznej i socyalnej. 



240 



. Jusuf) jakkolwiek znękany przeszłością, na odgłos szczęku 
broni współobywateli swoich porzacił domową zagrodę i , jako 
wierny syn Ojczyzny, wystąpił jak rycerz w pośród hufca ro- 
daków. 

Widziano go zawsze w ubiorze czerkieskim , z ładunkami na 
piersiach, i zawsze na czele. Koledzy, który uczestniczyli razem 
z nim w boju, świadczą, iż szedł na ogień nieprzyjacielski z ta- 
kiem męztwem a zarazem spokojem i pogodą na twarzy, iż zda- 
wało się, że szukał śmierci jakby swej naczeczonej. Kto jednak 
dobrae się wpatrzył w jego surowe a piękne oblicze, dostzregł na 
niem niekiedy wyraz podobny do szybko przelatującego uśmie- 
chu goryczy, poczem zwykle zawisła mu na czole chmurka me- 
lancholicznego rozmyślania, z którego. nikomu się nie zwierzał. 

Jusuf, po dokonanych cudach waleczności, ranny, dostał się 
do niewoli. 

Zwycięzcy, założywszy cierpiącemu obrożę na szyję, przy- 
wiązali ją do jaszczyka z prochem. Jaszczyk o skrzypiących ko- 
łach potoczył się zwolna, Jusuf postępował za nim w milczeniu, 
garstka jego ziomków, co zdążyła oszaócować się na pobliskiem 
wzgórku, żegnała towarzysza broni okrzykiem współczucia i 
boleści. 

Zwrócił się on ku swoim razy kilka, jaszczyk toczył się coraz 
dalej , coraz dalej , bohater nikł powoli z przed oczu współbraci 
w tumanie kurzawy, nakoniec przepadł bez wieścf. 

Bóg sam wie, co się z nim stało ! . . . 



Dwa ludy, co przenoszą tułactwo nad niewolę, z których je- 
den był gniazdem całego społeczeństwa , a drugi tarczą cywili- 
zowanej Europy od napadu dziczy; — dwa ludy wypędzane 
bezustannie ze swych ognisk, wydające karawany wygnańców 
pokaleczonych, konających z głodu na obcej ziemi, błagających 
jednocześnie o przytułek Turków i Francuzów; — oto trofea 
Rosyi, sławionej przez tych, co choć okryci barwą cudzoziemską, 
w duszy, w zasadzie, nie przestali być Moskalami ! . . . 



Drukiem F. A. Brockhausa w Lipsku. 



^ 



\